WAŻNE
TERAZ

Oto "11" na dziś? Jedna niewiadoma w składzie

Grzegorz Wrona © PAP | Paweł Supernak

Jak rząd nie chroni dzieci przed przemocą. "Czasami jestem bezradny"

Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy

Służby otrzymały zgłoszenie o głodzonym psie. Policjanci zastali w domu tak złe warunki, że od razu go zabrali, bo było tam zbyt niebezpiecznie. W tych samych warunkach było 11-miesięczne dziecko. Zostawili je, bo zgłoszenie go nie obejmowało. Zmarło po dwóch miesiącach - mówi mec. Grzegorz Wrona. Szef "Zespołu ds. analizy zdarzeń, na skutek których małoletni poniósł śmierć lub doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu" ma rozwiązania, ale to wymaga współpracy wielu ministerstw, a tej brak.

  • Przewodniczący zespołu ds. analizy śmierci dzieci, mec. Grzegorz Wrona, alarmuje, że mimo wprowadzenia "ustawy Kamilka", państwo wciąż nie potrafi skutecznie chronić najmłodszych przed przemocą.
  • Polska nie posiada precyzyjnych statystyk dotyczących liczby dzieci ginących z rąk opiekunów; instytucje (policja, prokuratura) nie zawsze przekazują informacje o tragicznych zdarzeniach do analizy.
  • Ekspert wskazuje, że połowie tragedii można by zapobiec, gdyby służby reagowały na sygnały zaniedbania, a nie tylko na widoczne ślady pobicia.
  • Zespół proponuje wprowadzenie sztywnych procedur (list kontrolnych) dla służb, które wymuszałyby interwencję wobec dziecka nawet wtedy, gdy zgłoszenie dotyczyło np. tylko głodzonego zwierzęcia.

3 kwietnia 2023 roku. Do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka zostaje przywieziony 8-letni Kamilek. Chłopiec ma poważne obrażenia ciała. Przez następne 35 dni Polska śledzi walkę lekarzy o życie dziecka. Do opinii publicznej przedostają się też kolejne dramatyczne fakty z jego życia. Kamilek był wiele lat maltretowany. Z ustaleń prokuratury wynikało, że w ostatnich tygodniach ojczym polewał go wrzątkiem i kładł na rozgrzanym piecu węglowym. Chłopiec umiera 8 maja 2023 roku.

Jego śmierć doprowadziła do ogólnopolskiej dyskusji o tym, co nie zadziałało i co można było zrobić, żeby nie doszło do tragedii. Pojawiły się propozycje zmian w prawie, zbiorczo nazwane "ustawą Kamilka". Znowelizowano kodeks rodzinny, stworzono regulacje dotyczące standardów ochrony małoletnich.

Kamilek zmarł w szpitalu. Ekspert o tym, co zawiodło

Na fali wydarzeń z 2023 roku zaplanowano powołanie zespołu, który zajmie się analizowaniem zbrodni popełnianych na dzieciach. Miał to być odpowiednik brytyjskiego serious case review, czyli mechanizmu działającego na Wyspach od kilkudziesięciu lat. Eksperci z różnych dziedzin szczegółowo analizują przypadki śmierci konkretnych dzieci. Oceniają, co nie zadziałało i na tej podstawie proponują konkretne rozwiązania.

W kwietniu 2024 roku w Polsce powołany został "Zespół do spraw analizy zdarzeń, na skutek których małoletni poniósł śmierć lub doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu". Jego przewodniczącym został adwokat Grzegorz Wrona, a pierwszą sprawą, którą zespół analizował, była właśnie śmierć Kamilka.

Michał Janczura, Magda Mieśnik, Wirtualna Polska: Od dwóch lat mamy "ustawę Kamilka". Kierowany przez pana zespół też wkrótce będzie obchodził drugą rocznicę działalności. Czy liczba dzieci, które giną z powodu przemocy domowej, spada?

Mec. Grzegorz Wrona: Tak, ale to jest przypadek, a nie czyjakolwiek zasługa. W ciągu ostatnich czterech miesięcy wpłynęło do nas mniej spraw niż zazwyczaj. Nie wiem jednak, z jakiego powodu. Na pewno nie jest to związane z działalnością zespołu czy działaniami systemowymi.

Zespół miał zbierać dane, ile dzieci ginie z rąk rodziców i opiekunów. Udało się to ustalić?

