Szczęście z in vitro
Jak żadne inne kobiety co do minuty wiedzą, kiedy zaszły w ciążę. Łączy je także miejsce poczęcia - białostocka klinika ginekologii kierowana przez prof. Mariana Szamatowicza.
26.01.2004 | aktual.: 13.03.2009 12:20
Marta - 42 lata, dzieci z zapłodnienia in vitro to dziś dziesięciolatki, chłopiec i dziewczynka. Flegmatyk i gejzer energii. Powie im kiedyś, w jaki szczególny sposób doszło do poczęcia. Decyzję podjęła w dniu, w którym córka stwierdziła, że już wie, skąd się biorą dzieci - nic wielkiego, po prostu trzeba bardzo chcieć. Zofia - 35 lat, czteroletni synek z in vitro i roczna "naturalna" córeczka - nie powie nigdy. Mąż uważa, że informować dziecko trzeba tylko o adopcji. Poza tym chłopak mógłby zwątpić w jego męskość. Mirka (35 lat) z półrocznym synkiem musi milczeć wbrew sobie. Teściowa chyba dostałaby zawału, że się sprzeciwili woli bożej. Jagna - 44 lata, trzyletni synek z in vitro i roczna "naturalna" córeczka - powie na pewno. Niech jej dzieci wiedzą, że są szczególne, wyszarpnięte losowi. Poza tym zanim dzieci dorosną, in vitro będzie akceptowaną, powszechną i refundowaną metodą leczenia.
Każda kobieta, która szczęśliwie przeszła przez białostocką klinikę, potwierdzi, że macierzyństwo jest jedno. Niezależnie od tego, jakie się stosuje protezy medyczne. - Jeżeli przez rok nie stosuje się środków antykoncepcyjnych, to powinno dojść do ciąży. I dochodzi do niej u 80 procent par - mówi prof. Szamatowicz. - Pozostali muszą się leczyć. Dla niektórych jedyną szansą będzie in vitro. Dzieci powinno się rodzić najpóźniej do 25. roku życia, ale Polka upodabnia się do innych Europejek i dopiero gdy trochę ustabilizuje się finansowo, myśli o macierzyństwie. Tymczasem szanse zmniejszyły wiek, długa antykoncepcja, niewłaściwa dieta, stresy i papierosy. Wystarczy, że kobieta wypala dziennie 15 papierosów, a szanse na macierzyństwo maleją do kilkunastu procent. Dziś co dziesiąta kobieta ma kłopoty z zajściem w ciążę. Oznacza to, że problem niepłodności dotyczy 1,5 mln kobiet. W Polsce coraz częstszy staje się model 1 + 1 = 0.
Ciąża za pięć tysięcy
Interesuje ich nie ciąża, ale jej brak. Ginekolog, który leczy bezpłodność, tłumaczy, że zafascynowało go wyzwanie i związki z badaniami naukowymi. - Dla młodego człowieka było to ekscytujące - wspomina prof. Sławomir Wołczyński z białostockiego zespołu. - Wyglądałem przez okno i widziałem zaścianek, a w laboratorium miałem najnowsze zdobycze medycyny. I tajemnicę życia. Ale prof. Marian Szamatowicz słusznie podejrzewał, że in vitro trzeba wprowadzić do Polski dyskretnie. Kupował aparaturę wraz ze sprzętem do "zwykłej" ginekologii, chętnie przyjmował dary, m.in. od papieża. Zespół kompletował pod kątem zainteresowań leczeniem bezpłodności. Ale próby ruszyły dopiero po powrocie profesora z kliniki w Göteborgu. Był rok 1983, jednak pierwsze dziecko urodziło się dopiero po czterech latach. 33-letnia kobieta bez wahania zdecydowała się na coś, co w Polsce było jeszcze eksperymentem. Urodziła trzykilogramową dziewczynkę. Dziś rekordzistka zaszła w ciążę po 11. próbie, a w Polsce dorasta około 3 tys. dzieci
poczętych pod mikroskopem białostockiej kliniki.
- Metoda jest z założenia prosta - tłumaczy prof. Szamatowicz. - Trzeba wyjąć komórkę jajową, dodać plemniki i zarodek umieścić w jamie macicy. Jednak po drodze jest wiele pułapek, które w medycynie nazywa się wilczymi dołami. My bardzo długo wpadaliśmy w dół pod nazwą jakość płynu, w którym hodowany jest zarodek. Sanepid wskazał nam najczystsze źródło w okolicy, a zarodki i tak ginęły. Teraz mamy specjalnie sprowadzaną wodę. Jednak te pierwsze lata, chociaż trudne, lekarze wspominają ciepło, bo pacjentki nie płaciły za leczenie. Dopiero w 1992 r. ówczesny minister zdrowia, Włodzimierz Sidorowicz, umieścił zapłodnienie pozaustrojowe, obok operacji plastycznych, na liście zabiegów kaprysów, za które powinna płacić pacjentka. - Chcieli wykończyć in vitro - oceniają ginekolodzy.
