WAŻNE
TERAZ

Krew, bieda i gniew. Czy Irańczycy obalą reżim? [OPINIA]

Dziewczyny z Powstania Warszawskiego

W sukienkach na barykady

Obraz

/ 15Urodziła w niewłaściwym momencie. "Myślałam, że umrę"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

Powstanie Warszawskie miało trwać kilka dni. Godzina "W" zastała kobiety w codziennych sytuacjach: na ulicach, w pracy, w domach. Walczyły wszystkie, każda na swój sposób. Ratowały rannych, chroniły swoje dzieci, chwyciły za broń. Umawiały się na randki w cieniu spadających bomb, brały śluby w białych kitlach sanitariuszek zamiast sukien. Odniosły największe zwycięstwo - przeżyły.

"Wody odeszły mi rano. Chyba o piątej. Już wcześniej skurcze były bardzo silne, wówczas stały się jednak nie do zniesienia. Myślałam, że umieram, wrzeszczałam z bólu. Co gorsza, akuszerka kazała mi leżeć na łóżku, mimo że w tej pozycji było mi właśnie najgorzej. Brzuch, plecy, biodra. Myślałam, że ból rozsadzi mnie od środka. Że rozerwie mi kości. Potem zaczęła się akcja. Zaczęłam przeć.

To był mój pierwszy poród, było więc bardzo ciężko. Nie chodziłam oczywiście wcześniej do żadnej szkoły rodzenia, nie miałam znieczulenia. Wtedy nie było takich udogodnień. Całe szczęście jednak jakoś się udało. Usłyszałam dziecięcy krzyk. Ogarnęło mnie uczucie ulgi i potworne wyczerpanie. Urodziłam syna, Stanisława. Był zdrowy. Nie wybrał sobie jednak najlepszego momentu do przyjścia na świat. Była bowiem pierwsza po południu 1 sierpnia 1944 roku. Cztery godziny do godziny "W".

Józek, mój mąż, gdy zobaczył niemowlaka, był zachwycony. Urodził mu się syn! A to dla mężczyzny jest bardzo ważne. Szybko jednak zaczął się zbierać. Ja byłam jeszcze w szoku po porodzie, byłam zdezorientowana, ale świetnie pamiętam, co wtedy mówił. - Kochanie, naprawdę strasznie się cieszę. Nasz synek jest po prostu cudowny, bardzo was oboje kocham. Ale sama rozumiesz, muszę iść do Powstania. (...) Józek poszedł do Powstania o trzeciej. Pocałował mnie i Stasia, uśmiechnął się i zamknęły się za nim drzwi. Ja zostałam z noworodkiem na ręku, siostrą i siedemdziesięcioletnim ojcem" - wspomina jedna z bohaterek książki, Halina Wiśniewska z domu Rybak.

Książka ma swoją premierę 22 maja. Dostępna jest już na znak.com.pl. Zobacz tutaj.

Na zdjęciu: z synem Stanisławem na gruzach Warszawy w 1945 roku.

/ 15"Jak ja zazdrościłam tym żołnierzom"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

"Już 1 sierpnia cała kamienica przeniosła się do piwnicy. Tam nie dolatywały bomby i pociski, które sypały się z nieba jak deszcz. Rozstawiłyśmy w ciemności łóżko polowe dla mnie i synka. Siostra i tata spali na jakichś kocach.

(...) Od razu wydarzył mi się prawdziwy dramat. Otóż nie miałam pokarmu. Ani kropli. Chociaż akuszerka dała mi jakieś tabletki, nic nie pomogły.

(...) Sami jedliśmy to, co mieliśmy w zapasach. A więc głównie kaszę, którą przelewałam przez sitko i łyżeczką dawałam maleństwu do buzi. Mleka nie było skąd wziąć. Byłam w połogu, co wiązało się również z wielkimi niedogodnościami natury higienicznej. Do tego trawiła mnie gorączka. Żeby się ochłodzić, przyklejałam się do zimnych, piwnicznych murów. (...) W piwnicy było tak ciemno, że ledwo widziałam na oczy, kiedy przewijałam synka. Używałam do tego podartych prześcieradeł, ścierek, jakichś poszewek. Darło się wszystko, co nadawało się na pieluszki.

Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem mój synek to wszystko przeżył. Przecież w Powstaniu umarło tyle dzieci. Śmiertelność była szczególnie wysoka wśród noworodków. A on, niedożywiony, ledwo żywy, w smrodzie i brudzie. Skórę miał dosłownie przezroczystą.

