Nie ma nic gorszego niż śmieszność. Dramat Polski 2050 [OPINIA]
Awaria systemów - niezależnie od jej przyczyny - to niestety symboliczne ukazanie sytuacji Polski 2050. Złośliwość rzeczy martwych uświadamia dramat formacji, która miała być inna niż wszystkie, a kończy jak wszystkie. A nawet gorzej - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Polska 2050 i sam Szymon Hołownia byli, nie ma co ukrywać, świeżym powiewem w polskiej polityce. Hołownia wniósł medialny sznyt i sztukę słowa, a jego ludzie autentyczny, absolutnie niepartyjny entuzjazm. Szkopuł w tym, że - parafrazując Leszka Millera - partię poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy (a przynajmniej przechodzi przez poważny kryzys).
I niestety w momencie kryzysu (a w zasadzie, można tak przypuszczać, rozłożonego na kolejne kroki końca) Polska 2050 funkcjonuje jak partia najgorzej pomyślana i zaplanowana. A przypadkowe wydarzenia, takie jak awaria systemów, dodatkowo ją ośmieszają. W polityce nie ma nic gorszego niż właśnie śmieszność. Ostra, a nawet bardzo ostra kampania wyborcza, która kończy się brakiem wyboru z przyczyn technicznych, to niestety - nawet jeśli całkowicie przypadkowe - sugestia, że partia się sypie.
To symboliczne wydarzenie potwierdza tylko to, co widać już od jakiegoś czasu. Politycy Polski 2050 publicznie zapewniają wprawdzie, że przed partią dynamiczna przyszłość, ale prywatnie przyznają, że jest źle (lub) bardzo źle, a ich prywatne opinie potwierdzają wyniki sondażowe, które odbierają partii jakiekolwiek szanse na wejście do przyszłego parlamentu.
Politycy KO, PSL i Lewicy przyznają zaś, że choć nikt oficjalnie tego nie potwierdzi, bo istnieje nieformalna umowa o nieprzeciąganiu na swoją stronę polityków formacji koalicyjnych, to trwają liczne, nieformalne rozmowy z posłami Polski 2050, którzy wyrażają chęć zmiany barw klubowych.
Rozmowy mogą nabrać tempa po wyborach na nową przewodniczącą, bo niezależnie od tego, kto je wygra, napięcia i podziały w organizacji są na tyle silne, że może dojść do rozłamu lub odejść niektórych z członków.
I na to, nie ma co ukrywać, liczą więksi gracze. Jedni chcą się nimi posilić i wykorzystać przy kolejnych wyborach, inni liczą na to, że wraz z nimi stworzą jakąś nową wersję Trzeciej Drogi, która stanie się wehikułem wyborczym, a jeszcze inni - w tym wiele wskazuje, że sam premier Donald Tusk - że uda się po zebraniu odpowiedniej większości w jakiejś nowej, tymczasowej formacji - zachować także większość parlamentarną, ale bez potrzeby zaspokajania postulatów większej, samodzielnej grupy. Łatwiej - i wie to każdy gracz w Polsce - opędzić postulaty niewielkich, tymczasowych formacji niż bardziej stabilnych partii.
Oczywiście świadomość tego mają także politycy Polski 2050, którzy z pewnością śledzili losy polityków Porozumienia Jarosława Gowina. Ich problemem jest jednak to, że wielu z nich nie bardzo widzi inną, niż zmianę barw (lub odejście z polityki) przyszłość w polityce. I dotyczy to nawet liderów, którzy - gdy wyłączy się nagranie - mówią wprost o masie upadłościowej, a nie o dynamicznej partii.
I nie, to wcale nie jest tak - co sugerował w długim liście skierowanym do głosujących w drugiej turze Szymon Hołownia, że za wszystko odpowiadają media.
