konflikt (strona 9 z 63)

Konflikt Rosja-Ukraina. Mieszkańcy wsi zajętej przez separatystów: chcemy mówić po rosyjsku
1:31

Konflikt Rosja-Ukraina. Mieszkańcy wsi zajętej przez separatystów: chcemy mówić po rosyjsku

W niemal opustoszałej wiosce na wschodzie Ukrainy rośnie napięcie w związku z konfliktem na linii Moskwa-Kijów. Wieś Wesele znajduje się na kontrolowanym przez prorosyjskich separatystów obszarze Ukrainy w pobliżu Doniecka i graniczy z tamtejszym lotniskiem. To zaledwie kilometr od linii frontu. W 2014 roku Donieck został faktycznie opanowany przez prorosyjskich separatystów wspieranych przez wojska Rosji. Rada Najwyższa Ukrainy uznaje ten teren za okupowany przez obce siły. Rosja twierdzi natomiast, że Donieck jest stolicą Donieckiej Republiki Ludowej, quasi-państwa, nieuznawanego przez żadne z państw na arenie międzynarodowej. Większość domów po 2014 r. została tu zniszczona. Na kontrolowanym obszarze pozostała tylko garstka mieszkańców. Ci, którzy pozostali, bronią obecności sił rebelianckich i opowiadają się po stronie Rosji w trwającym blisko 8 lat konflikcie. - Wojska ukraińskie są blisko, w odległości ok. 1 km – podkreśla Władimir, mieszkaniec Wesela. - Myślę jednak, że tutaj nikt nie chce być częścią Ukrainy – dodaje mężczyzna. W podobnym tonie wypowiada się inna mieszkanka ukraińskiej wioski. - Chcemy mówić po rosyjsku. Nie chcemy rezygnować ze wszystkiego, co wydarzyło się w czasie II wojny światowej - deklaruje w rozmowie z agencją Associated Press Irina z Wesela. - Oni [Ukraińcy – red.] mają swojego bohatera Stepana Banderę. Dla nas on absolutnie nie jest bohaterem – dodaje kobieta. Szacuje się, że w pobliżu granic Ukrainy stacjonuje już ponad 100 tys. rosyjskich żołnierzy. O działaniach Rosji mówi się w kontekście możliwej inwazji. Kreml wszystkiemu zaprzecza. Donieck jest stolicą nieuznawanej międzynarodowo Donieckiej Republiki Ludowej, która powstała na terenie części obwodu donieckiego Ukrainy. W 2014 r. Rosja przejęła kontrolę nad Krymem i wsparła separatystów we wschodniej Ukrainie. W trwającym blisko 8 lat konflikcie zginęło ponad 14 tys. osób.
Konflikt Rosja-Ukraina. Mieszkańcy na linii frontu o inwazji i nadziejach na pomoc NATO
2:02

Konflikt Rosja-Ukraina. Mieszkańcy na linii frontu o inwazji i nadziejach na pomoc NATO

Ukraińcy mieszkający na linii frontu twierdzą, że starają się żyć normalnie. Liczą na ustanie walk mimo obaw o możliwą inwazję ze strony Rosji. Większość mieszkańców wsi Kateryniwka, położonej zaledwie 800 m od linii frontu, opuściła swoje domy. Ci, którzy tu pozostali, wciąż mają nadzieję na ustanie walk. - Żartujemy, że nadzieja umiera ostatnia. Wszyscy czekamy tu na pokój. Dzieci i wnuki nie mogą nas odwiedzać. Oni dorastają, wnuk ma już 13 lat. Chce go zobaczyć, on chciałby przyjechać z rodzicami - tłumaczy w rozmowie z Associated Press Liubov, mieszkanka Kateryniwki we wschodniej Ukrainie. - Ja na nich krzyczę i nie pozwalam im przyjechać. Rozmawiamy przez telefon i to wystarczy. Czekamy, aż to wszystko minie i nastanie tu pokój - dodaje. Punktem spotkań garstki mieszkańców jest lokalny sklep spożywczy. Wszyscy rano przychodzą tu po świeży chleb. Okoliczni żołnierze liczą na pomoc Zachodu. - Myślę, że wstąpimy do NATO, a USA nam pomogą. Nie tylko Amerykanie, ale i całe NATO oraz Unia Europejska - twierdzi Serhii Ushakov ukraiński żołnierz. - Mam nadzieję na pozytywny wynik. Jeśli chodzi o Rosję, to oni wywierają na wszystkich presję swoim gazem i ropą. Mogą szantażować cały świat – dodaje. - Rosja nigdy nie chce iść na żadne ustępstwa, uważa, że jest najpotężniejszym krajem na świecie – podkreśla Wołodymyr, członek ukraińskiej armii. - Nie wiem, czy Rosja i USA znajdą tu rozwiązanie. Źle się dzieje, kiedy dwa kraje decydują o przyszłości innego. My również powinniśmy brać udział w rozmowach, przedstawić swoją opinię – dodaje. Rosja przejęła kontrolę nad ukraińskim Krymem w 2014 r. i wsparła prorosyjskich separatystów we wschodniej Ukrainie. W trwającym na granicy konflikcie zginęło już 14 tys. osób.
Rakiety spadają na Izrael. Dramat w Strefie Gazy. "Dżina trudno wepchnąć do butelki"
2:32

Rakiety spadają na Izrael. Dramat w Strefie Gazy. "Dżina trudno wepchnąć do butelki"

Konflikt izraelsko-palestyński przybiera na sile. Od poniedziałku doszło do zaognienia sporu, który spowodował śmierć wielu osób po obu stronach. Jak tłumaczy Michał Wojnarowicz z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, do eskalacji konfliktu dochodziło już w ciągu kilku ostatnich tygodni, a punktem zapalnym stała się sytuacja w Jerozolimie. - Jest to odpowiedź Hamasu na sytuację w Jerozolimie. Przez ostatnie tygodnie wzrastało tam napięcie między ludnością arabską a żydowską. Działania izraelskiej policji na Wzgórzu Świątynnym też stały się czynnikiem, który był powodem do reakcji dla organizacji chcącej być pierwszą i najważniejszą siłą palestyńskiego oporu. Ten ostrzał rakietowy na Izrael jest przede wszystkim narzędziem politycznym i wizerunkowym. Przybrało to bardzo ostrą formę, ponieważ mamy do czynienia z bardzo wysoką częstotliwością ataków – tłumaczył gość Patrycjusza Wyżgi. Jak dodał, "istnieje sporo teorii, że jest to zaplanowana eskalacja po obu stronach". - Ja byłbym dużo bardziej ostrożny w takich ocenach. Eskalacja w Jerozolimie faktycznie była wyjątkowo ostra. Władze izraelskie i policja stosowały dość mocne metody, wiedząc, co się dzieje i jak bardzo napięta jest sytuacja w tym mieście. Jednocześnie władze pozostają świadome, że "dżina trudno wepchnąć do butelki", dlatego eskalacja i bilans ofiar mogą wzrosnąć bardzo szybko – powiedział gość programu "Newsroom" WP Michał Wojnarowicz.