Myślałam wtedy, że gdyby nie dziecko, to byłabym na pewno w akcji na barykadach. Żołnierze oprócz walki mieli jakieś koncerty, w miarę możliwości umilali sobie życie. Mieli chwile wytchnienia, lepsze zaopatrzenie. Różnie przecież bywało. A ja nic. Tylko ciągle przerażona, głodna, zmarznięta. Bezradna. Zamiast walczyć z wrogiem, ukrywałam się w piwnicach. Jak ja zazdrościłam tym żołnierzom. Jak ja zazdrościłam Józkowi" - czytamy w książce "Dziewczyny z Powstania".

/ 15"Wylała się ze mnie olbrzymia ilość krwi"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

Inna bohaterka książki, Halina Hołownia z domu Wołłowicz, wspomina: "Poczułam silne szarpnięcie. Nie da się tego do niczego porównać. Rzuciło mną o ziemię, straciłam przytomność. To było przedziwne uczucie. Zrobiło mi się gorąco. Ogarnęła mnie cisza i spokój. Błogość. W ogóle nie czułam bólu. Jakbym wpadła pod wodę. To trwało jednak bardzo krótko. Po chwili obudziłam się gwałtownie, zaczerpnęłam powietrza i poczułam potworny ból. Znowu wokół mnie rozpryskiwały się granaty, znowu słyszałam huk wystrzałów. Byłam z powrotem w Powstaniu. Okazało się, że jedna kula przeszyła mi prawą rękę, druga lewą nogę. Pierwszy pocisk przeszedł na wylot, nad stawem łokciowym. Całe szczęście nie zdruzgotał kości, ale straszliwie rozszarpał mięśnie. To samo było z nogą. Wylała się ze mnie olbrzymia ilość krwi. Byłam w szoku. Koledzy ściągnęli mnie na dół do piwnicy. Tam zajął się mną nasz gruziński lekarz "Kaukaz".

Gdy zobaczył moją zmasakrowaną rękę, złapał się za głowę. Powiedział, że trzeba będzie amputować. Pomimo okropnego bólu zaczęłam mu tłumaczyć, żeby tego nie robił. Prosiłam, żeby oszczędził rękę. Udało się. Do dzisiaj mam dużą bliznę, ale rękę uratowałam. Ten postrzał przytrafił się w wyjątkowo fatalnym momencie. Było to 26 września na Mokotowie. A więc jeden dzień przed kapitulacją dzielnicy. Niemalże w ostatniej walce.

Wieczorem tego dnia wszyscy szykowali się już do ewakuacji. Chłopcy zawinęli mnie w koc i tak przenieśli do innej, bezpieczniejszej piwnicy. Doktor "Kaukaz" dał mi przed drogą zastrzyk z morfiny, więc czułam się dobrze. Mój oddział dostał rozkaz wycofania się do kanałów. Rannych nie można było brać ze sobą.

Nagle usłyszałam rumor, jakieś hałasy, podniesione głosy. To byli oni. Wyciągnęli mnie na zewnątrz, na podwórko i zaczęli wszystko przeszukiwać, plądrować. Nikt się mną nie interesował. Ponieważ wiedziałam, że dobijali rannych, powiedziałam, żeby zaoszczędzili mi już cierpień i dobili również mnie. Jeden z nich podszedł do mnie i... do dzisiaj ciężko o tym mówić... powiedział, żebym zrobiła to sama. Następnie wsadził mi w dłoń pistolet. Odbezpieczyłam broń zdrową ręką i wtedy zobaczyłam, że nie ma magazynka. Powiedziałam mu, że z tego pistoletu sam może się zabić. O to tylko mu chodziło. (...) Krzyknął, że mnie "rozwali". Doskoczył do mnie i przystawił mi do głowy pistolet. Tym razem naładowany. Dookoła stała grupa młodych Niemców, którzy obserwowali tę dramatyczną scenę z zaciekawieniem" - opisuje w książce Anna Herbich.

/ 15Zawdzięcza życie piekarzowi z Berlina

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

Dalej czytamy: "Po pewnym czasie przyszedł inny Niemiec. Był w wieku mojego ojca. Przyniósł mi jakieś zdezelowane krzesło, posadził mnie na nim i powiedział, że ma córkę w moim wieku, osiemnastoletnią. Pokazał mi jej zdjęcie i powiedział, że mnie uratuje, bo może w tej samej chwili ktoś tak samo pomoże jego córce. Potem zniknął również on. Siedziałam tak na tym krześle oniemiała, wyczerpana, ciężko ranna. Bez wody, bez jedzenia, sama.

