Trwa ładowanie...

Porażająca skala przemocy wobec kobiet w Ameryce Łacińskiej

O ile na świecie wciąż trwa epidemia przemocy wobec kobiet, o tyle w Ameryce Łacińskiej można już mówić o pandemii. Skala ataków jest tak wysoka, że rządy niektórych państw kontynentu wprowadziły nawet do swoich kodeksów karnych specjalne pojęcie: feminicidio, czyli kobietobójstwo. Niestety, nawet zaostrzenie prawa nie poprawiło rzeczywistości wielu Latynosek.

Share
Porażająca skala przemocy wobec kobiet w Ameryce Łacińskiej
Źródło: AFP, fot: Hector Retmal
d14mcea

Na ulicy leży trup. Właściwie w rynsztoku, między betonowym chodnikiem a asfaltową jezdnią. Dokładną lokalizację trudno określić; po anturażu wychwyconym przez oko kamery, ukrytej na piętrze obskurnego budynku z częściowo powybijanymi, brudnymi szybami, można jedynie domniemywać, że nie jest to dzielnica biznesowa, ale nie są to też najgorsze slumsy. Ot, zwykła ulica w dużym latynoamerykańskim mieście, w tym przypadku 315-tysięcznej stolicy Salwadoru.

Ciało jest opakowane w worki na śmieci, ulubione akcesorium mniej i bardziej profesjonalnych zabójców w tym zakątku świata. Spod worków wystają bose związane sznurem stopy.

Trupa w ciągu kilku minut mija co najmniej kilkanaście osób. Większość rzuca mu przelotne spojrzenie, część nawet nie zwalnia kroku, są tacy, co przechodzą tuż obok. W odległości kilku metrów stoją strażnicy miejscy w niebieskich koszulach, po chwili dołącza do nich policjant w czarnym uniformie. Leżącemu ciału nie sprawdza tętna, nie zanosi się też na to, by zamierzał wezwać pogotowie. Czynności życiowe sprawdza kopnięciem bosej stopy.

d14mcea

Do trupa przyjeżdżają kolejni policjanci. Jeden z nich rozrywa worek tam, gdzie powinna być głowa, reszta kręci się wokoło, któryś rozwiązuje stopy, inny mówi coś przez krótkofalówkę, jeden ze strażników wciąż notuje. W kulminacyjnym momencie funkcjonariuszy jest już ośmiu.

I wtedy trup wstaje, wyswabadza się z foliowego worka, oczom zgromadzonych ukazuje się w pełnej krasie, to znaczy biustonoszu i figach. Dopiero wtedy ludzie przystają, ich spojrzenia już nie są przelotne i obojętne, ale powłóczyste i ciekawskie. W Salwadorze leżące na ulicy zwłoki (zwłaszcza kobiety) to żadna nowość. Ale "zwłoki" żywe, w dodatku w samej bieliźnie - to już coś.

O to właśnie chodziło artystce Denisse Reyes, kiedy robiła swój "trupi" performance w kwietniu 2013 roku. Chciała zwrócić uwagę na skalę przemocy wobec kobiet w Salwadorze, a jeszcze bardziej - na to, jak niepostrzeżenie wgryzła się ona w tkankę społeczną tego maleńkiego kraju.

I nie tylko. Choć to Salwador zajmuje niechlubne pierwsze miejsce na świecie pod względem odsetka morderstw na kobietach (12 na 100 tysięcy), obrońcy praw człowieka ostrzegają: właściwie cała Ameryka Łacińska to pandemonium dla kobiet.

d14mcea

Nie kraje islamu czy Afryka...

Już nieco przywykliśmy do informacji o targach niewolnic organizowanych przez żołnierzy Daesz (Państwa Islamskiego), porywaniach uczennic z nigeryjskich szkół przez ich naśladowców z Boko Haram, zmywaniu plam na honorze rodziny krwią nieczystych (czytaj: zgwałconych) dziewcząt w Turcji, okaleczaniu dziewczynek z Somalii poprzez wycinanie im zardzewiałymi żyletkami części genitaliów czy brutalnych zbiorowych gwałtach w Indiach czy Pakistanie.

Tłumaczymy sobie, że to inny krąg kulturowy albo - co prawda okrutna, ale jednak "tamtejsza" - tradycja, albo (chyba najczęściej) wina opresyjnego, bezwzględnego i wbrew słowom jego obrońców wcale nie będącego religią pokoju islamu. Gdy słyszymy, że Światowa Organizacja Zdrowia obliczyła, iż co trzecia kobieta na świecie (dokładnie 36 proc.) w wieku 15-69 lat choć raz doświadczyła ze strony swojego partnera przemocy fizycznej i/lub seksualnej, bez mrugnięcia za zawyżanie statystyk obarczamy winą seksistowski i wciskający na siłę kobiety w burki Bliski Wschód, zdziczałą Afrykę albo cierpiące na chroniczny głód kobiet Chiny i Indie, odpokutowujące za dekady selektywnych aborcji.

