Ludzie z klubów "Gazety Polskiej" z obchodów rocznicy tragedii wychodzili z płaczem. Resort Glińskiego nawalił

Kluby "Gazety Polskiej”, które współorganizowały razem z PiS miesięcznice smoleńskie od samego ich początku, są oburzone na rząd. Ludzie obchody 10 kwietnia opuszczali z płaczem, nam mówią, że nie rozumieją postępowania władz, którym oddali przecież czas, serca i pieniądze.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jarosław Kaczyński podczas obchodów 8. rocznicy tragedii smoleńskiej. Plac Piłsudskiego.
Jarosław Kaczyński podczas obchodów 8. rocznicy tragedii smoleńskiej. Plac Piłsudskiego. (PAP)
WP

2015 r. Grzegorz Schetyna w rozmowie z tygodnikiem "Polityka” szczerze przyznaje: - Trzeba stworzyć miejsca do inicjowanych przez nas dyskusji z Polakami. Podśmiewywaliśmy się, kiedy tworzono kluby "Gazety Polskiej”, ale to był jakiś pomysł na przekonywanie do siebie ludzi.

Słowa lidera PO komentuje w TOK FM Marcin Meller, felietonista "Newsweeka”: - Kluby "GP" wyrastały z pasji, wiary, ideologii. W przypadku PO mówimy o partii, która przegrała wybory i którą spajała tylko władza.

Zarówno Schetyna jak i Meller doskonale wiedzieli, o czym mówili. Kluby "Gazety Polskiej”, którymi zarządza Ryszard Kapuściński, to duża obywatelska organizacja, która od momentu katastrofy rządowego samolotu w Smoleńsku wpierała PiS w tym, by pamięć o tragedii nie wygasła. To świetnie zorganizowana sieć społeczna, dla której guru są niezmiennie Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz. Nikt tak jak kluby "GP” – jak podkreślają sami ich członkowie – nie wspierał obecnie rządzącej partii w dążeniu do prawdy o Smoleńsku. Zdolność organizacyjną klubów doceniają nawet oponenci.

WP

Dziś jednak kluby "GP” czują się przez rząd zdradzone. Nie tak miał wyglądać ich ostatni smoleński marsz.

Niezrozumienie i wściekłość

Członkowie klubów, jak dowiadujemy się nieoficjalnie, mają pretensje do poseł Anity Czerwińskiej – byłej szefowej klubów, jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci tego ruchu – za to, że nie zadbała o swoich ludzi. Że nie dopilnowała, by wszystkie osoby związane z jej macierzystym środowiskiem godnie mogły uczestniczyć w rocznicowych obchodach. – Tylko dzięki naszemu wsparciu dostała się do Sejmu. A my mamy dziś poczucie, że Anita nas zignorowała, nie dopilnowując tego, by jej własne środowisko i zaplecze, ludzie z całej Polski, mogli tak, jak chcieli, jak było trzeba, spędzić ten dzień. Pod Pałacem, na Placu Piłsudskiego, po prostu godnie – opowiada nam osoba związana ze środowiskiem "GP”.

Sama poseł Czerwińska w rozmowie z Wirtualną Polską zapewnia, że nie zdawała sobie sprawy, iż wskutek takiej a nie innej organizacji zabezpieczenia obchodów dojdzie do sytuacji, które w ludziach wzbudzą wściekłość i frustrację. – Dlaczego tak się działo? Proszę zapytać Ministerstwa Kultury – mówi nam posłanka PiS.

WP

Czerwińska od początku trwania miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie stoi na scenie tuż przy prezesie PiS. Miała wielki wkład w organizację comiesięcznych marszy. Pracowita i konkretna. Przez samego Jarosława Kaczyńskiego zawsze wychwalana z nazwiska, prezes – jak słyszymy w PiS – Czerwińską wprost uwielbia. Jako posłanka niespecjalnie się wyróżnia, w mediach się nie pojawia, ale wszyscy wiedzą, jak ważna jest jej rola przy Naczelniku (jak lubią nazywać prezesa klubowicze).

Problemy z nagłośnieniem

Kaczyński o pewnych zaniedbaniach podczas uroczystości 10 kwietnia nie wiedział. Scena z wieczoru: prezes PiS podczas wieczornego przemówienia pod Pałacem Prezydenckim kilka dobrych minut wymienia z imienia i nazwiska wszystkich tych, którzy od niemal dekady pomagali w organizacji obchodów. Uznano to za ładny gest. Na pierwszym planie bowiem pojawili się nie politycy, a cisi bohaterowie smoleńskich miesięcznic.
Wreszcie ze sceny pada nazwisko Michała Sakiewicza.

To brat Tomasza – redaktora naczelnego "Gazety Polskiej” – który co miesiąc dbał o nagłośnienie w czasie smoleńskich marszów na Krakowskim Przedmieściu. Tyle, że w 8. rocznicę tragedii, podczas wielkich uroczystości państwowych, nagłośnienie było po prostu słabe, na co narzekali sami uczestnicy. Za co nie odpowiadał Michał Sakiewicz, ale organizatorzy, którzy dostarczyli kiepski sprzęt. A wyszło na to, że odpowiada za niego brat Tomasza. Bo wymienił go z nazwiska prezes PiS. Ale w tym przypadku wina leżała po stronie rządzących.