Nadal nie potrafimy wskazać precyzyjnej liczby takich przypadków.

Dlaczego nie macie tych danych?

Przede wszystkim nadal nie wiadomo, jakie dokładnie dane mamy gromadzić. Ustawa o ochronie małoletnich mówi o przypadkach umyślnego spowodowania śmierci albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Jeśli ktoś bije dziecko i doprowadza do jego śmierci, to nie ma wątpliwości, że ten przypadek powinien do nas trafić. Ale czy mamy też liczyć przypadki zabójstw od razu po porodzie? Albo samobójstw dzieci, do których ktoś doprowadził? Nie jest to określone.

Po drugie, nie wszystkie sprawy są nam zgłaszane. Powinny wpływać od policji i prokuratury oraz innych podmiotów, które mają wiedzę o śmierci dziecka, ale z niewiadomej przyczyny nie wszystkie trafiają. Niedawno było głośno o funkcjonariuszu SOP, który miał zabić swoje dziecko. Nikt nam nie przekazał informacji na ten temat.

W czasie posiedzenia sejmowej komisji ds. dzieci i młodzieży mówił pan, że w pewnym momencie prokuratura przestała przysyłać panu te informacje.

Rzeczywiście, przez pewien czas była cisza. Nie wiem, z jakiego powodu. Może prokurator potrzebuje więcej czasu na zebranie materiału dowodowego? Teraz znów sprawy do nas wpływają. Czasem przychodzą trzy dziennie, a potem kilka tygodni jest cisza.

Skoro nie wiadomo, jaka jest realna skala przemocy wobec dzieci, to może nam pan powiedzieć, ile zgłoszeń pan otrzymał?

W ciągu 20 miesięcy około 130. To bardzo dużo.

Ile z tych przypadków dotyczy śmierci dziecka?

60-70.

Wróćmy do pierwszego pytania. Po śmierci Kamilka przyjęto przepisy, które miały lepiej chronić dzieci, a nie chronią. Przepisy nie działają, są złe?

Nadal robimy w tej kwestii za mało. Trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego te dzieci umierają? Przede wszystkim z powodu zaniedbania. To działanie rozciągnięte w czasie, często na lata.

Czyli tym tragediom dało się zapobiec?

Co najmniej połowie. Można zaobserwować symptomy zaniedbania. Gdy dziecko krwawi, to raczej nikt nie ma wątpliwości, że jest krzywdzone. Ale gdy rodzic nie chodzi z dzieckiem na wizyty kontrolne do lekarza, nie wykupuje zapisanych leków, nie podaje ich, gdy dziecko jest chore, to mamy do czynienia z zaniedbaniem. Tyle że nie zrobimy nagle z pracowników socjalnych, kuratorów, pielęgniarek, speców od rozpoznawania symptomów wszystkich odmian przemocy.

To jak to rozwiązać, by można było zapobiegać śmierci dzieci?

Pokazaliśmy to w trzecim raporcie naszego zespołu. Służby otrzymały zgłoszenie o głodzonym psie. Na miejsce pojechała policja z fundacją zajmującą się pomocą zwierzętom. W domu zastali tak złe warunki, że od razu zabrali psa. Uznali, że jest tam dla niego zbyt niebezpiecznie. Było tam też 11-miesięczne dziecko. W tych samych warunkach. I je tam zostawili. Dziecko po dwóch miesiącach zmarło. Interweniowali w sprawie psa, zgłoszenie nie dotyczyło dziecka, więc je zostawili.

Co zrobić, żeby to się nie powtórzyło?

Nieważne, kto wchodzi do mieszkania: policjant, kurator, pielęgniarka środowiskowa, pracownik socjalny. Każda z tych osób ma mieć checklistę, co ma sprawdzić. Czyli jak policja przyjeżdża w sprawie psa, ale widzi, że warunki są złe i jest tam dziecko, to ma też zająć się dzieckiem. Funkcjonariusz ma wyjąć checklistę i odpowiedzieć na kilka pytań o warunki w domu i stanie dziecka.

W najbliższym czasie opublikujemy czwarty raport. Opiszemy w nim inny przypadek. Ośrodek pomocy społecznej otrzymał e-mail, że rodzice głodzą córkę. Pracownicy socjalni szybko pojechali na miejsce. Gdy weszli do mieszkania, matka akurat karmiła dziecko zupą. Uznali, że wszystko jest w porządku. Dziewczynka wkrótce zmarła.

