WP
WP

Polityczne morderstwo Grzegorza Przemyka na komisariacie milicji

14 maja 1983 roku – skatowany przez funkcjonariuszy milicji – zmarł Grzegorz Przemyk. Miał niespełna 19 lat. Był synem znanej poetki opozycyjnej Barbary Sadowskiej, która – złamana śmiercią jedynego syna – zmarła trzy lata później. W lipcu 2010 roku Sąd Najwyższy ostatecznie uznał, że sprawa jest przedawniona. Milicjanci oraz ich zwierzchnicy winni śmierci Grzegorza Przemyka nie zostaną już pociągnięci do odpowiedzialności - pisze Marta Tychmanowicz w felietonie historycznym dla Wirtualnej Polski.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
WP

Przeczytaj wcześniejsze felietony historyczne Marty Tychmanowicz

W czwartek 12 maja 1983 roku po napisaniu egzaminów maturalnych z polskiego i historii Grzegorz Przemyk wybrał się wraz z kolegami na Plac Zamkowy w Warszawie. Ich rozbawienie zwróciło uwagę milicjantów, którzy od razu wylegitymowali młodych mężczyzn. Grzegorz Przemyk na pytanie o dowód osobisty, odpowiedział, iż po zawieszeniu stanu wojennego, nie ma już obowiązku noszenia przy sobie dokumentów. Krnąbrnego chłopaka milicjanci postanowili zabrać na pobliski komisariat przy ulicy Jezuickiej – do milicyjnej nysy dobrowolnie wsiada też, nie chcąc zostawiać kolegi samego, Cezary Filozof (jedyny świadek późniejszego skatowania Przemyka).

Na komisariacie milicjanci ponownie pytają o dokumenty, jeden z funkcjonariuszy wyciąga pałkę. Wysoki i szczupły Przemyk zrywając się gwałtownie z krzesła, chwyta za nią, chcąc uniknąć pobicia. Niestety to tylko jeszcze bardziej rozsierdza milicjantów - rozpoczyna się bestialskie bicie zatrzymanego. Bije trzech młodych funkcjonariuszy, niewiele starszych od Przemyka. Czwarty, obserwując całe zajście z dyżurki, wydaje im tylko polecenie: "Bijcie tak, żeby nie było śladów...".

WP

Przeraźliwe krzyki, wręcz wycie, bitego maturzysty słychać nawet na zewnątrz komisariatu. Biją go po plecach, nerkach, karku. Zadają ciosy milicyjnymi pałkami, pięściami, łokciami, a nawet - leżącego już na podłodze - kopią. Kiedy milicjanci orientują się, że chłopak nie opuści komisariatu o własnych siłach wzywają karetkę pogotowia, informując dyspozytora, że jest u nich "psychiczny". Pobitego muszą wręcz zanieść do karetki - sanitariusz Jacek Szyzdek oraz kierowca Michał Wysocki. Sierżant milicji informuje ich, że zatrzymany może być narkomanem i że nie ma przy sobie żadnych dokumentów.

Na pogotowiu ratunkowym przy ulicy Hożej Grzegorz Przemyk słabnie, osuwa się na ziemię, nie ma z nim kontaktu, nie zostaje jednak przebadany przez lekarza internistę. Dyżurny lekarz psychiatra wydaje skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Matka prosi o wypisanie syna do domu. Choć mieszkają blisko, w wieżowcu na Hibnera (dziś ul. Zgoda), Przemyka trzeba wnieść do mieszkania na noszach. Następnego dnia rano zaniepokojona stanem syna Barbara Sadowska wzywa pogotowie. Lekarz, stwierdzając bóle brzucha, zaleca silny zastrzyk przeciwbólowy. Jeszcze tego samego dnia wezwana lekarka rejonowa natychmiast dzwoni po karetkę reanimacyjną, która zawozi nieprzytomnego do szpitala na Solcu. W piątek 13 maja pod wieczór rozpoczyna się operacja, która trwa aż do rana. Lekarze operujący porównują stan organów wewnętrznych pobitego do organów człowieka przejechanego przez samochód. Grzegorz Przemyk zapada w stan śmierci klinicznej. Nie udaje się reanimacja. Umiera w sobotę 14 maja 1983 roku. Za trzy dni skończyłby 19 lat.
Do trumny matka wkłada jego ulubiony chlebak odziedziczony po Edwardzie Stachurze oraz górskie buty na ostatnią drogę.

