Trwa ładowanie...
d3c4t8k

"Oszczędzają na lekach, posiłkach, ogrzewaniu" – tak umiera się w Millenium w Siennicy

Wiązanie pacjentów prześcieradłami do oparcia foteli, karmienie na siłę, kąpiele w lodowatej wodzie i praca na czarno. Takie zarzuty stawiają byli pracownicy Zakładu Pielęgnacyjno-Opiekuńczego NZOZ Millenium w Siennicy. Rodziny pensjonariuszy nie mają o tym miejscu dużo lepszego zdania. Dyrekcja ośrodka odmawia składania wyjaśnień.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Zakład Pielęgnacyjno-Opiekuńczy NZOZ Millenium w Siennicy
Zakład Pielęgnacyjno-Opiekuńczy NZOZ Millenium w Siennicy (WP.PL)
d3c4t8k

"Do tej placówki nie oddałabym najgorszego wroga. Właściciele są sknerusami. Oszczędzają na wszystkim: na lekach, posiłkach, ogrzewaniu. Jedzenie z krótkim terminem przydatności w ograniczonych ilościach. Personel zastraszony i mobbingowany” – taka relacja znalazła się w tekście udostępnionym na Facebooku przez Andrzeja Saramonowicza.

Jego autorem jest przyjaciel reżysera, prof. Witold Jacórzyński. 12 kwietnia tego roku, o godzinie 19:00, w Zakładzie Pielęgnacyjno-Opiekuńczym NZOZ Millenium w Siennicy zmarła matka profesora. Jacórzyński o warunkach panujących w zakładzie dowiedział się dopiero po przyjeździe z Meksyku, w którym mieszka na stałe, do Polski. Chciał zabrać mamę z ośrodka i opiekować się nią w domu. Nie zdążył.

Jego opis zakładu Millenium wywołał lawinę komentarzy. Szybko znalazły się osoby, które podzieliły się podobnymi doświadczeniami z tą placówką. Pani Kamila napisała: "Byłam tam 3 razy, mój wujek tam zmarł poł roku temu, po wielomiesięcznym pobycie. Z zewnątrz pałac. W środku zapach nie do wytrzymania, przeciąg, okna pootwierane. Żadnych materacy przeciwodleżynowych (wujek był sparaliżowany), karmienie obiadem przez pielęgniarkę trwało minutę. Byłam w szoku, że ani wujek, ani drugi pan z sąsiedniego lóżka nie udusili się tym jedzeniem. Rozumiem liczbę osób do nakarmienia, ale jeśli przy nas tak to wyglądało, to co, kiedy nas nie było?".

d3c4t8k

Przeczytaj wstrząsający wpis Andrzeja Saramonowicza

W Millenium pacjentów karmi się na siłę

2 maja pojechałam do Siennicy, żeby na własne oczy przekonać się, ile prawdy jest w tym, co piszą ludzie. Kiedy przyjechałam do Millenium, żeby obejrzeć ośrodek i porozmawiać z właścicielami, trafiłam akurat na porę karmienia. Przez szeroko otwarte drzwi do skromnie urządzonego pokoju zobaczyłam pensjonariuszkę na wózku inwalidzkim karmioną przez pielęgniarkę albo opiekunkę medyczną. Łyżka z jedzeniem bez słowa lądowała w ustach pacjentki. Kobieta przeżuwała jedzenie, ale zanim zdążyła przełknąć, kolejna porcja lądowała w jej buzi. Stałam tak przez chwilę, obserwując, czy będą przerwy między jedną łyżką a drugą. Nic takiego się nie stało.