Proponuje pan mechanizm, który sprawi, że ci urzędnicy nie będą mogli powiedzieć: my tego nie zauważyliśmy?

Proponuję listę, która da jasną odpowiedź. Chodzi o to, by nikt nie zastanawiał się: zabrać dziecko, czy nie.

Kto powinien ją wdrożyć?

Za przemoc domową odpowiada kancelaria premiera. Tyle że od lipca 2025 r. nie ma w rządzie ministra ds. równości.

To stanowisko zostało zlikwidowane w ramach odchudzania administracji. Teraz tym tematem zajmuje się Katarzyna Kotula, ale już nie w randze ministra.

Owszem, obecnie ma status Pełnomocniczki Rządu, a zatem jej ranga została obniżona, a tym samym ranga przeciwdziałania przemocy domowej jako zadania państwa została obniżona. Nie jest członkiem Rady Ministrów. W Radzie Ministrów nikt nie jest odpowiedzialny za przeciwdziałanie przemocy domowej. Nie ma więc kogoś, kto odpowiadałby za obieg dokumentów, proces legislacyjny, weryfikowanie, czy nasze zalecenia są wdrażane. Przykro mi to mówić, ale to jest wyraz niedostrzeżenia rangi problemu przez państwo.

Do kogo więc pan idzie z zaleceniami po opublikowaniu kolejnych raportów, żeby zostały wdrożone?

Zawsze wskazujemy ministerstwo, którego dotyczą proponowane zmiany. Tyle że nasz zespół nie ma umocowania prawnego, by sprawdzać, jak i kto je wdraża. Szefowa sejmowej komisji ds. dzieci i młodzieży zapytała niedawno w oficjalnym dezyderacie Radę Ministrów, jak wygląda realizacja zaleceń naszego zespołu. Na razie odpowiedź nie została opublikowana.

A z pana punktu widzenia jak wygląda ich realizacja?

Nie da się takimi sprawami zajmować raz na miesiąc. Wśród naszych zaleceń jest cyfryzacja Niebieskich Kart. Trzeba połączyć 14 systemów informatycznych policji, prokuratury, pomocy społecznej, by wszyscy mieli dane na temat danej rodziny i mogli śledzić jej losy. To zadanie dla wielu osób, a nie z doskoku.

Co zostało zrealizowane z ogólnokrajowych zaleceń pana zespołu?

Minister zdrowia wprowadziła do wykazu świadczeń zdrowotnych udział przedstawicieli referencyjnych ośrodków zdrowia w zespołach interdyscyplinarnych, które działają na poziomie lokalnym.

To chyba nie jest bardzo paląca kwestia związana z krzywdzeniem dzieci.

Chodzi o przepływ informacji. Dzięki temu do zespołu interdyscyplinarnego, który omawia konkretny przypadek przemocy, dołączył lekarz ze szpitala psychiatrycznego, który na przykład ma dokumentację na temat ewentualnych chorób rodziców. Jeśli lekarze zaangażowaliby się w pracę zespołów na poziomie gminy, to byłoby wspaniale.

Pan nie wie, czy to działa?

Tak jak mówiłem, nie mam umocowania prawnego do weryfikowania, kto, czy i ewentualnie jak wprowadza zalecenia. Wierzę, że minister zdrowia to zrobiła. Tylko czy to coś zmienia? Mam taką zasadę, że stawiam się w pozycji np. 8-letniego dziecka. Czy ten psychiatra w lokalnym zespole coś zmieni w mojej aktualnej sytuacji? Czy dzięki temu dzieci są bezpieczniejsze?

Są?

Nie.

Mówimy dużo o potrzebie zmiany przepisów. Praca pana zespołu polega na tym, by je proponować, ale jak zmienić mentalność ludzi, którzy codziennie wchodzą do domów, gdzie jest przemoc, poranione dzieci i wychodzą stamtąd, niczego nie zgłaszając?

Przygotowujemy te raporty, wydajemy zalecenia, a dzień później przychodzi do mnie zgłoszenie, że kurator był w mieszkaniu, gdzie było dziecko z bardzo poparzoną twarzą. I co? Mówi matce, żeby poszła z dzieckiem do lekarza i wychodzi.

A co powinien zrobić?