Nie wiem, ile to mogło trwać, chyba gorączkowałam. Nagle - nie wierząc własnym oczom - zobaczyłam, jak ten starszy Niemiec idzie z moimi dwiema koleżankami, jeszcze z żoliborskiej konspiracji, 'Małgorzatą' i 'Moniką'. Tą 'Małgorzatą', o której powstała powstańcza piosenka Sanitariuszka Małgorzatka. Okazało się, że spotkał je na ulicy i kazał im przyjść zabrać ranną. Ten Niemiec uratował mi życie. Jak się okazuje, po tamtej stronie także zdarzali się ludzie. Nieliczni, ale się zdarzali.

Koleżanki zaniosły mnie do szpitala i położyły na podłodze. Nikt z rannych nie mógł nawet marzyć o łóżku. Nie był to jednak kres gehenny. Weszli do nas kolejni Niemcy i zaczęli nas kopać. Nas, rannych, w tym wiele kobiet, kopali obitymi w blachę buciorami. Grozili, że nas wszystkich rozstrzelają. Piana na ustach, dzikie wrzaski, tak jak to tylko Niemcy potrafią. Nie wiem, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie pojawił się ich dowódca. Moim najstraszliwszym przeżyciem z tych godzin było potworne, palące pragnienie. Wszyscy ranni jęczeli o wodę, skowytali. I ta całkowita bezradność sanitariuszek, które nie miały skąd tej wody brać. Niemcy w końcu zorganizowali z okolicznych wsi podwody i zaczął się transport. Niemiec, który mnie uratował, dał mi jakiś płaszcz. Już zaczynały się bowiem jesienne słoty. Nigdy nie dowiedziałam się, komu zawdzięczam życie. Powiedział mi tylko, że jest piekarzem z Berlina".

Na zdjęciu: powstańcy pomagający rannemu.

/ 15Uratowała życie Rajmundowi Kaczyńskiemu

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

"Pierwszym rannym, którego opatrywałam w Powstaniu, był Rajmund Kaczyński 'Irka' , ojciec świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pamiętam to jak dziś. Kciuk wisiał mu dosłownie na jednej żyłce. Muszę przyznać, że byłam tym widokiem przerażona. Na szczęście Rajmund trzymał się dobrze, o wiele lepiej ode mnie, pomimo że to przecież on został ranny.

Kazał mi obciąć ten palec, ale ja oczywiście tego nie zrobiłam. Nie byłam w stanie. Raz, że bym nieuchronnie zemdlała, a po drugie miałam nadzieję, że jednak uda się go uratować, przyszyć. Założyłam więc opatrunek i posłałam go do punktu sanitarnego. Naszą rolą - jako sanitariuszek liniowych - była bowiem właśnie pierwsza pomoc, zabezpieczenie rany. Dalsze leczenie i opatrywanie odbywało się już poza linią frontu.

(...) Podczas trzeciej próby przebicia się do Warszawy nasz patrol natknął się na wojsko. Całe szczęście byli to przyjaźni nam Węgrzy. Wytłumaczyli nam, jak najlepiej przejść przez niemieckie posterunki. (...) Przeszliśmy do naszej kwatery na Puławskiej 132. Tam odnalazł nas Rajmund Kaczyński. Gdy go zobaczyłam, powiedziałam mu, żebyśmy poszli na świeży grób jednego z kolegów. Żachnął się, że dopiero co do mnie przyszedł, a mnie już gdzieś niesie. Jednak poszedł. Wyszliśmy na zewnątrz, pokonaliśmy może z pięćdziesiąt metrów i nagle pocisk uderzył dokładnie w ten budynek. Wszyscy, którzy się w nim znajdowali, zginęli. Można powiedzieć, że uratowałam sobie i Rajmundowi życie" - dowiadujemy się z książki "Dziewczyny z Powstania".

Na zdjęciu: portret Haliny Wołłowicz narysowany w trakcie Powstania przez narzeczonego. Pierwszego męża, Tadeusza Kubalskiego "Zbroję", poznała jeszcze w czasie konspiracji na Żoliborzu. Wkrótce się zaręczyli.

/ 15"Mieli broń, byli brutalni"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

"Wpadłyśmy. Ja, Irka i Wićka. Początkowo cały dzień trzymali nas w mieszkaniu w kotle. A potem wyprowadzili, czy raczej wykopali na ulicę. Mieli broń, byli brutalni. Kilku ponurych, chamskich drabów. Wsadzili nas do zakrytej brezentem ciężarówki. Jak się wówczas mówiło - 'budy'. Jadąc, próbowałam się zorientować, jakimi ulicami nas wiozą. Byłam w końcu harcerką. Wyglądało na to, że na wschód, na Pragę. Nie pomyliłam się, w pewnym momencie wjechaliśmy na most pontonowy. Podczas jazdy nie myślałam o sobie. Martwiłam się o mamę i siostrę, które na pewno już odchodziły od zmysłów. Przecież dopiero co szczęśliwie odnalazłyśmy się po Powstaniu. A teraz coś takiego. Zostałam aresztowana przez Urząd Bezpieczeństwa.

