ratownicy medyczni

Lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni w Ukrainie. Cisi bohaterowie wojny z Rosją
WIDEO

Lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni w Ukrainie. Cisi bohaterowie wojny z Rosją

Lekarze, ratownicy medyczni i pielęgniarki są cichymi bohaterami wojny w Ukrainie. Medycy w oblężonym Mariupolu niezmiennie od ponad 2 tygodni pracują 24 godz. na dobę, aby ratować życie rannych. Zdecydowana większość z pracujących lekarzy i ratowników w Mariupolu zdecydowała się zostać w mieście po wybuchu wojny. Nie przerywają swojej pracy nawet, gdy na ich placówki spadają bomby lub są ostrzeliwane przez rosyjską artylerię. Wielu z nich zginęło już w wyniku rosyjskich ataków. Ci, którzy przeżyli starają się radzić sobie, mimo braku opatrunków, leków oraz sprzętu, który jest niszczony. Medycy z Mariupola każdego dnia widzą, jak umierają ludzie. W dramatycznych chwilach towarzyszyły im kamery agencji Associated Press, które relacjonują wydarzenia w Ukrainie. Jedną z ofiar był zaledwie 16-letni chłopiec, który został ciężko ranny w wyniku wybuchu bomby, która spadła obok boiska przy szkole. Mimo długich starań, lekarzom nie udało się go uratować. Poinformowali ojca, że jego syn już do niego nie wróci. Reporterzy pokazują tragiczny obraz życia w Mariupolu, który jest jednym z najostrzej atakowanych miast Ukrainy. Położenie miasta, które znajduje się na wybrzeżu Morza Czarnego, pomiędzy anektowanym przez Rosjan Krymem a Samozwańczymi republikami Doniecką i Ługańską sprawiają, że jest to jeden z najważniejszych celów dla armii rosyjskiej. W mieście od początku wojny trwają walki, praktycznie codziennie spadają tu bomby. Nie są oszczędzane budynki cywilne, a także szpitale, szkoły i ośrodki kulturalne. W mieście brakuje wody i żywności, brak jest prądu i ogrzewania. Mariupol jest dzisiaj najprawdziwszym obrazem wojny i tragedii zwykłych Ukraińców.
Coraz częstsze ataki na ratowników medycznych. "Całą frustrację wylewają na nas"
WIDEO

Coraz częstsze ataki na ratowników medycznych. "Całą frustrację wylewają na nas"

- Coraz częściej dochodzi do ataków na ratowników medycznych - mówił w programie "Newsroom" WP Ireneusz Szafraniec z Polskiego Towarzystwa Ratowników Medycznych. - Wydaje nam się, że spowodowane jest to faktem, iż dostęp do służby zdrowia jest mocno utrudniony przez sytuację pandemiczną. Wiele przychodni nie pracuje w pełni, część jest zamknięta. Całą frustrację z tym związaną ludzie wylewają na nas - na ratowników medycznych. Po prostu jesteśmy najbliżej, na pierwszej linii - wyjaśnił. - Najczęściej jesteśmy obrażani słownie, ale dochodzi także do rękoczynów. Czasem ratownicy doznają nawet ciężkich uszkodzeń ciała. Najczęściej takich incydentów nie zgłaszają, bo wiąże się to z chodzeniem po sądach - tłumaczył Szafraniec. - Wydawać by się mogło, że czwarta fala koronawirusa będzie łagodniejsza. Niestety, pacjenci wzywają nas w stanach o wiele cięższych niż w poprzedniej fali. Jest to dla nas uciążliwe, bo około 50 proc. wyjazdów karetek jest teraz właśnie do pacjentów covidowych. Jeden taki pacjent wyłącza zespół ratownictwa na kilka godzin. Trzeba go przewieźć do odpowiedniego ośrodka, a następnie taka karetka musi zostać zdezynfekowana. W związku z tym kolejni pacjenci mogą czekać na przyjazd zespołu ratownictwa medycznego nawet kilka godzin. To niestety czasami kończy się tragicznie - podsumował.