O jakości posiłków informują mnie byli pracownicy zakładu w Siennicy. - Kucharka opowiadała nam, że kiedy faktura za miesięczne zakupy jedzenia przekraczała 1000 złotych, musiała się z tego tłumaczyć dyrekcji – relacjonuje pani Anna, była opiekunka medyczna w Millenium. – Czasem kucharki gotowały posiłki dosłownie z niczego, a kiedy pacjenci nie chcieli jeść, byli karmieni na siłę - dodaje.

d3c4t8k

Od pani Eweliny Daszczyńskiej, również byłej pracowniczki, słyszę, że wielokrotnie jedzenie było przeterminowane, a kiedy pacjenci dostawali po nim biegunki przełożeni kazali personelowi poić pacjentów wodą i wmawiać im, że to krople na ból brzucha, które uśmierzą ich cierpienie. – Pacjenci skarżyli się personelowi, że są głodni – informuje pani Barbara, także była opiekunka medyczna. – Po kryjomu zanosiłyśmy pensjonariuszom kanapki. Czasem kupowałyśmy na ich prośbę ciasto, jabłka albo cytrynę do herbaty.

   domopieki-millenium.pl

W Millenium niezwłocznie oznacza dwie doby

W dniu, w którym przyjechałam do zakładu Millenium, przed bramą spotkałam wychodzącą z ośrodka parę. Właśnie odebrali rzeczy zmarłego wujka, dla którego byli jedyną rodziną. Odzyskanie ich nie było jednak łatwe. - Żeby dostać niezbędne dokumenty, potrzebne do uzyskania aktu zgonu, musieliśmy dopłacić 750 złotych z własnej kieszeni – skarżyli się, pokazując mi potwierdzenie opłaty. – Właściciele twierdzą, że z ZUS-u nie wpłynęła jedna emerytura wujka, więc zażądano od nas pokrycia kosztów i założenia za urząd.

d3c4t8k

O podobnych praktykach dowiedziałam się od pani Joanny, która w komentarzu pod postem Andrzeja Saramonowicza stwierdziła: "same złe wspomnienia, a przeprawa z odbiorem rzeczy babci to była rzeźnia". Napisałam do niej prywatną wiadomość i umówiłyśmy się na rozmowę telefoniczną. – Babcia zmarła 17 października. Informację o jej śmierci dostałyśmy bardzo szybko, w ciągu godziny – opowiadała. – Kiedy następnego dnia pojechałyśmy po rzeczy babci, nie chciano wydać nam karty zgonu i jej dowodu, które były potrzebne do uzyskania aktu zgonu, a na załatwienie tego w Urzędzie Stanu Cywilnego są tylko trzy dni. Uzasadniano to tym, że musimy z własnej kieszeni uiścić opłatę za październik, bo emerytura z ZUS za ten miesiąc nie zdążyła jeszcze wpłynąć na konto zakładu Millenium.

   domopieki-millenium.pl

Nie wszyscy pacjenci informowani są o śmierci bliskich niezwłocznie. Od pani Krystyny Blanconnier dostałam mail: "W dniu 4 lutego 2017 w ośrodku Millenium pod Warszawą, po kilku latach pobytu, zmarła moja Mama. O jej śmierci poinformowano mnie mailowo dopiero w poniedziałek 6 lutego, mimo że kierownictwo Millenium było w posiadaniu mojego numeru telefonu i adresu mailowego od samego początku".

Zapytałam Ewę Zembrzuską i Piotra Zdunikowskiego, dyrekcję ośrodka, o to, w jakim terminie informują rodziny o śmierci ich bliskich. - Niezwłocznie - stwierdziła pani dyrektor. - Przed weekendem poinformowaliśmy mailowo panią Blanconnier o tym, że stan zdrowia jej mamy bardzo się pogorszył i spodziewamy się, że w każdej chwili może umrzeć. Poza tym, nie mieliśmy jej numeru telefonu.

d3c4t8k

Zapytałam, dlaczego nie poinformowano o śmierci matki od razu w sobotę. - Sekretariat nie pracuje w weekendy – usłyszałam w odpowiedzi. - Gdyby śmierć nastąpiła w ciągu tygodnia, od poniedziałku do piątku, taki mail wysłalibyśmy natychmiast – wyjaśniła rozmówczyni.