Przesłuchania były jakąś monotonną, ciągnącą się całymi godzinami potwornością. W kółko te same pytania. Najpierw o Armię Krajową, potem o kontakty po sowieckim 'wyzwoleniu'. Nazwiska dowódców, miejsca przechowywania broni. I oczywiście życiorys. Pisałam go w kółko, cały czas na nowo. Po pewnym czasie znałam ten życiorys na pamięć, na wyrywki. Jak pacierz. Starałam się jakoś trzymać. Uporczywie trzymałam się wersji, że Wićkę znam ze sklepu na Mokotowie, gdzie razem pracowałyśmy.

Gdy dzisiaj wspominam te przesłuchania, najsilniejsze emocje wywołują we mnie ubeccy śledczy. Co to byli za potworni ludzie. Wyrażali się w sposób przechodzący wszelkie pojęcie. Wyzywali mnie, traktowali nieludzko. A ja miałam wówczas zaledwie dziewiętnaście lat.

Po kilku dniach, widocznie w celu złamania mojego oporu, przenieśli mnie do piwnicy. To była nora bez podłogi i okna. Na klepisku kilka garści słomy. Drzwi z luźnych desek, ściany z cegieł, kłódka. Zwykła piwnica służąca teraz komunistom za więzienie. Na czterech metrach kwadratowych siedziałyśmy we trzy" - opowiada Zofia Radecka z domu Purgal.

/ 15"Za ubikację służył zwykły, przelewający się kubeł"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

Dalej opowiada: "Ja, jakaś zwykła handlarka i kobieta oskarżona o kolaborację z Niemcami. Nie mogłam wytrzymać z powodu panującej tam potwornej duchoty. Do tego straszny smród. Niemyte ciała, brudne ubrania. Za ubikację służył zwykły, przelewający się kubeł.

Na piwnicznych, ceglanych ścianach naszej celi poprzednicy pozostawili wydrapany napis: 'Jutro wywożą nas na białe niedźwiedzie'.

Zbliżał się koniec maja 1945 roku. Pewnego ranka Wićka przekazała mi wiadomość. Mogę się już przyznać do AK. Oni i tak już wszystko wiedzą. To był koniec... Nigdy nie dowiedziałam się, kogo złamali. Po kilku dniach zostałam wywołana na górę, do dyżurki przy schodach. Siedział tam śledczy. Pamiętam, że nazywał się Halicki. Oświadczył, że jest już dla mnie wyrok i kazał mi mówić. Powiedziałam mu, że jeżeli winą jest chęć bicia się z Niemcami, konspiracja i udział w Powstaniu, to tak - jestem winna. Do żadnej innej winy się jednak nie poczuwam. I nic więcej nie mam do powiedzenia. Następnego dnia rano ja i Irka Artysz zostałyśmy wypuszczone na wolność.

Na zdjęciu: Zofia podczas okupacji. Po upadku Powstania Zofia została aresztowana i była przesłuchiwana przez Urząd Bezpieczeństwa. Mimo chwil zwątpienia nigdy się nie złamała.

/ 15"Był to moment, gdy zaczęłam się bać o życie"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

"Gdy to przeczytałam, uzmysłowiłam sobie całą grozę położenia. Był to moment, gdy zaczęłam się bać o życie. Czy ja stąd kiedykolwiek wyjdę? Tymczasem przesłuchania trwały. O różnych porach dnia i nocy. Zawsze tak samo. Za stołem kilku facetów w mundurach i protokolant. Ja oślepiona ostrym światłem nagiej żarówki. W pamięci utkwiły mi dwa momenty. Jeden nawet zabawny, kiedy zauważyłam, że podsunięty mi do podpisu protokół aż roi się od koszmarnych byków ortograficznych. Ci śledczy zresztą często nie tylko słabo pisali, ale i słabo mówili po polsku. Tacy to właśnie byli 'Polacy'.