Zanim do tego doszło, w 1987 r. urodziło się pierwsze polskie dziecko z zapłodnienia in vitro. Media oszalały. Najbardziej powściągliwa była "Trybuna Ludu", wyczuwająca, że w ten sposób przypodoba się Kościołowi. Telewizja również zrezygnowała z nadania reportażu wigilijnego. Uznano, że Jan Dobraczyński nie może występować obok dziecka z in vitro.
Do Białegostoku zaczęła napływać lawina listów. Ksiądz z białostockiej ambony grzmiał o nieludzkich praktykach kliniki, jego zdaniem, gorszych niż narkomania i pijaństwo, tymczasem kobiety opisywały sny, w których tuliły dziecko. Błagały, pisały, że mąż chce odejść, a im ręce same się wyciągają po cudze niemowlęta. Uważni czytelnicy Biblii przypominali, że bezpłodność była problemem opisywanym już w Księdze Rodzaju. Abraham pierwsze dziecko miał ze swoją służącą, a 96-letnia Sara urodziła dopiero za sprawą aniołów. Problemy miała także Rebeka, żona Izaaka - dopiero po wielu latach urodziła Ezawa i Jakuba.
Prof. Szamatowicz próbował rozmawiać z ówczesnym biskupem. - Jeśli przychodzi niepłodna para i chce mieć dziecko to... - nie dokończył, bo biskup mu przerwał: - Dziecko jest darem Boga, który trzeba przyjąć, a jeśli nie ma tego dziecka, należy być pokornym. Kościoły protestanckie, islam i buddyzm nie potępiają in vitro. Postawa Kościoła katolickiego jest twarda. Nieakceptowane jest pobieranie plemników przez masturbację, no i oczywiście zapłodnienie poza organizmem kobiety. Poddanie się tej metodzie jest grzechem. - Ale gdyby nie przychodzili tu katolicy, musiałbym ośrodek zamknąć - broni się prof. Szamatowicz. - Cała ta sytuacja jest absurdalna, przy takich ocenach za grzeszne trzeba także uznać cesarskie cięcie. Też jest sprzeczne z naturą. Minister, który chciał zahamować in vitro, pomylił się. Oczywiście, dziś wiele kobiet z przyczyn ekonomicznych rezygnuje z zabiegu. Ale poza bogatymi jest kolejka tych, które są zdolne do wyrzeczeń, pożyczek czy zaharowania, byle kupić sobie jeszcze jedną próbę. Cena in
vitro w Białymstoku jest najniższa w Polsce. Zabieg wykonuje sześć ośrodków akademickich i 18 prywatnych. Ceny to ok. 10 tys. zł, w Białymstoku - 5 tys. zł. Jeśli więcej, to tylko wtedy, gdy kobieta potrzebuje silniejszej dawki leków. Ta cena nie budzi zaufania niektórych bogatych Rosjan. Jadą do Szwajcarii, bo nie wierzą, że za 5 tys. zł można mieć własne dziecko. W Polsce najdroższy, prywatny ośrodek bierze 13 tys. zł, a do tego trzeba doliczyć koszty dojazdu, hotel i zwolnienia z pracy. W Polsce Kościół jest przeciw, co najmniej 1,5 mln bezpłodnych par jest za, a państwo, korzystając z konfliktu, nie daje na metodę ani grosza. Nie ma też żadnych uregulowań prawnych. Lekarze kierują się etyką i zdrowym rozsądkiem. - Metoda dotyka spraw intymnych, nie jest obojętna ani dla ciała, ani dla psychiki - podkreśla prof. Wołczyński. - Ale jeśli ma powstać głupie prawo, wolę dzisiejszą sytuację - dodaje prof. Szamatowicz. Jednak ten stan powoduje, że ośrodki prywatne podają sukcesy, które trudno zweryfikować.