Zabrać je natychmiast z tego domu. Co jeszcze musi się stać temu dziecku, żeby podjąć interwencję? O ile mocniej musi być poranione? Momentami jestem bezradny.

Jak to zmienić?

Gdyby kurator miał checklistę, o której wspominałem, nie mógłby wyjść z tego domu bez dziecka. Po czwartym pytaniu miałby informację: dzwoń po pogotowie. Nie może być pola do interpretacji. Mamy w Polsce siedem milionów dzieci. W procedurze Niebieskich Kart po wejściu w życie standardów ochrony małoletnich liczba dzieci ujawnionych jako doznających przemocy wzrosła dwukrotnie. Do 70 tysięcy. To oznacza, że jeden procent dzieci w Polsce pada ofiarą przemocy.

Niemożliwe.

Czyli 99 proc. dzieci nie doznaje w Polsce przemocy. To po co my się tym w ogóle zajmujemy? Zajmujemy się tym, bo te dane wcale nie oddają skali problemu. Z raportu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że co trzecie jest krzywdzone w domu, czyli 2,3 mln. A już przy tych 70 tysiącach system jest zatkany. Czy państwo jest zainteresowane tym, by tę przemoc rozpoznawać lepiej?

Czy pan sugeruje, że Polska tuszuje skalę przemocy wobec dzieci?

Nie. Nikt nie musi tego robić.

Może nikt nie chce ujawnienia jej skali?

Tyle że nawet jej nie zna.

Może nie chce poznać?

Nie wiem.

Mec. Grzegorz Wrona o nowelizacji Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej:

Pierwszy raport pana zespołu dotyczył sprawy Kamilka. Prokuratura nie przekazała panu nawet akt. To nie jest tuszowanie, uniemożliwianie wam działania?

Nie mogę ujawnić, kogo dokładnie dotyczył ten raport. Przepisy mi zabraniają. Ale takie działanie prokuratury więcej się nie powtórzyło. Obecnie nie mam z tym problemu. Nie szukałbym teorii spiskowych. Państwo nie ukrywa tych danych. Po prostu ich nie ma.

I niewiele robi, by je mieć.

Nie gromadzi się danych dotyczących śmierci dzieci, ogólnie przemocy domowej, zabójstw kobiet czy zabójstw suicydalnych, w których sprawca najpierw zabija jedną lub więcej osób, a następnie popełnia samobójstwo. A skoro się ich nie gromadzi, to najwidoczniej nie uważa się, że jest to ważne.

Sam pan mówił, że prokuratura nie wysyłała wam przez pewien czas danych. Może ktoś tego nie robi, bo okaże się, że w Polsce w domach ginie bardzo dużo dzieci?

To na pewno nie jest powód.

Nie zastanawia pana, dlaczego nikt nie jest w stanie precyzyjnie powiedzieć, ile tych dzieci ginie?

Na pewno nie jest to decyzja, by celowo tego nie robić. Z drugiej strony, nie potrzebujemy precyzyjnych danych, by zajmować się problemem przemocy.

Ale sam pan je zbierał. Wycinał pan z gazet doniesienia opisujące pobite czy zakatowane dzieci.

Tak było. Przecież my nawet nie mamy sprawozdania z realizacji procedury Niebieskich Kart za rok 2024.

A mamy już marzec 2026.

Dlatego usiadłem i sam jako prywatna osoba wysłałem do wszystkich wojewodów ePUAP-em wnioski o udostępnienie informacji publicznej dotyczącej Niebieskich Kart. I tylko dlatego takie dane mam, ale to państwo powinno przygotowywać je na bieżąco.

Pana zespół przygotowuje zalecenia ogólnokrajowe, ale i lokalne. Tam też jest problem z ich wdrażaniem?

Tu są zadziwiająco dobre reakcje. Nie było przypadku, by ktoś polemizował, odmówił wdrożenia zaleceń. Na poziomie lokalnym przynosi to efekt. Przynajmniej krótkoterminowy. Jak zalecamy superwizje dla pracowników socjalnych, to wprowadzają. Jak nie ma asystentów rodziny, to po naszej rekomendacji zatrudniają.

Boją się was?

Albo pozorują zmianę.

Czy ktoś to później weryfikuje?

Nie wiem.

W pracy zespół wspomaga ekspert z Wielkiej Brytanii. Tamtejszy system ochrony dzieci opiera się na działaniu na poziomie lokalnym, a my mamy tylko jeden zespół na cały kraj.