Kilka dni później odbywa się msza pożegnalna w kościele św. Stanisława Kostki. W drodze na Cmentarz Powązkowski odprowadza Przemyka ok. 60 tysięcy, a wg niektórych nawet 100 tysięcy, osób. Za trumną syna podąża Barbara Sadowska podtrzymywana przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Jest to pierwsza tak duża manifestacja od czasu wprowadzenia stanu wojennego – większość zebranych idzie w całkowitej ciszy, z symbolicznie uniesionymi w górę dłońmi ze znakiem V.

Przed pogrzebem i w jego trakcie dochodzi do incydentów dokonywanych przez tzw. nieznanych sprawców – sprzed XVII Liceum im. Andrzeja Frycza-Modrzewskiego, do którego chodził Przemyk, notorycznie zrywane są żałobne czarne flagi; zaś na samym pogrzebie po wzruszającej mowie pożegnalnej klasowej wychowawczyni, ktoś wyrywa i kradnie jej torebkę z wygłoszonym tekstem.

WP

Śmierć Grzegorza Przemyka od początku rozpatrywana jest w kategoriach politycznych zarówno przez środowiska opozycyjne jak i PRL-owskie władze. Jego matka – Barbara Sadowska – jest znaną działaczką Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Była kilkakrotnie aresztowana, stale inwigiluje ją SB. Kilka dni przed zatrzymaniem syna (3 maja 1983) zostaje pobita podczas szturmu funkcjonariuszy MSW na siedzibę komitetu w klasztorze franciszkanek na Piwnej – to wówczas "nieznani sprawcy” grożą jej, że następnym razem "zatłuką jej syna”. Na zdjęciach z pogrzebu Przemyka widać, że wciąż jeszcze ma zabandażowane palce prawej ręki.

Dziesięć dni po pogrzebie Przemyka gen. Czesław Kiszczak zaprasza na spotkanie do MSW przedstawicieli liceum im. Frycza-Modrzewskiego – rada pedagogiczna oraz komitet rodzicielski w liście wysłanym kilka dni wcześniej, obawiając się o zdrowie i dalsze losy młodzieży, domagają się od władz pilnego i rzetelnego wyjaśnienia sprawy. Podczas spotkania Kiszczak perfidnie pyta, wg wspomnień dyrektora liceum, "dlaczego nie dopuszczamy takiej możliwości, że Grzegorz Przemyk został zabity przez przyjaciół politycznych jego matki, żeby w ten sposób dokonać prowokacji wobec aktualnych władz?”. Jednak to dopiero początek misternej gry operacyjnej, jaką podejmą służby bezpieczeństwa wraz z milicją, by chronić swoich funkcjonariuszy.

Powstaje specjalna grupa operacyjno-śledcza, która ma ukryć kompromitującą milicję prawdę – zwieńczeniem jej żmudnych, zakrojonych na ogromną skalę prowokacji jest wybór kierowcy karetki i sanitariusza na sprawców pobicia. Ci zostają wkrótce aresztowani. Wielokrotnie przesłuchiwani, psychicznie nękani, doprowadzani są przez śledczych do granic wytrzymałości. Kierowca karetki podejmuje dwie próby samobójcze oraz protestacyjną głodówkę. Jest szantażowany – funkcjonariusze grożą mu śmiercią najbliższych. U kresu wytrzymałości psychicznej zgadza się podpisać pod wymuszonymi zeznaniami. W lipcu 1984 roku sąd – pomimo zeznań lekarzy i pielęgniarek szpitala na Solcu, którzy zeznawali, że Przemyk na pytanie "co się stało”, odpowiadał, iż "został pobity na komisariacie MO” – ogłasza sanitariusza i kierowcę winnymi użycia przemocy wobec pacjenta i skazuje ich na 2,5 roku więzienia. Milicjanci z komisariatu na Jezuickiej zostają uniewinnieni. Matka Grzegorza Przemyka odmawia udziału w tym procesie, rozpoznając
prowokację oraz misternie sfingowane dowody. Nad pomyślnym przebiegiem całej operacji czuwał gen. Kiszczak, który finansowymi nagrodami wyróżnił swoich "podopiecznych” zaangażowanych w tę sądowo-milicyjną manipulację.