Ja w areszcie na rogu Strzeleckiej i Środkowej przebywałam przez trzydzieści jeden dni. Równo miesiąc. Tak komuniści 'nagrodzili' mnie za udział w Powstaniu Warszawskim i walkę o wolną, niepodległą Polskę. A ja przecież - zamiast siedzieć w ubeckiej piwnicy - miałam szykować się do ślubu. No cóż, los chciał, że moje życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż planowałam" - opowiada Zofia Radecka z domu Purgal.

/ 15"Moim domem był pałac w Wilanowie"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

Dom Anny Branickiej-Wolskiej podczas Powstania Warszawskiego został zajęty przez uzbrojonych po zęby Niemców. "Było ich chyba z kilkuset. Zmieścili się bez problemu, bo moim domem był pałac w Wilanowie. Własność mojego taty, hrabiego Adama Branickiego. Gdy Niemcy zajęli dom, razem z mamą i siostrą zostałyśmy zamknięte w areszcie domowym. Nie mogłyśmy się ruszyć pod groźbą rozstrzelania. Wokoło trwała tymczasem bitwa. Przez okna dochodziła do nas kanonada broni maszynowej, huk granatów. Czułam się zrozpaczona. Ja także należałam do Armii Krajowej, ja także chciałam się bić, chciałam coś robić. Wziąć udział w Powstaniu, na które tak bardzo czekałam. Byłam jednak w potrzasku.

W AK służył także mój narzeczony, Janusz Radomyski 'Cichy'. Bał się o mnie potwornie. Był pewien, że Niemcy mnie rozstrzelają. Zebrał więc swój powstańczy oddział i postanowił mnie odbić.

To było w nocy z 16 na 17 sierpnia, późnym wieczorem, około jedenastej. Obudziły nas odgłosy zaciętej walki. Kule świstały pod oknami, Niemcy wpadli w panikę. Nagle usłyszałam znajomy głos wykrzykujący komendy. Nie mogłam w to uwierzyć! Janusz! Tak bardzo cieszyłam się, że mój ukochany jest niedaleko, ale z drugiej strony truchlałam na myśl, że coś mogłoby mu się stać. Nagle usłyszałam krzyk dochodzący spod okna mojego pokoju: - Anna, skacz! Zabiją was tam. Skacz do mnie. Skacz! Słyszysz?! To był Janusz! Przedarł się jakimś cudem przez niemieckie pozycje wokół pałacu i stał teraz pod oknem. Pod kulami Niemców!" - czytamy.

10 / 15"Te okrzyki mroziły krew w żyłach"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

To jeden z najbardziej tragicznych momentów w życiu Anny Branickiej-Wolskiej. "Słyszałam głos ukochanego, jego nawoływanie. Wiedziałam, że naraża dla mnie życie, a ja nie mogłam do niego dołączyć. Ba, nie mogłam nawet pisnąć. Janusz nie wiedział bowiem, że w pokoju stało dwóch Niemców z wycelowanymi w nas pistoletami. A my z mamą i siostrą stałyśmy pod ścianą, trzymając się za ręce, zmartwiałe z przerażenia. Do dziś pamiętam bezwzględne, pełne napięcia twarze żołnierzy. Mundury z orłami trzymającymi w szponach swastyki. Czarne wyloty luf. Nie mam wątpliwości, że gdybym się ruszyła, pociągnęliby za spust. Zastrzelić z zimną krwią kobietę, cóż to dla takich drabów.

Wreszcie usłyszeliśmy, jak nasi się wycofują. Niemcy się pozbierali, odparli szturm i sami przeszli do kontrataku. Kanonada szybko zaczęła cichnąć, słyszeliśmy tylko coraz głośniejsze jęki rannych. Walka wygasła. Dopiero wtedy wartownicy odprężyli się i pozwolili nam usiąść. Powiedzieli, że kilku Polaków podczas szturmu poległo. O, Boże, czyżby wśród nich był Janusz? Dopiero rano dowiedziałam się, że całe szczęście udało mu się bezpiecznie wycofać. Kilku jego kolegów dogorywało jednak w naszym parku. Niemcy się nimi nie interesowali.

Potem zobaczyłyśmy prowadzonych na rozstrzelanie schwytanych powstańców. Dwudziestu paru młodych chłopców. Jeden z nich był jeszcze dzieckiem, mógł mieć góra piętnaście lat. Pamiętam, jak wołał: - Mamo, mamo!

Ten widok, te okrzyki mroziły krew w żyłach. Wszyscy zostali zamordowani. Niemcy, którzy wykonali wyrok, wracali przez park i kierowali się w kierunku pałacu. Byłyśmy pewne, że teraz idą po nas, że teraz nasza kolej. Miałam nadzieję, że podczas tej ostatniej próby znajdę w sobie siłę, by zachować się z godnością.