"Rozumiem, że nie wszyscy jesteśmy jeszcze impregnowani na ataki, kłamstwa, pogardę i manipulacje - w ich ocenie - 'wspierających' K15X mediów. To, że próbują nas zniszczyć sojusznicy, a nie przeciwnicy, nie oznacza przecież jeszcze, że mają rację" - napisał Hołownia do członków partii.
I choć jest oczywiście prawdą, że Polska 2050 znajdowała się pod ostrym naciskiem medialnym, że część z komentatorów i dziennikarzy nawet nie ukrywała, że uznaje tę formację za ciężar i za przeszkodę w swobodnej realizacji politycznych planów premiera Tuska, to nie sposób nie dostrzec, że to nie media są głównym problemem partii.
Jej liderzy popełnili na drodze rozwoju masę błędów politycznych, wielokrotnie dali się wyprowadzić w pole przez bardziej doświadczonych graczy i wreszcie nie wykorzystali szans, które były przed nimi postawione. Zamiast więc szukać winnych w mediach, warto poszukać ich w sobie, wewnątrz własnej partii.
I jako dziennikarz i komentator, żeby ułatwić politykom zadanie, wskażę podstawowy błąd, który pogrążył Polskę 2050. Otóż wiele wskazuje na to, że Hołownia i jego współpracownicy uznali, że ich formacji nie czeka los wszystkich innych ugrupowań, że ich nie dotknie walka o władzę, że oni - za sprawą własnych deklaracji - nie będą musieli zmierzyć się z całą brzydotą polityki, że oni owszem będą produkować polityczną kiełbasę, ale nie będzie się z tym wiązać to wszystko, co związane jest z innymi partiami.
Skąd taki wniosek? Odpowiedź jest prosta: z analizy listu Hołowni. Odchodzący lider Polski 2050 ubolewa w nim, że wybory na nowego przywódcę wywołały w politykach najgorsze emocje.
"Ta kampania wyborcza, stwierdzam to ze smutkiem, zamiast zbudować, wyniszczyła naszą partię. Obudziła w nas, i niech to będzie lekcją dla nas, demony. Wspaniali działacze zmieniali się w ziejących nienawiścią agitatorów tej czy innej strony. W odezwie do kandydatów pisałem parę dni temu: uważajcie, żebyście nie popełnili zbrodni, a tym właśnie będzie zrobienie z dobrych ludzi, ludzi złych" - pisał wicemarszałek Sejmu Hołownia.
Tyle, że te zjawiska, o których napisał Hołownia, są czymś zupełnie oczywistym. Władza - nawet nad niedużą formację - wywołuje emocje, a ludzie są zdolni do strasznych rzeczy, byle ją otrzymać. To elementarz polityki i jeśli ktoś uznaje, że to demony, a nie norma, to znaczy, że nie zna się na polityce.
Warto też uświadomić Hołowni, że to nie demony, a on sam wywołał taką, a nie inną sytuację w partii. Dlaczego? Bo tam, gdzie odchodzi lider, który partię zakładał, gdzie znika oczywisty przywódca, tam musi pojawić się walka i spór. A im silniejsze i istotniejsze były ideały, które coś tworzyły, tym mocniejsze są później emocje tych, którzy chcą być ich realizatorami.
W każdej partii spokój jest możliwy tylko wtedy, gdy na jej czele stoi na tyle silny przywódca, który jasno wskazuje, kto w niej rządzi. Samiec alfa (niezależnie od płci) jest jedynym gwarantem względnego spokoju. Tam, gdzie go zaczyna brakować, tam pojawia się naturalna walka o przywództwo. Ideały, zasady, źródła partii nie wpływają na tę dość oczywistą sytuację.
I to właśnie dzieje się obecnie w Polsce 2050. A politycy innych partii - co też nie zaskakuje - uważnie przyglądają się wydarzeniom i czekają na moment, gdy - z największym potencjalnym zyskiem i najmniejszymi stratami - będą mogli rozebrać Polskę 2050. I wiele wskazuje na to, że stanie się to raczej szybciej niż wolniej.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".