Po powrocie z Siennicy do Warszawy piszę mail do pani Krystyny Blanconnier z informacją, że Millenium nie miało jej numeru telefonu. W odpowiedzi dostaję skany umów z 2008 i 2011 roku, w których widnieją jej adres mailowy, domowy i numer telefonu komórkowego. Ten sam, pod którym uchwytna była również w lutym tego roku.

*Millenium – takie rzeczy ogląda się w filmach *

Kiedy przyjechałam do ośrodka, zapach, który poczułam nie wydał mi się aż tak intensywny, jak opisała go pani Kamila. Moją uwagę zwróciło coś innego. W recepcji w holu zaraz przy wejściu do budynku nie zastałam nikogo. W umowie o sprawowaniu opieki, jaką zawiera pensjonariusz z zakładem w Siennicy, widnieje paragraf, który informuje o tym, że pensjonariusz nie może samodzielnie opuszczać terenu ośrodka.

d3c4t8k

Zapytałam dyrektor Zembrzuską, czy takie sytuacje mimo zakazu, zdarzały się. - Czasem bywało, że pacjent wyszedł sam na ulicę przed ośrodkiem, ale go stamtąd zawracaliśmy – wyjaśniła. - Nasi pacjenci nie mogą wychodzić sami, bo są to osoby po udarach mózgu, z niewydolnością krążenia, Alzhaimerem i demencją starczą, więc nie możemy sobie pozwolić na to, żeby taki pacjent samodzielnie opuścił zakład, bo bez nadzoru i opieki mogłoby się wydarzyć jakieś nieszczęście.

- A brama ośrodka zawsze jest zamknięta? – upewniłam się.

- Zawsze – odpowiedziała doktor.

- To jakim cudem pacjentom udało się wyjść na ulicę, skoro brama jest zawsze zamknięta?

d3c4t8k

- A widziała pani napis na ogrodzeniu: "Prosimy dokładnie zamykać furtkę"? – odcięła się Zembrzuska. – Rodziny, które odwiedzają bliskich, nie zawsze tego pilnują i czasem ktoś jej nie domknie. Poza tym, pacjenci są "sprytni”. Potrafią poprosić naszych gości o podwiezienie do Warszawy i ludzie się na to zgadzają. Na szczęście okna rehabilitacji wychodzą na bramę naszego zakładu, więc widzimy, kto wchodzi, a kto wychodzi i możemy reagować.

- Ale chyba nie dostrzegli państwo 90-letniej pacjentki, która 6 kwietnia wyszła z państwa ośrodka. Jak dowiedziałam się od mł. asp. Szymona Koźniewskiego, Policja w Nasielsku została poinformowana przez państwa o zaginięciu pensjonariuszki następnego dnia.

- Rzeczywiście, był taki przypadek... Ta pani zapewne wyszła z jakąś rodziną i faktycznie tego nie dostrzegliśmy. Musiało to być po godzinie 16.

- A co takiego dzieje się w Millenium po godzinie 16?

- Nie pracuje już wtedy nasz sekretariat i rehabilitacja, więc nikt nie wygląda przez okna.

- A co z recepcją przy wejściu? Nikt tam nie dyżuruje?

- Widocznie akurat nie było pielęgniarki i dlatego to umknęło. Po godzinie 16 może się zdarzyć, że nikogo nie ma w recepcji – skończyła wątek pani dyrektor, a Zdunikowski dodał, że sam widział w telewizji podobne sytuacje. - W dyżurce akurat nikogo nie ma i pacjent ucieka. Takie rzeczy można obejrzeć nie tylko w polskiej, ale i zagranicznej telewizji.