Gdy dzisiaj, z perspektywy siedemdziesięciu lat, myślę o tych przeżyciach, dziwię się sobie, że to wszystko przetrzymałam. Miałam dwadzieścia lat, byłam panienką z dobrego domu, hrabianką. I nagle takie ekstremalne przeżycia. A to był przecież dopiero początek. Przeżyłam bombardowania, grożono mi bronią, byłam świadkiem masowych rozstrzeliwań, siedziałam w kilku więzieniach - na czele z moskiewską Łubianką - i w sowieckim obozie koncentracyjnym" - opowiada dalej Anna.

Na zdjęciu: Anna Branicka przed wojną.

11 / 15"On się po prostu wstydził dziewczyny"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

"Latem 1944 roku nastroje w Warszawie były tak napięte, że prędzej czy później Powstanie musiało wybuchnąć. My tak bardzo chcieliśmy walczyć. Odegrać się za te straszne pięć lat upokorzeń. Za te pięć lat niemieckiej buty. Gdy nadeszła godzina 'W', byłam w domu na ulicy Piusa. Zostałam sanitariuszką. Od razu mieliśmy pierwszą ranną. Przywieźli do nas koleżankę z konspiracji, którą kolega postrzelił w nogę. Fatalny wypadek. Czyścił broń i nie wiedział, że jest naładowana.

Pierwszy powstaniec ranny w boju, którego opatrywałam, miał wyrwany z pleców spory kawał ciała. Był to widok straszliwy. Byłam zszokowana. Mimo to udało mi się jakoś opanować i założyć mu opatrunek. Nie wiem, jak to zrobiłam. Nie wiem też, jak mogliśmy robić takie rzeczy, jak mogliśmy pracować w takich prowizorycznych warunkach. A na dodatek, jakby tego było mało, ranni również przysparzali nam problemów. Choćby wtedy, gdy przynieśli nam dwudziestoparoletniego mężczyznę do kwatery naszego batalionu w szkole na Górskiego. Pytam go, co się stało, a on zaczyna wrzeszczeć. Dosłownie wrzeszczeć: - Odejdź! Odejdź! Niech ktoś inny do mnie przyjdzie! Myślałam na początku, że jest w szoku, że nie wie, co mówi. Ale nie, był całkowicie przytomny. Sprawa szybko się wyjaśniła. Otóż był ranny wysoko w udo i żeby założyć opatrunek, należało mu ściągnąć spodnie. On się po prostu wstydził dziewczyny. Takie to były czasy i tacy to byli chłopcy" - wspomina Krystyna Sierpińska z domu Myszkowska.

Na zdjęciu: sanitariuszki z noszami na ulicy Jaworzyńskiej. Jeszcze w czasie konspiracji Krystyna otrzymywała od brata pieniądze na obiady - zamiast jedzenia kupowała jednak bandaże i opatrunki. Gdy wybuchło Powstanie, została sanitariuszką. Dzięki "obiadom" pomogła wielu rannym chłopcom.

12 / 15"Chłopcy byli często w dramatycznym stanie"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

"Przynoszono wielu poparzonych przez "ryczące krowy", czyli pociski rakietowe, które eksplodując, wypalały ludziom skórę. Chłopcy byli często w dramatycznym stanie. Jednemu musiano wyjąć oko. Jako sanitariuszki miałyśmy swoją komórkę w piwnicy. W ogóle, ze względu na morderczy ogień niemieckiej artylerii i naloty, wszystko działo się w podziemiach. Tam trzymałyśmy rannych, nosze, nieliczne lekarstwa. Tam też udawało nam się odpocząć.

Takich chwil było jednak bardzo niewiele. Powstanie to była dla nas, sanitariuszek, niezwykle ciężka praca, która trwała non stop. Cały czas nam kogoś przynoszono. Pamiętam jednego z ciężko rannych. Zbyszek Morawski 'Gnot'. Strasznie chciało mu się pić. Powiedziałam mu, że przyniosę wodę z 'góry'. Na schodach spotkałam brzemienną 'Krysię', która miała dyżur przy rannych w drugiej części piwnicy. Poprosiła mnie, żebym ją zastąpiła na godzinę, bo chciała pójść do męża. Powiedziałam, że naturalnie, tylko zaniosę Zbyszkowi wodę i wezmę swoją torbę sanitarną. Zaledwie zdążyłam to zrobić, aż tu nagle rozległ się potężny huk! Wszystko zaczęło się walić. Gwizd w uszach. Cała druga część piwnicy została zasypana. Wszyscy, którzy tam się znajdowali, zostali zmiażdżeni rumowiskiem. Łącznie z 'Krysią'. Zabrakło dosłownie sekund, żebym i ja tam zginęła. Kolega, który to wszystko widział, natychmiast pobiegł do mojego brata i powiedział mu, że 'Marzenka' zginęła. Czułam się potem, jakbym dostała drugie życie - czytamy
dalej.