Tak. Realnie jesteśmy w stanie zrobić 10 analiz w ciągu czterech lat działalności. Ale to musi doprowadzić do tych lokalnych analiz. W naszym nowym raporcie i kolejnych mówimy konkretnym miastom - proszę zrobić lokalną analizę, by wiedzieć, co u was nie działa. Początkowo wpisywaliśmy też bardzo dużo zaleceń ogólnokrajowych. Ekspert brytyjski wytłumaczył nam, że to nie zadziała. Zamiast 17-18 zaleceń, powinny być maksymalnie trzy, bo nikt tylu zmian na raz nie wdroży.

Pewnie nie zna polskich realiów, gdzie na każdym poziomie coś nie działa.

Oczywiście. Gdybyśmy mieli dawać po trzy zalecenia, to byśmy to robili do 2040 roku. Za dużo rzeczy trzeba zmienić, żeby to pomijać.

Co konkretnie z waszej pracy wyniknęło przez te 20 miesięcy dotychczasowej działalności?

Proponujemy cztery główne elementy, które muszą zostać zmienione na szczeblu centralnym. Po pierwsze, cyfrowa Niebieska Karta, która umożliwi śledzenie losów dziecka. Chodzi o to, by urzędnicy mieli wiedzę, czy w poprzednim miejscu zamieszkania były podejmowane jakieś działania wobec rodziny. Z tego wynika kolejna rzecz - przepływ informacji między ochroną zdrowia a pomocą społeczną.

Szpital gromadzi dane na temat na przykład choroby psychicznej rodzica i przekazuje je do pomocy społecznej. Bo to jeden z czynników ryzyka przemocy w rodzinie. Między urodzeniem dziecka a momentem, gdy trafi do systemu, jest dziura. Dlatego postulujemy uzupełnienie systemu Niebieskich Kart o żłobki. Przecież opiekunki na co dzień widzą dzieci. Nie przeoczą dziecka ciągle odparzonego, niedożywionego, z siniakami. Żłobki od razu to wiedzą.

I co z tym robią?

Nic. Z niewiadomych przyczyn nie zostały objęte systemem Niebieskich Kart. Chcemy to zmienić. Kolejna rzecz – skupienie się na przemocy fizycznej i alkoholu oraz brak umiejętności rozpoznawania przemocy. Pracownik socjalny nie jest od tego ekspertem, dlatego musi mieć dane z systemu ochrony zdrowia, by sprawdzić, czy rodzice przypadkiem nie zaniedbują dziecka. Mamy standardy ochrony małoletnich. W każdej szkole, szpitalu, przychodni ma być osoba, która odpowiada za rozpoznawanie i zgłaszanie przypadków przemocy.

Tylko że to nie działa.

Niestety. Nasz zespół wykazał, że pracownicy szpitala nawet nie wiedzą, że w ich placówce jest osoba odpowiedzialna za zgłaszanie przypadków przemocy wobec dzieci. Jak te standardy mają działać, skoro personel pewnie podpisał, że się z nimi zapoznał, ale ich nie zna. I pytanie, czy tą osobą jest dyrektor szpitala, czy faktycznie osoba, która się na tym zna.

Co wynika z waszych obserwacji?

Że to jest fikcja. Placówki mają obowiązek prowadzić rejestr zdarzeń dotyczących przemocy wobec dzieci. Jeśli on jest pusty, to jest jasne, że to nie działa. To niemożliwe, by przez dwa lata nie było ani jednego przypadku krzywdzonego dziecka. A pewnie w większości przypadków tak jest.

Dostaje pan kolejne zgłoszenia z opisem krzywdy, śmierci dzieci. Są jeszcze rzeczy, które pana poruszają?

Początkowo zastanawiałem się, jak to udźwignę emocjonalnie. Kilka razy w miesiącu odbieram SMS-y z policji. Jestem jednak kryminologiem. Wiem, że takie historie się zdarzają. Bardziej obciąża mnie cisza wokół tego. Ginie kolejne dziecko. I nic. Koniec tematu. Nie wiem, co by się miało stać temu dziecku, żeby wreszcie coś się zmieniło? Może jest tego za dużo i ludzie zobojętnieli? Pojawiła się sprawa Kamila. Zmieniono przepisy. Wszyscy mówili: oby się nie powtórzyła. I co? Ciągle się powtarza. Czyli system nadal nie działa.

