Najdonioślejszym ujemnym skutkiem rządów jest sukces Samoobrony. Miller i duża część klasy politycznej niemal unicestwili się z powodu afer, które uwidoczniły kryzys polityczny. Czy jednak odpowiedzialne za to są tylko elity? Czy tylko one są zdemoralizowane? W sporym stopniu tak samo winne jest społeczeństwo: szuka opieki państwa i, mówiąc eufemistycznie, nie jest przyzwyczajone do pracy w kapitalizmie. To sprzężenie zwrotne: cechy klasy politycznej odzwierciedlają cechy społeczeństwa; społeczeństwo z kolei widzi, że politycy uprawiają bezpardonową, niemoralną walkę i często propagandę klęski. Również część mediów współdziała w podważaniu sukcesów polskiej transformacji.
Gdyby wybory odbyły się wcześniej, radykalizm Samoobrony może mieć i dobre skutki: zmusiłby część wyborców np. UW czy Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego do głosowania na PO. Zwolennicy środowisk skupionych wokół np. Jana Olszewskiego, a może i Antoniego Macierewicza, wybraliby PiS, zaś zwolennicy tracącej coraz bardziej na popularności Unii Pracy poparliby SdPl albo SLD.Rozpad lewicy, upadek rządu i nowe wybory zahamują z pewnością prace nad wprowadzeniem planu Hausnera. Z drugiej strony może to sprzyjać budowaniu nowej konfiguracji sceny politycznej i organizowaniu się partii typu wyborczego: rzutkich, nielicznych, opierających się na komitetach i grupach eksperckich. Taką partią próbuje być Platforma, która, pokonując stare podziały, chce postawić tamę Lepperowi.
Skrajna polaryzacja sceny politycznej - wokół PO z jednej strony i Samoobrony z drugiej - służąca mobilizacji elektoratów i natężeniu walki, byłaby groźna. Utrwaliłaby podział społeczeństwa na dwa wręcz quasi-militarne obozy. Co w tej sytuacji mogą zrobić ludzie o umiarkowanych poglądach? Mamy przecież wybór: PO, PiS, SLD, SdPl, UW, UP, SKL, ugrupowania Aldony Kameli-Sowińskiej, Macieja Płażyńskiego czy Zbigniewa Religi i jeszcze kilka innych. Jeśli te mniejsze partie samodzielnie pójdą do wyborów, poparcie im udzielone będzie zmarnowaniem głosów. A choćby serce dyktowało inaczej, w obliczu zagrożeń rozum podpowiada, że głosów marnować nie wolno – konkluduje Kofman.