13 / 15Zdobyczny czołg!

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

Najgorszym dniem Teresy Łatyńskiej z domu Potulickiej był 13 sierpnia 1944 roku. "Niedziela. Przebywałam wówczas na kwaterze przy ulicy Kilińskiego na Starówce. W pewnej chwili, to było późnym popołudniem, usłyszałam przez okno jakiś harmider. Krzyki, wiwaty. Jakby grała muzyka. Wyszłam na balkon i moim oczom ukazał się nieprawdopodobny widok. Środkiem ulicy jechał mały czołg otoczony tłumem żołnierzy i cywilów. Wszyscy byli zachwyceni, podnieceni, poklepywali pancerz. --Zdobyczny czołg! Zdobyczny czołg! ' dolatywało z ulicy. Mnie też udzielił się ten entuzjazm. To było po prostu wspaniałe, nie mogłam w to uwierzyć. Sytuacja coraz trudniejsza, Niemcy w natarciu, po naszej stronie pada coraz więcej rannych i zabitych, dramat. A tu nagle taki sukces.

(...) Spojrzałam na czołg. Chyba zaczęło się coś w nim psuć, jakiś element powoli zsuwał się z pancerza. Z góry wszystko było widać jak na dłoni. To coś odłączyło się od konstrukcji maszyny i zaczęło spadać na ziemię... Zamarłam, ale ludzie wokół niczego nie zauważyli. Euforia była zbyt wielka.

(...) W tej samej sekundzie nastąpiła eksplozja. Największa z eksplozji, jaką kiedykolwiek widziałam. Głucha detonacja, oślepiający błysk i fala uderzeniowa, która zatrzęsła ziemią. W promieniu dobrego kilometra wszystkie szyby wyleciały z okien, ludzi zwaliło zaś z nóg. Jakieś martwe ciało - najprawdopodobniej kierowcy - wleciało z impetem na nasz balkon. To był sam korpus - bez głowy, rąk i nóg - który odbił się od ściany budynku i potężnie uderzył mnie w plecy.

Przewróciłam się, byłam cała we krwi i kawałkach wnętrzności. Fala uderzeniowa rozpruła mi spódnicę, całe ubranie wisiało na mnie w strzępach. Wówczas jednak nawet tego nie zauważyłam. Byłam w szoku, dzwoniło mi w uszach" - dowiadujemy się z książki "Dziewczyny z Powstania".

Na zdjęciu: łączniczka na Nowym Świecie zaraz po wyjściu kanałami ze Starówki.

14 / 15"Nie wpuściłam nikogo. Bałam się"

Obraz
© (c) materiały wydawcy, Anna Herbich, "Dziewczyny z Powstania"

"Pamiętaj, żebyś o piątej była w domu. To ostatnie słowa, które powiedział do mnie mąż, gdy wychodził do Powstania. Powiedział to już na schodach, gdy nagle go coś tknęło, przystanął i spojrzał na mnie raz jeszcze. Pamiętam dokładnie, w co był wtedy ubrany. Na długie buty i bryczesy dla niepoznaki naciągnął jasny, letni garnitur. Skórzany wojskowy płaszcz zrolował i schował do plecaka. Nie miał przy sobie broni, tylko lornetkę, którą w 1939 roku przywiozłam z Wołynia.

Gdy Janek wreszcie się odwrócił i zaczął schodzić w dół, zrobiłam za nim znak krzyża. Mąż poszedł do Powstania nie tylko bez broni, ale i bez żadnej nadziei. Był oficerem, wiedział, jak szczupłe są siły Armii Krajowej i jak potężni są Niemcy.

Moja mama, która była sanitariuszką Armii Krajowej, wyszła na koncentrację jeszcze przed Jankiem. Zostałam więc w domu z niemowlęciem na ręku i moją osiemdziesięcioletnią babcią, Wiktorią Wilżyną - nazywaną przez nas Tunią - która zaledwie przed kilkoma dniami przyjechała w odwiedziny z Nowego Targu. Chciała zobaczyć prawnuka. Niestety, termin tej rodzinnej wizyty wybrała fatalnie.