19 października 1984 roku tragiczną śmiercią – również z rąk funkcjonariusz państwowych (oficerów MSW) – ginie ks. Jerzy Popiełuszko. Jedyna podpora złamanej śmiercią syna Barbary Sadowskiej. Jej bliska przyjaciółka – Ligia Grabowska-Urniaż – wspominała: "Śmierć ks. Jerzego odebrała ostatnią kotwicę jej życia. Rozwinęły się choroby, z którymi walczyła wcześniej siłą woli. (...) Basia załamała się zupełnie. Zachorowała na płuca, wykryto raka”. Zmarła 1 października 1986 roku. Została pochowana w jednym grobie razem z synem.

WP

Dopiero po upadku systemu komunistycznego, w roku 1990, niesłusznie oskarżeni o śmierć Grzegorza Przemyka zostali oczyszczeni z zarzutów. Wznowiono za to postępowania wobec funkcjonariuszy milicji – Arkadiusza Denkiewicza i Ireneusza Kościuka oraz płk. Kazimierza Otłowskiego. Jak pisze Antoni Zambrowski, obserwator procesów w sprawie śmierci Przemyka, "nie wiadomo dlaczego prokuratura ograniczyła się jedynie do oskarżania tych trzech osób wybranych ze znacznie liczniejszego grona uwikłanych w ten mord”. W 1997 roku Denkiewicza skazano na 4 lata, jednak karę obniżono o połowę na mocy amnestii, w więzieniu nie spędził on jednak nawet dnia, wg psychiatrów zmiany w psychice uniemożliwiały mu odbycie kary (to on kazał bić bez pozostawienia śladów). Otłowskiego skazano na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata (za mataczenie i udział w próbie zniszczenia akt operacyjnych), Kościuka zaś uniewinniono (z braku dostatecznych dowodów).

W sumie Ireneusza Kościuka sądzono kilkakrotnie – cztery razy był uniewinniany, jednak sądy wyższej instancji odsyłały sprawę do ponownego rozpatrzenia. W maju 2008 roku Sąd Odwoławczy nie miał wątpliwości, iż Kościuk był jednym z trzech oprawców Grzegorza Przemyka – skazano go na 8 lat, jednak Sąd Apelacyjny przychylił się do wniosku obrony, wnoszącej o umorzenie sprawy, która właśnie uległa przedawnieniu. Nic też nie dał wniosek ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego (w lutym 2010) o kasację tego ostatniego wyroku. Sąd Najwyższy oddalił wniosek ministra jako bezzasadny. Sąd Najwyższy przyznał jednocześnie, iż ta sprawa jest porażką polskiego wymiaru sprawiedliwości, że matactwa milicji i służb bezpieczeństwa były tak misternie przygotowane, że nawet po latach okazały się skuteczne.

Sprawcy śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka wciąż przebywają na wolności. Dziś, w 29. rocznicę jego aresztowania i pobicia, na budynku przy ulicy Jezuickiej 1/3 w obecności Leopolda Przemyka (ojca Grzegorza), Michała Wysockiego (kierowcy karetki) oraz Hanny Gronkiewicz-Waltz (prezydent Warszawy) zostanie odsłonięta tablica upamiętniająca tamte wydarzenia.

Marta Tychmanowicz specjalnie dla Wirtualnej Polski

WP
Polub WP Wiadomości
WP
WP