Bardzo często też odmawia się tam leczenia starszych kobiet, bo ich porażka popsułaby statystykę. Dziś polskie zespoły prowadzące in vitro nie muszą zdobywać żadnej licencji, nie ma też narodowego rejestru tego typu technik, który jest obowiązkowy w innych krajach. Klient płaci i wymaga. Dr Jan Domitrz, kolejny członek zespołu, chciałby wyjaśnienia publicznie kilku spraw. Na przykład że nie wyrzucają brzydkich zarodków, tylko te, które się rozpadły, a więc skopiowały poronienie, proces naturalny, zachodzący także w organizmie kobiety. To, że zarodki mają klasę od A do D, jest klasyfikacją, nie wyrokiem. A niewykorzystane są zamrożone i czekają na następną próbę. Stan hibernacji może trwać pięć lat. Z kolei prof. Wołczyńskiemu zależałoby na informacji, że dzieci z in vitro nie chorują częściej. Nie sprawdza się teoria, że natura broni małżonków przed urodzeniem chorego potomka. Tak można stwierdzić na przykładzie Belgii, jedynego kraju, który przebadał wszystkie swoje dzieci z in vitro. Jednak każda tego typu
ciąża jest traktowana jako ta podwyższonego ryzyka. Więcej jest ciąż bliźniaczych i przedwczesnych porodów. Sam prof. Szamatowicz obserwuje życie rodzinne. - Jeśli się uda, kłótnie małżeńskie prawie nie istnieją - ocenia.
Wyniszczająca tęsknota
Jagnie lekarze powiedzieli, że nie wiedzą, dlaczego nie może mieć dziecka. Zdrowa para i nic. Takie przypadki nazywa się uczenie psychogenicznymi. W związku z tą tajemniczą diagnozą Jagna postanowiła skupić się na pracy w dyplomacji, co szło jej o wiele lepiej niż zachodzenie w ciążę. Tam ją chwalili i płacili dobrze. In vitro próbowała od czasu do czasu, tak jak ktoś, kto gra w totolotka, kiedy jest kumulacja. W międzyczasie przekonała się, że adopcja nie wchodzi w grę, bo cudze dziecko może tylko polubić. Czas płynął, wraz z mężem obrastała w tytuły i pieniądze. Siódmą próbę podjęła, żeby nie mieć wyrzutów sumienia. Z lustra spoglądała zadbana czterdziestka. Jej koleżanki chodziły na wywiadówki. Więcej nie będzie się ośmieszać. Wiadomość o ciąży przyjęła ostrożnie. W poczekalni kliniki inne kobiety naopowiadały jej o poronieniach. Poznała dziesiątki takich jak ona, sympatycznych, ładnych i, jak powiedziała jedna z nich, z wadą ukrytą. To było upokarzające. - Tymczasem ciąża trwała i trwała - wspomina.
Każdego ranka głaskała napięty brzuch. Ciąża z in vitro zmieniła jej organizm. Kiedy synek miał rok, zaszła w ciążę bez pomocy medycyny. Zrezygnowała z kariery. Teraz na wszystko zarabia mąż. Mieszkają w domu za miastem, a jej ulubionymi słowami są: "córuś" i "syneczku".
O in vitro mówi się, że to ostatnia szansa. Mirka przyjęła ją z ulgą. Była udręczona ciążą pozamaciczną, wycinaniem jajowodu i nieudanymi inseminacjami. Miała udręczone ciało, czuła się jak torturowana czarownica. Z ulgą przyjęła wiadomość, że to, co najważniejsze, odbędzie się poza jej organizmem. Wybrali klinikę w Białymstoku, bo jest o połowę tańsza od warszawskiej, a dla lekarskiego małżeństwa to była podstawowa informacja. Jak większość par, które weszły w program, jak mówią lekarze, zmienili się. Zero imprez, urlop w domu, żadnych ciuchów i przyjemności. Zbierali na zapłodnienie. - Trzecia próba i ciąża - wspomina Mirka. - A potem poronienie w 22. tygodniu. Właściwie poród przedwczesny. Chciała być sama. Jest silna. Wierzyła, że sobie poradzi, ale nagle zorientowała się, że ulica skrzeczy, ludzie mają złe oczy, a najbliżsi kłamią. Mąż nie chciał słyszeć o adopcji. Przestraszyła się, że wariuje. Wzięła pożyczkę i natychmiast poddała się następnej próbie. W 38. tygodniu urodziła dwie dziewczynki.