Po tych kilku raportach ma pan już pełny katalog zmian, które trzeba wprowadzić, by lepiej chronić dzieci?

Po 10 raportach będziemy mieć pełny obraz. Problem polega na tym, że nie możemy w raportach ujawniać, kogo one dotyczą. Niektóre sprawy są powszechnie znane, a ja nie mogę o tym mówić. A gdy ludzie czytają raport i nie wiedzą, czego dotyczyła sprawa, to trudno im wytłumaczyć, dlaczego akurat takie zmiany trzeba wdrożyć.

Dlaczego nie może pan tego ujawnić? W Wielkiej Brytanii nie ma takiego problemu.

Prawo mi zakazuje.

Może to błąd, że te sprawy nie mają twarzy dzieci, których dotyczą?

Rozumiem, dlaczego ustawodawca chce chronić te dane. Te dzieci mają rodzeństwo, które chodzi do szkoły, jest rodzina, która nie zawiniła.

Ale lokalnie i tak wszyscy wiedzą, o kogo chodzi.

Tak na pewno jest. Dzięki wsparciu brytyjskiego eksperta wpadliśmy na pomysł, by w zaleceniach dopisać krótkie uzasadnienie i tam nie podając imienia, nazwiska i miejscowości, będziemy pisać, o co mniej więcej chodzi.

Jak dobieracie sprawy?

Różnorodnie, by nie powtarzać tego, co już analizowaliśmy. Raz oceniamy Niebieską Kartę, innym razem służbę zdrowia, policję, sąd czy szkołę.

Zawsze coś nie działa?

Będziemy opisywać dwie sprawy, w których były wszystkie elementy systemu, ale i tak coś nie zadziałało.

Czyli są sprawy, w których nie dało się przeciwdziałać krzywdzie dziecka?

Tak.

Dlaczego?

(cisza).

Czy jest obszar – pracownicy socjalni, szkoła, sąd, który wymaga najwięcej uwagi, naprawy?

Są obszary, które powinny wiedzieć najwięcej o krzywdzeniu dziecka, bo mają szanse to stwierdzić. To ochrona zdrowia i oświata. Nie da się nie chodzić do lekarza. A jak się nie chodzi, to również to musi być w systemie. Lekarze, pielęgniarki mają do czynienia z całym przekrojem społeczeństwa. Oświata też.

Jak to się przekłada na liczbę zgłoszeń przypadków przemocy wobec dzieci z tych obszarów?

Jest taka akcja "Lekarzu, reaguj na przemoc". Na konferencji prasowej przedstawiciel NFZ poinformował, że przeprowadzono badanie wśród jednostek zatrudniających lekarzy pierwszego kontaktu. Zadano im pytanie, czy w ciągu ostatnich 12 miesięcy mieli kontakt z dzieckiem krzywdzonym? 30 proc. odpowiedziało, że tak. To gdzie są te dzieci? Gdzie są zgłoszenia?

Jakie są wasze zalecenia dla służby zdrowia?

Raport drugi dotyczy styku szpital-pomoc społeczna. Chodzi o sposób zbierania wywiadu. Nie wystarczy zapytać kobiety w ciąży, czy leczy się psychiatrycznie lub zażywa leki. Trzeba to sprawdzić u źródła, a następnie te informacje przekazać pomocy społecznej. Bo jeśli kobieta w ciąży leczy się psychiatrycznie, to już jest znak dla pracownika socjalnego, by ją monitorować.

Pana zespół przygotowuje raport, wpisuje zalecenia. I co dalej?

My analizujemy sprawę i przygotowujemy raport. Następnie drugi zespół - do spraw ochrony małoletnich, powinien się zająć wdrażaniem naszych zaleceń. W jego skład wchodzą między innymi przedstawiciele poszczególnych ministerstw.

Ten zespół działa?

Sprawdźcie. Nie jestem w tym zespole.

Ale chyba wie pan, czy zalecenia, jakie wydaje pana zespół, są wdrażane?

Nie wiem tego. Choć dobrze współpracuje nam się z szefową sejmowej komisji ds. dzieci i młodzieży, ale to nie jej rolą jest pilnowanie, czy i kto wdraża nasze zalecenia.

Po niemal dwóch latach pracy zespołu niewiele się więc realnie zmieniło.