Pierwsze strzały usłyszałyśmy punktualnie o piątej. Boże, to już. Zaczęło się. Podbiegłam szybko do okna, żeby je zamknąć. A potem do kołyski. Jacuś na szczęście smacznie spał. Kanonada mu zupełnie nie przeszkadzała. Po chwili rozległ się przeraźliwy łomot na klatce schodowej. To przechodnie, których Powstanie zaskoczyło na ulicy, biegali po schodach i pukali do kolejnych drzwi. Po chwili rozpierzchli się po mieszkaniach. Ja nie wpuściłam nikogo. Bałam się" - wspomina w książce Irena Herbich z domu Wilga.

15 / 15Irena. Kiedy mąż idzie na wojnę

Obraz

Dalej opowiada: "Niebawem pociski zaczęły wpadać przez okna. Nie było innego wyjścia - musieliśmy zbiec do piwnicy. Tam spędziliśmy pierwszą powstańczą noc. Była to noc niepewności. Co się z nami stanie? Jak to wszystko się skończy? Co z Jankiem? My spałyśmy na rozłożonych materacach, a niemowlę w wózku. Tak mijały kolejne dni i kolejne noce. Sytuacja była coraz trudniejsza.

Siedziałyśmy w ciemnej piwnicy, cały czas słyszałyśmy odgłosy bitwy. Eksplozje pocisków, serie z broni maszynowej, jakieś krzyki. Na dole panowała zaś potworna ciasnota. Gorąco, smród. Z jedzeniem i wodą było kiepsko. Jacuś coraz bardziej się denerwował, dużo płakał. Musiałam cały czas przy nim czuwać, tulić go, karmić. Właściwie trudno mi było zmrużyć oko. Wkrótce z powodu stresu i braku snu straciłam pokarm - wspomina.

Ja w Powstaniu Warszawskim odniosłam jednak moje małe zwycięstwo. Cel, który sobie postawiłam, osiągnęłam. Jacuś przeżył. Udało mi się go uratować. Po wojnie urodziłam jeszcze trójkę dzieci: Piotra, Tomasza i Urszulę. Jacek jest botanikiem, Piotrek hydrogeologiem, a Tomek archeologiem. Urszula od przeszło trzydziestu lat mieszka w Londynie. Urodziło nam się z Jankiem siedmioro wnuków i wnuczek. Jedną z nich jest autorka tej książki, Anna" - dodaje.

Historia babci towarzyszyła autorce od najmłodszych lat. Teraz Anna sama jest młodą mamą dwuletniej Zosi, którą często opiekuje się prababcia.

Fragmenty książki "Dziewczyny z Powstania" autorstwa Anny Herbich wykorzystano dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak Horyzont. Książkę kupisz przedpremierowo tutaj.

(evak)

Wybrane dla Ciebie
Poranek Wirtualnej Polski. Wiceminister sprawiedliwości gościem programu
Poranek Wirtualnej Polski. Wiceminister sprawiedliwości gościem programu
Pierwszy "wróg Boga" skazany w Iranie. Władze przeprowadzą egzekucję
Pierwszy "wróg Boga" skazany w Iranie. Władze przeprowadzą egzekucję
Polska podzielona pogodowo. Na styku opady i gołoledź
Polska podzielona pogodowo. Na styku opady i gołoledź
Dźwig runął na pociąg. Katastrofa kolejowa w Tajlandii
Dźwig runął na pociąg. Katastrofa kolejowa w Tajlandii
Zamknięte spotkanie z Nawrockim. SOP: lista była po stronie KPRP
Zamknięte spotkanie z Nawrockim. SOP: lista była po stronie KPRP
Chaos na ulicach Minneapolis. Policja użyła gazu
Chaos na ulicach Minneapolis. Policja użyła gazu
Działo się w nocy. Trump ostrzegł Iran
Działo się w nocy. Trump ostrzegł Iran
"Nie do pomyślenia". Niemiecka prasa komentuje azyl dla Ziobry
"Nie do pomyślenia". Niemiecka prasa komentuje azyl dla Ziobry
Niebywała skuteczność dzielnicowego. Zatrzymał 195 osób w 12 miesięcy
Niebywała skuteczność dzielnicowego. Zatrzymał 195 osób w 12 miesięcy
Przełom w sporze o ambasadorów? Nawrocki zaprosi Sikorskiego
Przełom w sporze o ambasadorów? Nawrocki zaprosi Sikorskiego
Atak na Krzywy Róg. 45 tys. osób bez prądu
Atak na Krzywy Róg. 45 tys. osób bez prądu
"To jego problem". Trump odpowiedział premierowi Grenlandii
"To jego problem". Trump odpowiedział premierowi Grenlandii