Tymczasem ONZ przekonuje, że patrzymy w złym kierunku. O ile na świecie wciąż trwa epidemia przemocy wobec kobiet, o tyle w Ameryce Łacińskiej można już mówić o pandemii. Tak, tej Ameryce Łacińskiej - ostoi chrześcijaństwa i teatrze tysięcy ckliwych melodramatów pisanych na kanwie jednego scenariusza, według którego biedna, piękna i szlachetna "ona" rozkochuje w sobie przystojnego bogatego "jego" i udowadnia mu (a także całemu światu), że nie ma barier, których by nie można przeskoczyć.

Po wyłączeniu telewizora okazuje się, że prawda ekranu i prawda czasu mogą się diametralnie różnić. W przypadku Ameryki Łacińskiej, żeby poznać tę drugą, nie trzeba nawet wychodzić z domu, bo w krajach latynoskich przemocy w czterech ścianach doświadcza od 30 do 60 proc. kobiet.

d14mcea

I tak na przykład w Peru ofiarą przemocy domowej padają trzy kobiety na pięć (61 proc.), a na Kostaryce sześć na dziesięć (58 proc.), w Boliwii przez własnego partnera krzywdzona fizycznie lub seksualnie była/jest co druga, w Meksyku, Kolumbii i Ekwadorze co trzecia, na Dominikanie - co piąta. Na całym kontynencie połowa kobiet jest też molestowana psychicznie.

Część z wyżej podanych danych została zebrana dekadę temu, ale dla rządów tych państw może to i lepiej, bo obrońcy praw kobiet nie mają wątpliwości: tendencja jest rosnąca. Dziś liczby te byłyby jeszcze bardziej zatrważające. Dlatego słowa Denisse Reyes, którymi komentuje zamieszczone na YouTube naganie swojego performance’u, można odnieść nie tylko do Salwadoru, ale i całego kontynentu: "przemoc jest tu na porządku dziennym, w słowach, w działaniach, w myśleniu".

Kolejne liczby mówią bowiem, że od 28 do 64 proc. ofiar w ogóle nie szuka żadnej pomocy, nawet najbliższej przyjaciółce czy krewnej nie ujawnia, jaki dramat przeżywa we własnym domu.

Po pierwsze - szansa na to, że zostaną uwolnione z rąk oprawcy albo chociażby ich zgłoszenie zostanie przyjęte na policji, są niewielkie.

d14mcea

Po drugie - zbyt silnie zakorzenione są machismo i marianismo, czyli ideały mężczyzny i kobiety. Zgodnie z nimi ona powinna być jak Maryja: bezinteresowna, potulna i silna - ale tylko duchowo, on natomiast, idąc biblijnym tropem, niewiele ma wspólnego z miłosiernym Jezusem czy łagodnym Józefem, powinien być bowiem odważny, hardy, bezkompromisowy i agresywny seksualnie. Latynoski odczuwają szczególnie mocno zwłaszcza to ostatnie.

_Feminicidio_, czyli kobietobójstwo

W ostatniej dekadzie w kwestii walki o poprawę sytuacji kobiet w Ameryce Łacińskiej było już kilka precedensów.

Drogę ku społeczeństwu egalitarnemu i bezpiecznemu dla "słabszej płci" torował m.in. w 2008 roku Rafael Correa, prezydent Ekwadoru, kiedy forsował wprowadzenie do nowej konstytucji zapisów chroniących prawa kobiet. Zrobiły to też w tym samym roku władze Gwatemali (która wraz z Salwadorem i Hondurasem tworzy tzw. czarny trójkąt jeśli chodzi o bezpieczeństwo kobiet), wprowadzając do kodeksu karnego termin feminicidio (kobietobójstwo) i wyznaczając za nie karę od 25 do 30 lat więzienia. W ślad za nią poszli sąsiedzi, później sąsiedzi sąsiadów, skutkiem czego dziś w większości krajów Ameryki Łacińskiej za zabicie kobiety grozi długa odsiadka: minimum 15 lat w Paragwaju i Chile, maksimum - na przykład 60 lat w Meksyku albo dożywocie w Argentynie, Chile i Peru.

