Trwa ładowanie...

O dziecko starali się 10 lat, pomogło in vitro. "Każdy powinien mieć szansę"

Anna i Jacek o dziecko zaczęli się starać rok po ślubie. Kolejne próby kończyły się fiaskiem. Udało się po 10 latach dzięki in vitro. - Ludzie chyba myśleli, że nasze dzieci będą miały zielone czułki. To przez to, że o in vitro mówi się, jak o grzechu, a to przecież szansa, którą powinien mieć każdy - tłumaczy pani Anna.
Share
Pani Ania ze swoimi dziećmi
Pani Ania ze swoimi dziećmiŹródło: WP.PL, Fot: Karolina Rogaska
d3522nf

Rządowy program dofinansowywania in vitro zakończył się 30 czerwca 2016 roku. Potem rolę "pomocnika" w spełnieniu marzenia o posiadaniu dziecka przejęły na siebie niektóre samorządy. Przyszłość gminnych programów in vitro stoi jednak pod znakiem zapytania. Prawo i Sprawiedliwość przygotowało ustawę, która zakłada możliwość karania samorządów za przeznaczanie środków na tę metodę leczenia niepłodności (szczegóły TUTAJ).

ZOBACZ VIDEO: Miłość z in vitro. Historia Anny i Jacka

- Takich par, jak nasza jest mnóstwo. Sama mam znajomych, którzy zmagają się z bezpłodnością. Uważam, że nie powinno się odbierać możliwości posiadania dziecka. A umówmy się, bez dofinansowania niewiele osób będzie sobie pozwolić na zabieg in vitro - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Anna. Ona i jej mąż załapali się jeszcze na rządowy program. Podjęli trzy próby zapłodnienia i zapłacili za nie około 15 tysięcy złotych. Bez rządowych pieniędzy kwota byłaby trzy raz większa.

d3522nf

Próbowałam być twarda

Małżeństwo, zanim zdecydowało się na in vitro, próbowało innych metod leczenia. Włączając w to naprotechnologię. Żadna nie była skuteczna. - Po wielu próbach i badaniach usłyszałam od lekarza, że choćbym była najpłodniejszą kobietą na świecie, to w ciążę nie zajdę. Okazało się, że plemniki Jacka nie są w stanie mnie zapłodnić. In vitro okazało się jedyną możliwością - opowiada Anna.

Pierwsza próba (a dokładniej mówiąc pierwszy program, bo tak fachowo nazywa się zabieg zapładniania pozaustrojowego) nie dała parze dziecka. Za drugim razem się udało, ale Anna poroniła. - Pamiętam, jak powiedziałam o tym mężowi. Tak bardzo się cieszył, że w końcu będziemy mieć dziecko... Płakał, ja starałam się być twarda. Powiedziałam mu, że trzeba spróbować jeszcze raz. Za trzecim razem zdecydowaliśmy się wykorzystać od razu dwa zarodki. Oba się zagnieździły i dzięki temu na świecie jest teraz Blanka i Tobiasz - na twarzy Anny pojawia się szeroki uśmiech, gdy o tym opowiada.

Nie można odmawiać

Dzieci Anny na początku są zawstydzone moją obecnością. Przyzwyczajają się po kilkunastu minutach i zaczynają dokazywać. - Z nimi nie ma spokoju. Odkąd zaczęły chodzić to w domu jest wieczna bieganina. Bywa trudno, ale jestem bardzo szczęśliwa, że się pojawiły - mówi Anna. Jej mąż kiedy może pomaga jej w codziennych obowiązkach. Gdy przyjeżdżam nie ma go w domu. Jeździ tirem, nie wrócił jeszcze z trasy.

d3522nf

Blanka i Tobiasz rozpoznają ojca na zdjęciach. Całują jego podobiznę, przytulają album. Ich mama patrzy na nie z czułością. - I jak można komuś odmawiać takiego szczęścia? To jest taka miłość, której nie da się opisać - mówi. Mówi, że czeka na nią jeszcze kilka zamrożonych zarodków, z których będzie mogła skorzystać w przyszłości. Może za jakiś czas zdecyduje się na kolejne "szczęścia".

Zielone czułka

Małżeństwo mieszka w Szczawinie, niewielkiej miejscowości niedaleko Płońska. Nie kryli się z tym, że ich dzieci są z in vitro. Para uważa, że należy o tym głośno mówić, bo to żaden powód do wstydu. - Chociaż rozumiem tych, którzy nie chcą mówić, że mają potomstwo dzięki zabiegowi. Widziałam, jak ludzie reagowali u nas we wsi. Wzbudzliśmy sensację. Chyba myśleli, że nasze dzieci będą miały zielone czułki - opowiada Anna. I podsumowuje: - To przez to, że o in vitro mówi się, jak o grzechu, a to przecież szansa, którą powinien mieć każdy.

Czytaj też: Kolejny kontrowersyjny projekt PiS. Nowoczesna odpowiada spotem

d3522nf

Podziel się opinią

Share
d3522nf
d3522nf
Więcej tematów