*W Millenium pensjonariusze się hartuje *

W dniu, kiedy byłam w Millenium, recepcję mijałam trzykrotnie. Około godziny 11, 13 i 13:30. Ani razu nie widziałam pielęgniarki dyżurującej w recepcji przy drzwiach wejściowych, choć do 16:00 było jeszcze daleko. Spotkałam za to pana Zbyszka, o którym czytałam w historii opisanej przez profesora Jacórzyńskiego. Wiedziałam, że ma zwyczaj prosić przychodzących gości o papierosy. – Palę od dziecka, a doktor Zembrzuska ukradła mi paczkę papierosów z mojej szafki – poskarżył się. Zapytałam panią dyrektor, czy to prawda. Potwierdziła i uzasadniła przeszukanie szafki pacjenta obowiązującym na terenie ośrodka zakazem palenia. - Jeśli dowiem się, że pan Zbyszek znów zdobył papierosy, to ponownie mu je zabiorę - dodała. - Pacjent jest pacjentem i ma się leczyć, a nie palić - skwitowała.

Oprócz pana Zbyszka, za zgodą i w obecności Ewy Zembrzuskiej, rozmawiałam też z innymi pensjonariuszami. Dyrektor nie zgodziła się, żebym spotkała się z pacjentami na osobności. Przysłuchiwała się naszym rozmowom, dodawała od siebie informacje o pacjentach, ich rodzinach i prostowała niektóre odpowiedzi. Na przykład to co mówiła cały czas uśmiechnięta, siwiuteńka i pięknie uczesana pani Janina. - Sama obcinam sobie włosy – pochwaliła się. – Z grzywką i bokami jest łatwo, a z tyłu też da się podciąć. Doktor zaprzeczyła tym słowom, twierdząc, że pacjenci mają zapewnionego fryzjera w ramach abonamentu. Pani Janka nie kłóciła się ze zdaniem lekarki, uśmiechała się jedynie. Od niej dowiedziałam się także, że kąpiele w Millenium są raz w tygodniu, w każdy poniedziałek. Taka sama częstotliwość obowiązuje również latem. Byli pracownicy ośrodka potwierdzili tę informację - mycie całego ciała faktycznie było raz w tygodniu, a gdy nie było ciepłej wody, pacjentów kazano kąpać w zimnej. – Od oddziałowej słyszeliśmy, żeby to zahartuje pensjonariuszy, a bez mycia, będą śmierdzieć – mówi mi moja informatorka, pani Anna. – Codzienna toaleta ograniczała się do przetarcia twarzy, pach i okolic intymnych gąbką. Tą samą do każdej z wymienionych części ciała. Bywało, że nie zdążyłyśmy umyć wszystkich pacjentów, bo na cały oddział, na którym jest od 70 do 80 pensjonariuszy, były tylko dwie opiekunki medyczne, a z myciem musiałyśmy się wyrobić do śniadania.

Pani Anna wspomniała, że wobec pacjentów leżących stosowano praktykę, która miała zapobiegać powstawaniu odleżyn. Pacjentom kazano siadać na fotelach przy łóżku, a ci, którzy nie mieli sił i osuwali się z nich byli przywiązywani do oparcia prześcieradłami. Od pani Barbary usłyszałam, że zimą w ramach oszczędności przykręcano w ośrodku ogrzewanie. – Pacjenci prosili o dodatkowe koce, ale nie starczyło dla wszystkich – dodała. - Kiedyś pacjentka poprosiła mnie, żebym zadzwoniła do jej córki. Szkoda mi jej było, więc zrobiłam to i przekazałam, że matka prosi o kontakt. Dostałam za to straszną burę od pani doktor. Usłyszałam, że jestem nazbyt opiekuńcza dla pensjonariuszy i że tak nie może być. Chwilę potem zostałam zwolniona.

   domopieki-millenium.pl

Godne miejsce dla zmarłych

Zwolnienie pani Barbary w zasadzie było fikcyjne, bo pracowała bez żadnej umowy. Podobne historie o pracy na czarno usłyszałam też od innych pracownic. – Umowę dostałyśmy tylko na czas kontroli ZUS-u – dodają, ale jednocześnie zgodnie przyznają, że mimo to, pensje otrzymywały w terminie.