To jednak tylko świeżo wytyczona ścieżka, którą wciąż nazbyt często omijają śledczy, policjanci, prokuratorzy i sędziowie - o czym świadczą liczby: w Gwatemali, Hondurasie i Nikaragui śledztwo podejmowane jest w co pięćdziesiątym (2 proc.!) zgłoszonym przestępstwie, którego ofiarą jest kobieta. A jeżeli jakimś cudem uda się doprowadzić sprawcę na salę sądową, zazwyczaj (w 90 proc.) przypadków wychodzi z niej z podniesioną głową - i z rozkutymi rękoma, jak na wolnego, uniewinnionego właśnie człowieka przystało. Zdaniem Larry’ego Ladutke, wysłannika Amnesty International do Salwadoru, to właśnie poczucie bezkarności jest najważniejszym elementem latynoamerykańskiej układanki przemocy.

d14mcea

Ana Carcedo, pochodząca z Hiszpanii aktywistka na rzecz praw kobiet i współzałożycielka kilku organizacji na Kostaryce, zauważa jednocześnie, jak łatwo można odpowiedzialność sprawcy i tragedię ofiary rozmiękczyć jednym, akurat bardzo popularnym wśród gorącokrwistych Latynosów określeniem: "zbrodnia w afekcie", a więc z miłości albo zazdrości. To znany powszechnie wzorzec zrzucania na ofiarę części winy za to, co ją spotkało. W Ameryce Łacińskiej jest to o tyle znamienne, że do tego procesu włączają się również media. Dziennik "El Universo" jako przykład podaje opisany przez magazyn "Extra" przypadek 17-latka, który zamordował swoją 15-letnią dziewczynę. Gazeta, w ślad za sąsiadami, usprawiedliwia chłopaka: "przecież ostrzegał ją wcześniej, że jeśli tylko zobaczy ją na ulicy, to ją zabije".

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera wyrok Międzyamerykańskiego Trybunału Praw Człowieka z 20 grudnia 2009 roku. Wtedy właśnie najwyższy organ sądowniczy dla całej Ameryki Łacińskiej orzekł, że Meksyk ponosi odpowiedzialność m.in. za pogwałcenie prawa do życia, integralności i wolności osobistej trzech młodych dziewcząt brutalnie zamordowanych w 2001 roku w Ciudad Juárez.

Władze Meksyku nie tylko zostały zobowiązane do publicznego pokajania się, wypłacenia rodzinom ofiar odszkodowania, budowy pomnika pamięci, wprowadzenia zmian w prawie czy wreszcie stworzenia ogólnokrajowej bazy danych osób zaginionych. Po raz pierwszy państwo zostało uznane współwinnym kobietobójstwa: nie dlatego, że nie było w stanie zagwarantować bezpieczeństwa swoim obywatelkom, ale z powodu późniejszych, karygodnych błędów, przede wszystkim - prowadzeniu nieudolnego, opartego na stereotypach i patriarchalnej dyskryminacji płciowej śledztwa.

"Długa historia nadużyć"

Być może to pierwszy krok ku realnej zmianie. Zdaniem katolickiej aktywistki Alice Kitchen, która w Gwatemali spotykała się z obrońcami praw kobiet, potrzeba czegoś więcej niż słowa zapisane na papierze, by wymazać dekady upodlenia kobiet. - To długa historia nadużyć, które zdążyły się zinstytucjonalizować - zauważa w rozmowie z "The New York Daily News".

d14mcea

Trudno nie przyznać jej racji, machismo na całym kontynencie manifestuje się niemal na każdym kroku.

Od szpitali, do których co roku trafia około miliona kobiet z powikłaniami po przeprowadzonej w tragicznych warunkach aborcji, bo we wszystkich krajach z wyjątkiem Kuby jest ona zakazana, w pięciu - bezwzględnie, nawet w przypadku gwałtu albo w sytuacji zagrożenia życia kobiety (czytaj więcej)
.

Poprzez setki tysięcy gwałconych dziewczynek i kobiet. We własnych domach, w czasie podróży przez Meksyk ku ziemi obiecanej - Stanom Zjednoczonym, a nawet przez żołnierzy amerykańskich, którzy w machistowskim otoczeniu czują się szczególnie bezkarni. Wystarczy wspomnieć o oskarżeniu wysunięte w lutym br. przez wspólną komisję rządu i FARC pod adresem personelu baz USA w Kolumbii o zgwałcenie 54 młodych kobiet w latach 2003-2007.

Po pobocza dróg i autostrad, rynsztoki w centrach miast albo opustoszałe budynki głównie w Gwatemali, Meksyku, Salwadorze, gdzie znajdowane są zwłoki tysięcy ofiar kobietobójstwa - zbrodni, której ofiarą pada się tylko dlatego, że jest się kobietą.

Prostego podsumowania każdej tragedii z osobna i jednocześnie wszystkich razem dokonała niedawno oenzetowska sprawozdawczyni ds. kobiet Raszida Mandżu. Odnosząc się do sytuacji w Ameryce Łacińskiej, stwierdziła po prostu: "Dlaczego mężczyźni pozwalają sobie na przemoc wobec kobiet? Bo mogą".

Aneta Wawrzyńczak dla Wirtualnej Polski

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji.

d14mcea

Podziel się opinią

Share
d14mcea
d14mcea
Więcej tematów