Bitwa o Ar-Ramadi

To była jedna z kluczowych kampanii irackiej wojny

Obraz

/ 8Zaciągnęli go do domu i zabili na oczach najbliższych

Obraz
© Wikimedia Commons

Od końca 2005 roku prowincja Al-Anbar była najkrwawszym rejonem Iraku, a jej stolica Ar-Ramadi stanowiła centrum działalności terrorystycznej. Blisko półmilionowe miasto było areną jednej z kluczowych bitew irackiej wojny. Najtrudniejsze chwile tamtych wydarzeń opisuje komandos Marcus Luttrell w książce "Na linii ognia", która niedawno pojawiła się w polskich księgarniach nakładem Wydawnictwa Znak.

Luttrell to były żołnierz elitarnej jednostki specjalnej Navy SEALs, który jako jedyny przeżył osławioną operację Czerwone Skrzydło w Afganistanie. Jego dramatyczną historię świat poznał dzięki bestsellerowi "Przeżyłem Afganistan", teraz na papier przelał nie mniej poruszające wspomnienia z Iraku.

Po zdobyciu przez amerykańskie wojska Al-Falludży, będącej bastionem sunnickich terrorystów, kierownictwo irackiej Al-Kaidy uciekło właśnie do Ar-Ramadi, ogłaszając je stolicą islamskiego kalifatu. Miasto i cała prowincja stały się "istnym piekłem na ziemi". W takich okolicznościach w połowie 2006 roku wylądował tam Luttrell ze swoim oddziałem.

Na zdjęciu: amerykańscy żołnierze piechoty morskiej w Ar-Ramadi.

(M. Luttrell, "Na linii ognia"/WP.PL/tbe)

/ 8Chaos i zniszczenie

Obraz
© AFP

- Szykujemy się właśnie do wyjazdu do Ramadi. Możesz dać mi jakąś radę? - spytał Luttrell rannego komandosa, który wrócił z tego piekła. Żołnierz podniósł pobladłą twarz i spojrzał na niego znużonym wzrokiem. - Módl się - odpowiedział.

Wydawało się, że w 2006 roku w Ar-Ramadi kolejnym zamachom, krwawym strzelaninom i rosnącej liczbie ofiar wciąż nie ma końca. Terroryści uważali, że to miasto należy do nich, doprowadzając tym samym do coraz większej destabilizacji w całym regionie.

"Bojownicy różnych narodowości napływali do Iraku w imię arabskiego braterstwa i walki z niewiernymi. Na nieszczęście dla zwykłych Irakijczyków terroryści nie mieli nic przeciwko podrzynaniu gardeł innym muzułmanom, byle tylko osiągnąć swoje cele" - pisze autor "Na linii ognia". "Wiedzieliśmy, że przywrócenie normalności w miejscu tak pogrążonym w chaosie jak Ar-Ramadi graniczy niemal z cudem".

Na zdjęciu: pożar po zamachu bombowym w Ar-Ramadi.

/ 8Walka z Al-Kaidą

Obraz
© Wikimedia Commons

Plan odzyskania Ar-Ramadi z rąk bojowników zakładał zastosowanie tradycyjnych akcji zbrojnych połączonych ze szkoleniem irackich sił bezpieczeństwa oraz działaniami policyjnymi, jak rewizje, kontrole uliczne czy egzekwowanie godziny policyjnej. Chodziło o to, by stworzyć samodzielny rząd i siły porządku publicznego oraz dodać mieszkańcom pewności siebie, by sami mogli walczyć o swoją wolność i bezpieczeństwo. "Zamierzaliśmy uczynić to miasto nadającym się na nowo do zamieszkania, oddać go w ręce jego obywateli i zrobić wszystko, by już nigdy więcej nie stało się bastionem terrorystów" - pisze Luttrell.

Główny ciężar walk odbicia miasta z rąk rebeliantów spadł na barki SEALsów, wspieranych przez wojska lądowe i piechotę morską. Amerykanie musieli zmagać się nie tylko z Al-Kaidą, lecz również jej stronnikami wywodzącymi się głównie z biedoty. "Terroryści nie mieli problemów ze skaptowaniem jakiegoś starca lub osieroconego chłopaka, który za drobną opłatą zgadzał się zetknąć ze sobą dwa druciki, detonując tym samym bombę pod amerykańskim konwojem. Często też zmuszano do tego ludzi groźbami lub szantażem".