Zatrudniła niańkę, wróciła do pracy. Gdy dziewczynki przyszły na świat, byli zadłużeni. I natychmiast zaczęli tonąć w jeszcze większych pożyczkach. Rodzina pomaga, choć się dziwi, gdzie się podziały ich oszczędności. Ale i tak są w lepszej sytuacji niż ci, którzy dzieci nie mają, za to końca spłaty kredytu nie widać. Zofia uczy w prywatnej szkole, mąż też. Antykoncepcję stosowała "od zawsze", bo chcieli zwiedzać i nacieszyć się sobą. Trzy lata po ślubie, kiedy wróciła z kolejnych chrzcin, wyrzuciła tabletki. I nic. Nie zdążyła płakać, bać się i wyrzekać na los. Wyliczyli, że będzie ich stać na jeden zabieg. W 28. dniu cyklu próba ciążowa wypadła dodatnio. - Ale prawdziwą kobietą poczułam się dopiero po urodzeniu drugiego dziecka - mówi Zofia. - Tego z wpadki, co w moim przypadku brzmi dziwacznie. Poczętego bez pomocy lekarzy. Wszystkie pamiętają najróżniejsze sufity, każdą smugę. W ciąży długo leżały. Dr Jan Domitrz marzy o zatrudnieniu psychologa. Poza rozpaczą pustego brzucha, poronień i zadłużenia z
niepokojem obserwuje kobiety uzależniające się od in vitro. Traktują je jak ruletkę, w którą raz do roku muszą zagrać. Psycholog na pewno by im pomógł, a co najważniejsze, zasugerowałby inne rozwiązania - inseminację nasieniem anonimowego dawcy czy adopcję. - Z niepłodnością wiążą się olbrzymi stres, frustracja, dewastacja układu partnerskiego, brak poczucia więzi rodzinnych, utrata celu dla aktywnego życia zawodowego - ocenia prof. Szamatowicz. - Według psychologów, stres niepłodności jest porównywalny ze stresem rozpoznania raka czy zawałem. Tylko AIDS niesie większe poczucie zagrożenia. Poza tym seks traci elementy satysfakcji, staje się podglądanym i sterowanym zachowaniem, mającym tylko jeden cel - urodzenie dziecka.
W siedmioosobowym zespole każdy ma swoje zadanie. Najpierw pobiera się komórki jajowe, potem w odpowiedniej temperaturze i pH miesza się je z plemnikami. Po dwóch dobach dwa, trzy zarodki (więcej, jeśli kobieta skończyła 35 lat) trafiają do macicy. Każde z urządzeń musi mieć odpowiednią temperaturę. Organizm kobiety jest sterowany hormonami. - Na jedną komórkę jajową kobiety dodaje się od 50 do 100 tys. plemników jej męża i wówczas rozpoczyna się jedno z najbardziej złożonych zjawisk biologicznych - zapłodnienie - tłumaczy prof. Wołczyński. Laboratoria nie mają w sobie nic z science fiction. Mikroskopy, szafki, nic szczególnego. "Dawanie życia" - lekarze z Białegostoku nie lubią tego określenia. - To tak, jakby w kochającym się małżeństwie zjawił się ktoś trzeci i ponad przepaścią przeniósł ich do macierzyństwa - prof. Szamatowicz woli taką metaforę.
Powitanie z matką
W leczeniu bezpłodności jest ciągle wiele tajemnic. - Nie ma czegoś takiego jak prognoza indywidualna - tłumaczy prof. Szamatowicz. - Oczywiście, pewne sytuacje dają większe nadzieje, ale często jesteśmy zaskakiwani przez naturę. Obowiązują tylko trzy zasady. O zajściu w ciążę decyduje po pierwsze wiek kobiety, po drugie wiek kobiety i po trzecie wiek kobiety. Ale najbardziej zdumiewa, że udane in vitro często przywraca płodność. Co można poprawić? - Mamy dwa wyzwania - wylicza prof. Szamatowicz. - Chcemy poprawić jakość zarodka i lepiej rozpoznawać coś, co nazywamy okienkiem implantacyjnym. Jest to miejsce w błonie śluzowej najlepiej przygotowane do przyjęcia zarodka. Nie pamiętają imion tych kobiet. Odcinając się od tych, które rozpaczliwie pytały, dlaczego się nie udało, zapominają też o tych, które urodziły. Ale w każdej chwili charakterystyczna sytuacja przywraca pamięć. Jakaś kobieta z podskakującym chłopaczkiem zaczepia prof. Szamatowicza na ulicy: - Nazywam go Eskimosek, bo był zamrożony - szepce.
Profesor przypomina sobie, że zarodek czekał w temperaturze -180 stopni C.
Każdy członek zespołu przeżywa takie sytuacje - kartki, ucałowania, serdeczności. Ściany gabinetów wytapetowane są zdjęciami niemowląt. - To owoce naszej współpracy z rodzicami - śmieje się prof. Wołczyński. Ale fotografie starszych dzieci już nie nadchodzą. Żeby się nie rozniosło. Pierwsze polskie dziecko z probówki prof. Szamatowicz widział w okolicach jego komunii, czyli kilka lat temu. Niektórzy rodzice podają nawet nieaktualne adresy albo proszą, by list był bez stempla kliniki. Najszczęśliwszą chwilę dr Jan Domitrz przeżył, gdy w sklepie zaczepiła go para z pyzatym bobasem. Trochę się speszył, bo sądził, że im się nie udało. - Tak panu dziękujemy - powtarzali w kółko. - Twardo nam pan uświadomił, że po tylu próbach in vitro jesteśmy bez szans. I adoptowaliśmy Piotrusia. Co za szczęście.
Iwona Konarska