Od byłych pracowników Millenium dowiaduję się jeszcze jednej rzeczy. W weekendy, pod nieobecność lekarza, zgon stwierdzały pielęgniarki. Tymczasem, jak można przeczytać w Ustawie o zawodach lekarza i lekarza dentysty, Ustawie o cmentarzach i chowaniu zmarłych, a także w Rozporządzeniu Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej w sprawie stwierdzenia zgonu i jego przyczyny, zgon może stwierdzić jedynie lekarz.

Po śmierci ciało zmarłego, do czasu przewiezienia do chłodni, jest przechowywane w specjalnie przeznaczonym do tego celu pomieszczeniu, a w przypadku jego braku w innym miejscu, z zachowaniem godności. O tym informuje rozporządzenie Ministra Zdrowia. W październiku 2016 roku zakład w Siennicy nie miał takiego miejsca, o czym przeczytałam w piśmie wystawionym przez Wojewodę Mazowieckiego, który zlecił kontrolę w ośrodku. Z dokumentu wynikło także, że w dniu inspekcji nie okazano dokumentacji potwierdzającej sprawność techniczną sprzętów i urządzeń medycznych i naliczono o siedem łóżek więcej niż podano to w rejestrze. Po rozmowie z dyrekcją Millenium poprosiłam o oprowadzenie po ośrodku i pokazanie mi miejsca, w którym przechowywane są zwłoki. Zaprowadzono mnie na koniec korytarza, z którego wchodzi się do pokoi pensjonariuszy. Stało tam łóżko i parawan. Żeby rozstrzygnąć czy jest to miejsce, które można uznać za godne, napisałam do Rzecznika Praw Pacjenta. Na to i kolejne pytania o zasadność kąpania pacjentów w zimnej wodzie, sadzania ich w fotelach i przywiązywania prześcieradłem do oparcia, a także wydawania rodzinom kart zgonów pod warunkiem uregulowania wszystkich należności obiecano odpowiedzieć mi w tym tygodniu. Do chwili opublikowania tego tekstu wciąż czekam.

   WP.PL

Moją uwagę zwróciły także umowy o sprawowaniu opieki, które zakład pielęgnacyjno-opiekuńczy w Siennicy zawiera często nie z samymi pensjonariuszami, a z członkami ich rodzin. Do dokumentu dołączany jest załącznik – oświadczenie pensjonariusza, który wyraża zgodę na udzielanie wszelkich informacji o stanie zdrowia, powiadomienia w przypadku śmierci oraz przekazanie dokumentacji medycznej wskazanej przez siebie osobie. – Jeśli nazwisko upoważnionej osoby jest takie samo jak osoby podpisującej umowę z zakładem, wówczas można uznać, że pacjent wiedział, że zostanie umieszczony w ośrodku – komentuje adwokat Maria Umińska-Żak. – Jeśli jednak nazwiska osób są rozbieżne lub załącznik nie jest wypełniony, a pacjent nie jest ubezwłasnowolniony, wówczas należy założyć, że mógł nie wiedzieć o podpisaniu takiej zgody a więc doszło do naruszenia prawa i należy przypuszczać, że pacjent przebywa w ośrodku wbrew własnej woli.

Do zakładu Millenium wysłałam prośbę o odniesienie się do stawianych im zarzutów, o których dowiedziałam się już po wizycie w Siennicy. Odpowiedź nadeszła w ciągu doby. „Odpowiadając na Pani maila informujemy: 2-go maja 2017 roku została Pani przez nas zaproszona do naszego zakładu. Udostępniliśmy Pani nasz obiekt w całości do obejrzenia, odpowiadaliśmy wyczerpująco na wszystkie pytania, poświęciliśmy nasz czas wyłącznie dla Pani. Po rozmowie z naszym radcą prawnym w dniu wczorajszym podjęliśmy decyzję o całkowitym zakończeniu dalszych rozmów z przedstawicielami mediów".

d3c4t8k

Podziel się opinią

Share

d3c4t8k

d3c4t8k
Więcej tematów