Na zdjęciu: Ar-Ramadi widziane z pokładu amerykańskiego śmigłowca.

/ 8Przebudzenie Anbaru

Obraz
© AFP

Latem 2006 roku, w szczytowym okresie walk, w Ar-Ramadi stacjonowało łącznie pięć tysięcy żołnierzy USA, którzy coraz mocniej przykręcali bojownikom śrubę. "Infiltrowaliśmy miasto, zakładaliśmy w nim kolejne posterunki i zajmowaliśmy je kwartał po kwartale, centymetr po centymetrze" - wspomina autor "Na linii ognia".

Przełomem w walce o miasto było przejście niektórych sunnickich przywódców na stronę Amerykanów. Al-Kaida chciała cofnąć Ramadi do średniowiecza, zaprowadzając w nim surowe porządki oparte na prawie szariatu, i w barbarzyński sposób traktowała lokalną ludność. Luttrell piszę, że np. karała obcinaniem palców za palenie papierosów. "Nie ma się więc co dziwić, że mieszkańcy chcieli pozbyć się tych szaleńców" - stwierdza.

Ponadto miasto w ciągu kilku poprzednich lat uległo tak wielkim zniszczeniom, że kolejne pół roku ciężkich walk mogłoby je całkowicie unicestwić. To wszystko sprawiło, że lokalne plemiona utworzyły ruch nazwany Przebudzenie Anbaru i sprzymierzyły się z USA w walce z Al-Kaidą.

Na zdjęciu: auto ostrzelane przez rebeliantów w Ar-Ramadi.

/ 8Okrucieństwo terrorystów

Obraz
© AFP

O tym, z jakim okrucieństwem bojownicy Al-Kaidy traktowali miejscowych, świadczy jedna z historii przytoczonych przez Luttrella. Po ostrej wymianie ognia amerykańscy żołnierze uratowali i opatrzyli rannego rebelianta, który zmienił o nich zdanie i przeszedł na ich stronę. "Zrozumiał wreszcie, że podkładane przez niego bomby zabiły wielu niewinnych Irakijczyków i że ma obowiązek naprawić wyrządzone zło poprzez służbę własnemu krajowi".

Mężczyzna wraz z rodziną zaczął pomagać Amerykanom i irackim władzom. W końcu jednak dopadli go dawni kompani z Al-Kaidy. "Został potraktowany z największym okrucieństwem. Wyrwano mu świeżo zaleczone ramię i przewiercano ciało wiertarką. Wreszcie terroryści zawlekli go do jego domu i zastrzelili na oczach najbliższych".

Na zdjęciu: rebelianci w Ar-Ramadi.

/ 8Amerykańsko-arabski dżihad

Obraz
© AFP

Dzięki przejściu części lokalnych szejków na stronę USA, coraz więcej Irakijczyków zgłaszało się do służby w siłach bezpieczeństwa i oferowało informacje o liderach rebeliantów. "Każdy Irakijczyk, który przechodził na naszą stronę, stanowił podwójny cios zadany siłom wroga" - pisze Luttrell.

Jednym z kulminacyjnych momentów był atak Al-Kaidy na dzielnicę Sufija kontrolowaną przez szejka Jassima. Jassim miał już dość tego, że przez akcje terrorystów miejscowa ludność znajduje się w ogniu walk, dlatego postanowił wyrzucić ich ze swojego terytorium. W odpowiedzi Al-Kaida przypuściła potężny szturm na dzielnicę, mordując każdego, kto wpadł im w ręce. Wtedy Jassim zwrócił się z dramatycznym apelem o pomoc do Amerykanów.

Gdy oddziały USA wyruszyły na ratunek, z głośników na niezliczonych meczetach rozległo się wezwanie imamów do dżihadu. "Ale ich przesłanie było inne niż dotychczas. Jak powiedzieli nam tłumacze, tym razem dżihad nie był skierowany przeciwko niewiernym, ale przeciwko Al-Kaidzie" - opowiada Luttrell.

"Oto więc amerykańscy żołnierze wyruszali wspólnie z Arabami na dżihad. Świat stanął na głowie" - konstatuje autor "Na linii ognia".

Na zdjęciu: walki w Ar-Ramadi.

