
Prof. Jadwiga Staniszkis wykłada na Wydziale Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Wyższej Szkole Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu.więcej informacji
Czytam "Wyspę" Maraia: studium zdrady i umierania w delirycznej scenerii prowincjonalnego uzdrowiska. Kiedyś już pisałam w WP o jego "Zbuntowanych". Była to historia młodych ludzi buntujących się przeciwko hipokryzji i rutynie dorosłych. Ale owa hipokryzja i rutyna to jedyna strategia przetrwania, więc bunt kończy się samozniszczeniem.
Kiedy geograficzny zachód nie był jeszcze "Zachodem" w sensie świadomej własnej odrębności cywilizacji, przeplatały się tam elementy chrześcijaństwa z kulturą Dalekiego Wschodu, Indii oraz - starożytnej Grecji zapośredniczonej przez islam. Kultura arabska ścierała się z pamięcią Rzymu i wolą mocy przesuwających się na południe ludów z Północy. Samo chrześcijaństwo też było wtedy przesycone wątkami i - co ważniejsze - założeniami o sposobie istnienia świata i jego poznawania - zaczerpniętymi z innych kultur.
Anzelm z Canterbury, żyjący w XI wieku, przedstawił najbardziej moim zdaniem paradoksalny i zakręcony dowód na istnienie czegoś (w jego wypadku - Boga). Otóż stwierdził, że Bóg to "coś", w założeniu - największe, co musi istnieć, bo nie da się pomyśleć czegoś jeszcze większego. Niemożność pomyślenia czegoś, co byłyby negacją X-a, jako dowód na istnienie owego X-a (którego też nie potrafi się pomyśleć i zweryfikować empirycznie), to dziś jeden ze sposobów stawiania hipotez w fizyce teoretycznej. Takie manipulowanie sobą przy pomocy samego ruchu myśli może być jak narkotyk!
W islamie - paradoksalnie - religia służy zarówno władzy, jak i - choćby obecnie - opozycji. Oscylowanie między różnymi interpretacjami tradycji religijnej stawało się dla władzy, od wieków, narzędziem kontrolowanej zmiany nie naruszającej stabilności. A dla opozycji (jak dziś) argumentem uzasadniającym żądania większej wolności i prawa do indywidualizmu, bo o tych wartościach mówi jedna z historycznych wykładni tradycji. Nawiązywanie do języka tradycji nie tylko ułatwia komunikowanie się z tzw. masami, ale pozwala wpisywać aktualne zdarzenia w tradycyjne mity i metafory. To zaś tworzy "wartość dodaną" w sferze emocji.
To co robi wrażenie chaosu może być logicznym porządkiem, tylko używane przez nas pojęcia nie potrafią go uchwycić. Fakt, że na poziomie analizy, do którego jesteśmy przyzwyczajeni (państwo, tzw. gospodarka narodowa) nic już nie wiąże się z niczym, a sami aktorzy (urzędnicy, politycy), świadomi nieistotności własnych działań, wydają się być pozbawieni impetu, kierunku i celu, nie oznacza wcale, że nie funkcjonuje mechanizm o wyrazistej (gdy umie się go dostrzec) sile sprawczej.
Kiedy zbliżają się Święta i na chwilę budzą w każdym z nas dziecko, którym kiedyś byliśmy, warto wykorzystać ten moment dla zrobienia wewnętrznego bilansu i podjęcia odkładanych decyzji. Ja na przykład podjęłam taką ważną życiową decyzję (rozwód), żeby pozostać wierną dziewczynie, którą kiedyś byłam. I która miała wysokie standardy w relacjach z innymi. Każda inna decyzja byłaby kompromisem i jeszcze bardziej oddaliłaby mnie od tamtej dziewczyny, z której pamiętam już tylko jej, najczęściej niespełnione, marzenia.
Kryzys uwolnił świat od politycznej poprawności. Przetrwanie (ale też - wykorzystanie kryzysu jako szansy dla reform, w tym - reform korygujących wcześniejsze reformy) wymaga bowiem realizmu. Widać to i u nas (choćby w propozycjach ministrów Fedak i Rostowskiego dotyczących OFE), jak i w skali szerszej.
Ani inteligenci. Ani eksperci. Ani intelektualiści. Status inteligenta zniknął wraz z końcem dyktatu idei. Pamiętamy przecież jeszcze, że komunizm, ze swoją ideologiczną genezą, stał się pułapką także dla aparatu władzy. Ideologiczne pojęcia nie pasowały do rzeczywistości i to czyniło słowa bronią. A inteligentom dawało materiał do językowej żonglerki. A obok tego mieliśmy poczucie misji i - uznane przez ogół - prawo tworzenia standardów.
Od trzech dni obowiązuje w Unii Traktat Lizboński. Taki kompleksowy model regulacji przypomina trochę żywy organizm. Dopiero bowiem w toku wprowadzania go w życie okaże się, co tak naprawdę powstanie. Czy sieci wyprą tradycyjne państwa narodowe, czy może staną się narzędziem najsilniejszych państw, lub - parawanem dla realizacji ich interesów? Jaka będzie realna struktura traktatowych regulacji? Które z nich pozostaną tylko na papierze, nie zoperacjonalizowane, a więc - praktycznie nieobecne w realnym funkcjonowaniu? Czy nie dotknie to procedur, które miały gwarantować solidarność w skali 27 krajów? A które segmenty rozwiązań traktatowych staną się faktycznym jądrem o największej gęstości dobrze zoperacjonalizowanych procedur, najczęściej aktywizowanych w obliczu wyzwań? Gdzie skupią się strategiczne informacje i kluczowe (a nie tylko - rytualne) decyzje?