Nie wierzę, że zespół w cztery lata zmieni skalę przemocy wobec dzieci. Zauważcie, że wszystko, co robimy, jest skierowane nie do tych, co zabijają dzieci, tylko do tych, którzy mogliby zauważyć symptomy przemocy. Nie mamy ambicji, by wynaleźć coś, co zlikwiduje przemoc wobec dzieci. Mi zależy na tym, by doprowadzić do profesjonalizacji identyfikowania przemocy i reagowania na nią.

Obecnie to adres decyduje o tym, czy dziecko jest dobrze chronione, średnio, czy wcale. Pracownik socjalny w jednym mieście od razu zabierze dziecko z domu, a inny wyjdzie z mieszkania i nawet nie zanotuje, że dziecko było poparzone. Ludzie, nieważne, na jakim są stanowisku, nie kierują się definicją przemocy, a swoim wyobrażeniem na temat tego, co według nich jest przemocą. Jedna osoba uważa, że brak wykupienia i podania dziecku leków ujdzie, inny uważa, że to zaniedbanie, czyli przemoc. Nie byłoby takich różnic, gdyby wszyscy kierowali się definicją przemocy.

Ma pan w ogóle jakąś pozytywną informację?

Dzieje się trochę pozytywnych rzeczy, ale wciąż zdecydowanie za mało. Po wprowadzeniu standardów ochrony małoletnich wzrasta liczba zgłoszeń dotyczących krzywdzenia dzieci. Byłem ostatnio na konferencji. Usłyszałem, że przedstawiciele ochrony zdrowia założyli w 2023 roku 13 Niebieskich Kart w całym województwie, a teraz 23. Niby dwa razy więcej, ale oni dziennie powinni tyle założyć.

Z drugiej strony, mijają dwa lata od wprowadzenia standardów ochrony małoletnich. Każda placówka, w której obowiązują, powinna przygotować raport z listą przypadków przemocy wobec dzieci, jakie rozpoznała. Jestem pewien, że wiele tych list jest pustych. Przeciwdziałanie przemocy wobec dzieci nie jest w Polsce priorytetem.

Michał Janczura i Magda Mieśnik, dziennikarze Wirtualnej Polski

Najważniejsze teksty tygodnia. Śledztwa, które robią różnicę. Reportaże, które zostają w głowie. Wyraziste opinie. Najlepsze treści premium bez opłat w Twojej skrzynce.

Wybrane dla Ciebie
Akcja służb. "Wor w zakonie" zatrzymany w Warszawie
Akcja służb. "Wor w zakonie" zatrzymany w Warszawie
Trump "uspokaja" w sprawie cen paliw. "Myślałem, że wzrosną bardziej"
Trump "uspokaja" w sprawie cen paliw. "Myślałem, że wzrosną bardziej"
Poranek Wirtualnej Polski. Gościem programu Anna Maria Żukowska
Poranek Wirtualnej Polski. Gościem programu Anna Maria Żukowska
Prom do Gdyni wstrzymany. Około 200 pasażerów utknęło w Karlskronie
Prom do Gdyni wstrzymany. Około 200 pasażerów utknęło w Karlskronie
"Nasz kraj nigdy się nie poddaje". Oklaski dla Morawieckiego w USA
"Nasz kraj nigdy się nie poddaje". Oklaski dla Morawieckiego w USA
Michał Rachoń zatrzymany? Jest stanowisko policji
Michał Rachoń zatrzymany? Jest stanowisko policji
Trump blisko przełomu? Doradca mówi o końcu konfliktów
Trump blisko przełomu? Doradca mówi o końcu konfliktów
Liderzy Iranu błagają o pokój? Trump: "boją się o tym powiedzieć"
Liderzy Iranu błagają o pokój? Trump: "boją się o tym powiedzieć"
Seria izraelskich ataków. Niespokojna noc na Bliskim Wschodzie
Seria izraelskich ataków. Niespokojna noc na Bliskim Wschodzie
Działo się w nocy. USA usuwają dwa nazwiska z listy celów w Iranie
Działo się w nocy. USA usuwają dwa nazwiska z listy celów w Iranie
Dziwne nagrania na koncie Białego Domu. "Wkrótce start, prawda?"
Dziwne nagrania na koncie Białego Domu. "Wkrótce start, prawda?"
Nowy sondaż na Węgrzech. Widać wyraźny trend
Nowy sondaż na Węgrzech. Widać wyraźny trend