/ 8Porazka Al-Kaidy

Obraz
© AFP

"Walki nigdy całkowicie nie ustały i zawsze musieliśmy się mieć na baczności, ale po tym, jak szejk Jassim - przy pomocy amerykańskich oddziałów - odebrał swoją dzielnicę terrorystom, było jasne, że w Iraku Al-Kaida stoi na straconej pozycji" - wspomina Luttrell.

Jednym z kolejnych przełomowych momentów bitwy o Ar-Ramadi była zasadzka na dużą cześć przywództwa lokalnej Al-Kaidy w zachodniej części miasta. W wyniku nieoczekiwanego splotu okoliczności 70-80 rebeliantów nadziało się na lufy karabinów komandosów Navy SEALs. "Chłopcy strzelali do terrorystów jak do kaczek" - opisuje świadek tamtych wydarzeń. Nawet niektórzy amerykańscy żołnierze byli wstrząśnięci rozmiarami masakry.

Rezultat był taki, że w tej części Ramadi udało się prawie całkowicie rozbić Al-Kaidę i przegnać jej popleczników. W całej dzielnicy na długi czas zapanował niemal całkowity spokój.

Na zdjęciu: wojska USA w Ar-Ramadi.

/ 8Surrealistyczny spokój

Obraz
© AFP

Spokój, jaki kwietniu 2007 roku, pod koniec misji oddziału Luttrela, zapanował w Ar-Ramadi "był wręcz surrealistyczny". W październiku dochodziło tam do blisko 60 zbrojnych incydentów dziennie, pół roku później liczba ta spadła do jednego-dwóch na tydzień.

Co więcej, przykład ruchu Przebudzenie Anbaru rozprzestrzeniał się na resztę kraju - przywódcy sunniccy z innych regionów Iraku również przyłączyli się do walki z Al-Kaidą. Zmiany w samej prowincji Al-Anbar okazały się tak trwałe, że nawet śmiertelny zamach na szejka Sattara, głównego orędownika sojuszu z Amerykanami, nie mógł zmienić biegu wydarzeń.

Dla samego Marcusa Luttrella bitwa o Ar-Ramadi okazała się ostatnim epizodem czynnej służby z bronią w ręku jako SEALs. Rozpoczynał nową życiową przygodę - tym razem jako szef sekcji operacyjnej w Centrum Operacji Taktycznych (ang. TOC). Ale to już historia na zupełnie odrębną opowieść.

Na zdjęciu: szkolenie irackich żołnierzy w Ar-Ramadi.

Wybrane dla Ciebie
Napięcie wokół Kanału Panamskiego. Rubio odpowiada na groźby Chin
Napięcie wokół Kanału Panamskiego. Rubio odpowiada na groźby Chin
Trump żartuje o zwolnieniu swojej rzeczniczki. "Okropna praca"
Trump żartuje o zwolnieniu swojej rzeczniczki. "Okropna praca"
Tragedia w Grecji. Polak porwany przez nurt wody
Tragedia w Grecji. Polak porwany przez nurt wody
Francuska europosłanka zatrzymana. Media o zarzucie
Francuska europosłanka zatrzymana. Media o zarzucie
Media: dymisja na szczytach w USA już przesądzona
Media: dymisja na szczytach w USA już przesądzona
"Wykonujesz okropną robotę". Rzeczniczka Białego Domu obiektem żartów Trumpa
"Wykonujesz okropną robotę". Rzeczniczka Białego Domu obiektem żartów Trumpa
Jest komunikat po spotkaniu Kaczyński-Morawiecki. "Działając razem"
Jest komunikat po spotkaniu Kaczyński-Morawiecki. "Działając razem"
Ostra ocena Nawrockiego. Takie zarzuty padły w Republice
Ostra ocena Nawrockiego. Takie zarzuty padły w Republice
Adwokat od "trumny na kółkach" chce uniknąć więzienia. Taki złożył wniosek
Adwokat od "trumny na kółkach" chce uniknąć więzienia. Taki złożył wniosek
Meloni zamieściła wpis. Tak napisała o Janie Pawle II
Meloni zamieściła wpis. Tak napisała o Janie Pawle II
Nie żyje irański generał. Izrael kontynuuje bombardowania
Nie żyje irański generał. Izrael kontynuuje bombardowania
Zabiła seniorki w bestialski sposób. Sąd: dożywotnie więzienie
Zabiła seniorki w bestialski sposób. Sąd: dożywotnie więzienie