Trwa ładowanie...
ycipk-3qz0l7
ycipk-3qz0l7

Kaczyński chciał o nim wspomnieć, bo "siedział za prawdę"

To przemówienie Lecha Kaczyńskiego miało być kluczowe. Miało dobitnie podkreślić, że kłamstwo katyńskie nie ma już racji bytu. Nie zostało przez prezydenta wygłoszone. Ale świat je usłyszał. A w nim i te zdania: "Rodzinom ofiar odebrano prawo do publicznej żałoby, do opłakania i godnego upamiętnienia najbliższych. (...) Po stronie kłamstwa stoi potęga totalitarnego imperium, stoi aparat władzy polskich komunistów".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
ycipk-3qz0l7

Przeczytaj o pomyłce związanej z przemówieniem Lecha Kaczyńskiego.

"Ludzie mówiący prawdę o Katyniu płacą za to wysoką cenę. Także uczniowie. W roku 1949 za wykrzyczaną na lekcji prawdę o Katyniu dwudziestoletni uczeń z Chełma Józef Bałka wyrokiem wojskowego sądu trafia na trzy lata do więzienia". - To ja, ten gagatek - mówi na progu swojego domu w Chełmie Józef Bałka, w 60 lat od tamtego wydarzenia.

Przemówienia odczytanego podczas żałobnych uroczystości wysłuchała Danuta, córka pana Józefa. Wydrukowała treść, pokazała ojcu. - Byłem zaskoczony - wzrusza się. - Nie spodziewałem się takiego wyróżnienia.

ycipk-3qz0l7

Skąd Lech Kaczyński dowiedział się o Bałce? - Ja z panem prezydentem widziałem się dwa razy. Po raz pierwszy w 1995 roku, w czasie wyborów prezydenckich. Brałem udział w jego kampanii wyborczej. Dostałem za to od niego osobiste podziękowanie. To był czas, kiedy Polska podniosła głowę. Czas radosny. Wtedy pewnie pan prezydent poznał moje losy - wyjaśnia starszy pan, z werwą, mimo choroby Parkinsona.

Teraz opowiada je nam. Józef Bałka, rocznik 1929, syn Sabiny i Franciszka, żołnierza 7. pułku piechoty legionów w Chełmie. Po 17 września 1939 roku widział, jak Rosjanie pędzą ul. Lubelską na stację kolejową polskich oficerów. Obszarpanych, głodnych, poranionych. Tam załadują jeńców w bydlęce wagony i zawiozą w głąb Rosji, do obozów. Strasznie mu było ich żal. O ojcu, który poszedł na wojnę żadnych wieści. Wreszcie przyszła: że dostał się do oflagu. Po długich staraniach puścili go, bo był specjalistą od młynarstwa, a żołnierz niemiecki potrzebował chleba.

W maju 1949 r. Józef jest uczniem trzeciej klasy gimnazjum mechanicznego w Chełmie. - Na przerwach rozmawialiśmy z chłopakami na tematy polityczne - opowiada. - Ktoś zapytał nauczyciela fizyki S., kto zamordował oficerów w Katyniu. S. odpowiedział, że Niemcy. Na to ja się wyrwałem, że to nie Niemcy, tylko bolszewicy! A UB miało w szkole wtyczki. Był taki Tadek... Niby uczeń jak my, a pokazywał mi kaburę pistoletu, żebym się zamknął. Byli inni. To taki desant bolszewicki. Jeden z moich kolegów, który był na wystawie maszyn we Wrocławiu, opowiadał, że widział na maszynach produkcji radzieckiej niewytarte do końca znaki świadczące o tym, że zrobiono je w USA. I znów ucho nastawione. Upłynęło kilka dni i w szkole pojawił się oficer, który namawiał nas do wstąpienia do wojska. Mnie od razu kazał iść ze sobą. Dyrektor, prawy człowiek, próbował oponować, ale ten oficer wyprowadził mnie z budynku. Doszliśmy na ulicę Dzierżyńskiego, dziś Reformacka, do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Oprowadził mnie po pokojach,
mówiąc: - To on twierdzi, że Rosjanie mordowali polskich oficerów.

