Plan 21.
Obietnice Karola Nawrockiego
6 sierpnia 2025
Mateusz Ratajczak
Redaktor Naczelny Wiadomości WP
Rozliczamy z czynów, nie z zapowiedzi
Karol Nawrocki jest z nami od roku. Warto przypomnieć, jak zaczynał: jako kandydat, na którego nikt poważnie nie liczył. Jego własne zaplecze przez długie tygodnie nie potrafiło zdecydować, czy go broni, czy się od niego dystansuje. Miał przegrać. A wygrał. Potem miał być słaby. Prezydent (oficjalnie) bez partii, bez parlamentarnej większości, bez własnych ludzi w administracji, z urzędem, który polska praktyka ustrojowa od dekady spycha do roli notarialnej. Rok później jest jednym z najpoważniejszych problemów rządu Donalda Tuska. I - jeżeli tylko będzie chciał - realnym kandydatem do przewodzenia polskiej prawicy. Bo Nawrocki zrozumiał coś, czego jego poprzednik nie wykorzystał: prezydentura w polskim systemie jest urzędem słabym, gdy chce się rządzić, a bardzo silnym, gdy chce się blokować. Weto wymaga trzech piątych Sejmu, żeby je odrzucić - koalicja tych głosów nie ma i mieć nie będzie. Wniosek do Trybunału Konstytucyjnego zatrzymuje ustawę na miesiące. Z kolei inicjatywa ustawodawcza zmusza rząd do reakcji nawet wtedy, gdy trafia do zamrażarki, bo temat już jest na stole. Prezydent korzysta z tego konsekwentnie i bez sentymentów. Jest też druga noga tej prezydentury, zbudowana nie na blokowaniu, tylko na Waszyngtonie. Pierwszą zagraniczną wizytę Karol Nawrocki złożył w Białym Domu (bez nikogo z rządu w delegacji) i od tamtej pory wyciska ze znajomości z Donaldem Trumpem wszystko, co się dało: prestiż, zdjęcia, dostęp, którego zazdrości mu pół Europy, i realny argument w sporze o to, kto naprawdę prowadzi polską politykę zagraniczną. Cena jest taka, że kapitał polityczny zbudowany na jednym człowieku jest wart dokładnie tyle, ile trwa jego kadencja. Efekt sporów jest taki, że w Polsce współrządzą dziś dwa ośrodki, które nie rozmawiają. Po żadnej ze stron nie widać oficjalnej woli porozumienia i po żadnej nie widać, żeby ktoś jej szukał. Rząd kalkuluje, że prezydent jest za słaby, by rządzić, więc trzeba go przeczekać. Pałac kalkuluje, że premier jest za słaby, by przeprowadzić cokolwiek bez podpisu, więc trzeba go zablokować. Obie strony mogą mieć rację jednocześnie. Pytanie brzmi, co z tego zostaje w przepisach. Bo prezydentura to nie tylko konflikt z rządem. To także 21 obietnic, na których Karol Nawrocki zbudował kampanię. Konkretnych, policzalnych, część z terminami wykonania. I to z nich, a nie z liczby wet, będzie kiedyś rozliczany. Wirtualna Polska patrzy władzy na ręce i skrupulatnie rozlicza ze składanych w kampanii zapowiedzi. Było tak w przypadku Donalda Tuska i jego "100 konkretów", jest tak w przypadku Karola Nawrockiego. Zapraszamy do śledzenia "licznika obietnic Nawrockiego". Przyjęta metodologia: zaliczymy realizację konkretnej obietnicy, jeśli pojawią się dla niej gotowe projekty ustaw, nawet jeżeli nie będzie skończonego procesu legislacyjnego. Prezydent i jego środowisko nie mają wystarczającej większości, by przeprowadzić ustawę od projektu do wdrożenia. Identycznie traktujemy obietnice Donalda Tuska. Jeżeli projekt koalicji rządowej zatrzyma się u prezydenta (będącego z innego obozu politycznego), to i tak obietnicę uznajemy za zrealizowaną ze względu na maksymalne wykorzystanie ścieżki do jej osiągnięcia. Tak samo traktujemy inne dostępne prezydentowi narzędzia - złożenie wniosku o referendum uznajemy za wykorzystanie ścieżki legislacyjnej, nawet jeśli Senat wniosek odrzuci. To metodologia łagodna i taka pozostanie przez pierwszy rok kadencji. Na starcie prezydentury liczy się to, czy głowa państwa w ogóle podjęła próbę - czy projekt powstał, trafił do Sejmu, ruszył. Ale projekt złożony to nie to samo co prawo obowiązujące, a im dalej w kadencję, tym różnica robi się istotniejsza. Dlatego przy kolejnych podsumowaniach będziemy rozliczać prezydenta ze sprawczości, a nie z deklaracji: liczyć się będzie to, ile obietnic realnie zmieniło się w obowiązujące przepisy, a nie ile z nich trafiło do sejmowej zamrażarki.