WP

SOP traktuje jak intruzów

Największe pretensje ze strony klubów „GP” są jednak do wicepremiera Piotra Glińskiego. To jego resort kultury odpowiadał z organizację obchodów, za ceremonię odsłonięcia pomnika ofiar tragedii. Ryszard Kapuściński – prezes klubów "GP” – miał się wręcz wściec na Glińskiego. Skrzynka e-mailowa Kapuścińskiego zapchała się od wiadomości od sfrustrowanych klubowiczów.

– Rząd obiecywał dopiąć wszystko na ostatni guzik, a zawalił na całej linii. Gdy obchody są państwowe, władza sobie z tym kompletnie nie potrafi poradzić, gdy za obchody odpowiadaliśmy my, wszystko chodziło jak w zegarku – słyszymy od osoby związanej z klubami "GP”, która dotarła na obchody w Warszawie. – Ludzie mieli przepustki, identyfikatory, a nie mogliśmy nawet wejść na Plac Piłsudskiego, na którym było mnóstwo wolnej przestrzeni. Klubowicze zjeżdżali się z całej Polski, a traktowani byli przez policję jak intruzi. Odsyłano nas od bramki do bramki, odgradzano nas. Podobne zamieszanie było na Krakowskim Przedmieściu. A przecież w obchodach chciało wziąć udział mnóstwo starszych osób, wykończonych, po wielogodzinnych podróżach – relacjonuje nam jeden z klubowiczów. O niewpuszczaniu ludzi na Plac Piłsudskiego – jak słyszymy – zdecydowała Służba Ochrony Państwa. Tyle, że niektórzy twierdzą, iż takie polecenie wydali funkcjonariuszom politycy. Inni zrzucają winę na policję.

Płacz i przeprosiny

WP

Plac przed pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej świecił pustkami, a pod płotem go ogradzającym czekał tłum. Tysiące ludzi. Zmęczonych i wściekłych. Wielu z nich po prostu się rozpłakało.

Aby jakimś cudem zobaczyć pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej z bliska, trzeba było przejść kontrolę bezpieczeństwa. Policyjni pirotechnicy, wspierani przez funkcjonariuszy SOP, skrupulatnie sprawdzali wchodzące osoby. – Wszystko rozumiem, ale dla wielu sposób, w jaki robili to mundurowi, był po prostu urągający, jeśli nie poniżający – opowiada nam jeden z uczestników. To, w połączeniu z niewielką liczbą punktów kontrolnych, spowodowało długie kolejki i wściekłość klubowiczów obecnych na uroczystości.

Jedynym politykiem, który jak dotąd miał odwagę przeprosić sfrustrowanych ludzi, jest minister Joachim Brudziński. Szef MSWiA bowiem – jako przedstawiciel rządu – także bierze odpowiedzialność za to, co działo się na Placu Piłsudskiego i jego okolicach oraz na Krakowskim Przedmieściu. Tyle że – w przeciwieństwie do ministra Glińskiego – Brudziński potrafi uderzyć się w piersi. Rozumie emocje ludzi, którzy – jak relacjonuje nam uczestnik obchodów – musieli oglądać uroczystości na Placu Piłsudskiego zza brzydkiego płotu, stojąc kilka metrów od znienawidzonych Obywateli RP (słynących z blokowania marszów smoleńskich). Klubowiczów odgradzał od nich kordon policji.

W rozmowie z WP Anita Czerwińska z jednej strony ubolewa nad tym, że nie wszyscy mieli szansę uczestniczyć w centralnych punktach obchodów, ale z drugiej – rozumie konieczność wzmocnienia zabezpieczeń: - Proszę się zastanowić, dlaczego należy podejmować takie środki bezpieczeństwa. Opozycja zrobiła wszystko, użyła wszelkich niegodziwych i podłych metod, żeby comiesięczne uroczystości zakłócać. Skutkiem była przemoc nie tylko werbalna, ale i fizyczna wobec ludzi gromadzących się na Krakowskim Przedmieściu. Dlatego rozumiem, że 10 kwietnia władze chciały zapewnić uczestnikom obchodów maksymalne bezpieczeństwo. To efekt antyobywatelskich, nikczemnych działań totalnej opozycji, która mści się na Polakach za wynik wyborczy w 2015 r. Nawet nie przyszli na odsłonięcie pomnika – przypomina posłanka PiS. Czerwińska dodaje, że tzw. Obywatele RP – nazywani przez konserwatywne środowiska „zbrojnym ramieniem opozycji” – zakłócali nawet msze święte za ofiary tragedii smoleńskiej. – Wszelkie granice zostały przekroczone – twierdzi posłanka.

WP

Czy Gliński pójdzie na dywanik

Próbowaliśmy skontaktować się z ministrem Glińskim – bez skutku. Do prezesa PiS z pewnością dochodzą sygnały płynące ze strony środowiska klubów "Gazety Polskiej”. Dlatego można spodziewać się, iż Jarosław Kaczyński wezwie wicepremiera na dywanik. Zwłaszcza, że to nie pierwsza z ważnych spraw, której nie dopilnował resort Glińskiego. Jak ujawniliśmy kilka dni temu na WP, Ministerstwo Kultury wielu rodzinom smoleńskim w ostatniej chwili e-mailem wysłało zaproszenia na obchody, z czego sam wicepremier musiał później tłumaczyć się w publicznym radiu.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

WP
WP