Zobaczyłem w jednym z pokoi swoją koleżankę z podstawówki.

ycipk-3qz0l7

Cela, okienko na wysokości chodnika. Najpierw gimnazjalista siedzi sam, potem w towarzystwie. Do innych cel dochodzą chłopcy, którzy na zabawie ludowej w Zawadówce dali wciry ubekom. Sprawa w sądzie wojskowym w Lublinie odbyła się w lipcu. Właściwie się nie odbyła, bo nie było kompletu świadków - koledzy i nauczyciele przebywali na wakacjach. We wrześniu wszyscy się stawili. Także S., świadek koronny oskarżenia. Adwokat bronił zdawkowo. Zapadł wyrok: 3 lata więzienia, za obrazę sojusznika.

Siedem miesięcy w chełmskim więzieniu. Potem na Zamku Lubelskim. - Akurat Matka Boska płakała w katedrze. Cele były strasznie zapchane, a ja trafiłem do takiej koło baszty - ciągnie opowieść pan Józef. - Pamiętam niesamowity kurz z sienników, które rozścielało się na podłodze. Potem przenieśli mnie na pierwsze piętro. Było tam około stu więźniów. I zawsze jacyś kapusie. Odbiłem sobie stopę w drewniaku, spuchła, ropiała. Cierpiałem straszliwie. Kiedyś skryłem się z bólu przed tłumem pod narą. Wypatrzył mnie strażnik. Za karę zamknął mnie i jednego kolegę w przejściu między drzwiami a kratą. Nie można było się ruszyć. Przestałem wiele godzin na jednej nodze. - Ty tu zgnijesz - dołożył strażnik. Naczelnik był ludzki, spowodował, że wysłali mnie do chirurga. Lekarz oczyścił ranę i mogłem wreszcie stanąć na stopie.

Taki był początek więziennej drogi Józefa Bałki. Z Chełma trafił do więzienia w Rawiczu. W pociągu wiozącym więźniów tylko jego zamknęli w klatce jak psa. Mógł tam tylko siedzieć. W Rawiczu nie zagrzał długo miejsca. Stamtąd przenieśli go do więzienia w Strzelcach Opolskich. Tam baraki. Pluskwy wypędzały z nar. Straż dawała swobodę, za to praca była mordercza. Kamieniołomy. Młodociani więźniowie wydzierali ziemi kamień wapienny. Po pracy przestawiali tory, potem ładowali wapno palone na wagony. - Raz kolega, z którym pracowałem, puścił korbę urządzenia podnoszącego szyny, które omal nie spadły mi na nogi... - wspomina Józef Bałka. Ze Strzelec Opolskich skazańczy szlak wiódł do Sosnowca, do kopalni węgla. Na dół. Potem znów Strzelce. Tam zastał go koniec wyroku.

- Mamusia po mnie przyjechała. Zaraz wyruszyliśmy do Częstochowy, podziękować Matce Boskiej... - mówi z drżeniem w głosie. Potem siedem miesięcy poszukiwań pracy. Od firmy do firmy. Nie przyjmowali, bo mówił, za co siedział. W końcu Bałka zdenerwował się: - Czy ja mam wziąć pistolet i pójść na rozstaje dróg? - zapytał zdesperowany miejskiego sekretarza partii. - Co mnie będziesz upolityczniał! - usłyszał w odpowiedzi. Pracy nie dostał, dostał za to wezwanie do wojska. Do pracy w kopalni.

ycipk-3qz0l7

Ciąg dalszy kary.

Prawda o Katyniu kroczyła z nim przez wiele lat. Czasem przeszkadzała w awansie, uzyskaniu lepszej pracy. Wyrzucali go, kiedy wychodziła na jaw. Uparcie się dokształcał. Był m.in. nauczycielem. Zawodową karierę skończył jako wiceprezes spółdzielni rzemieślniczej. Jako ojciec i dziadek. A prawda o katyńskim mordzie? - Kiedy umarł S., ten koronny świadek mojego oskarżenia, samotnie, poszedłem do kostnicy i zamknąłem mu oczy. Nie chciałem mu niczego pamiętać - kończy historię.

Czytaj więcej.

Polub WP Wiadomości
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-3qz0l7

ycipk-3qz0l7
ycipk-3qz0l7