Piotruś nie może być tylko statystyką. "Niech ta śmierć nie pójdzie na marne"
- Do tej pory jest we mnie złość, że tej śmierci można było zapobiec. Zabrakło choćby jednej osoby, która by zareagowała na czas - mówi Joanna. Została "mamą", prawną opiekunką chłopca, który skatowany przez rodziców trafił do szpitala. Miał wtedy 11 tygodni. Odszedł niespełna trzy miesiące później. Sąd właśnie skazał jego ojca na 30 lat, matkę na półtora roku więzienia.
Joanna Krell stoi przed niewielkim kremowym nagrobkiem. O pionową płytę oparty jest wyrzeźbiony w kamieniu aniołek. Na tablicy imię "Piotruś", a niżej: "Przez chwilę w naszych ramionach. Całe życie w naszych sercach". To symboliczny grób chłopca, który był katowany w rodzinnym domu.
- Dobrze, że sąd dał maksymalny wymiar kary. Chciałam, żeby historia Piotrusia przyniosła coś dobrego. Zmianę w podejściu osób zajmujących się rodzinami, w których jest przemoc. By uważniej patrzyły i reagowały na czas. Już zawsze będę pamiętać ten dzień – Joanna wraca do wydarzeń sprzed dwóch lat.
Był początek marca 2024 r., gdy zadzwoniła dyrektorka Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Polkowicach:
- Asia, wiem, że masz dom pełny dzieci, ale na drugiej linii mam prokuratora. Jest pobity chłopiec. 11 tygodni. W śpiączce. Musimy wskazać opiekuna prawnego, żeby ktoś mógł podejmować decyzje w sprawie opieki i leczenia. Rodzice w areszcie...
- Wpisz mnie. Jak będzie trzeba, weźmiemy go do siebie - mówi Joanna. Razem z mężem Marianem prowadzi rodzinny dom dziecka w małej wsi niedaleko Głogowa.
26 proc. Polaków stosuje kary cielesne na dzieciach. To błąd!
Dwie godziny później mailem otrzymuje postanowienie sądu o ustanowieniu jej opiekunką prawną chłopca. Od razu jedzie do szpitala w Zielonej Górze. Chce zobaczyć dziecko. Ale nie tak szybko. Lekarz zatrzymuje ją i prowadzi do pokoju dla rodzin:
- Stan dziecka jest ciężki, ale stabilny. Badania wykazały, że mózg jest uszkodzony. Złamane żebro zdążyło się już zrosnąć.
- Nie ma jeszcze trzech miesięcy...
- Był bity. Być może nawet od urodzenia. Dzieci mają plastyczne mózgi. W jakimś stopniu mózg może się zregenerować, jakieś funkcje mogą powrócić - daje nadzieję lekarz.
Joanna chce zapytać, kiedy dziecko odzyska przytomność, ale się boi, więc milczy. W głowie sto pytań, podszytych nadzieją. Może się obudzi? Zacznie mówić? Nauczy się chodzić?
- Będzie dzieckiem leżącym - słyszy głos lekarza.
- Oby tylko żył.
Joanna idzie do sali chorych. Na szpitalnym łóżku maleńki chłopiec otoczony rurkami, kablami i monitorami. Kobieta dotyka go delikatnie. Przytula.
- Zobaczyłam go i od razu pomyślałam, że nie może dłużej nosić imienia po swoim kacie. Szybko złożyłam wniosek do sądu o zmianę. Wszyscy wokół byli tak poruszeni jego historią, że nawet lekarze i pielęgniarki zaczęli go nazywać nowym imieniem. Od tej pory to był Piotruś.
Bo za głośno płakał
Kilka dni wcześniej.
Rodzice zgłaszają się do szpitala w Głogowie z 11-tygodniowym chłopcem. Mówią, że zachłysnął się mlekiem. Lekarze badają dziecko. Wszystko w porządku. Rodzina wraca do domu. Chłopiec jednak bardzo płacze. Nie da się go uspokoić. Ojciec nie może tego słuchać. Uderza maleństwo w głowę. Gdy widzi, że nie oddycha, dzwoni po karetkę.
- Jadł kaszkę i nagle nie mógł oddychać - mówi ratownikom. Reanimacja trwa 30 minut. Gdy udaje się przywrócić funkcje życiowe dziecka, medycy wiozą je do szpitala. Badania wykazują złamanie obu kości ciemieniowych, liczne urazy mózgu, których część musiała powstać wcześniej, i obrzęk mózgu w wyniku urazu. To obrażenia charakterystyczne dla dziecka maltretowanego.
Lekarze wzywają policję. 5 marca rodzice chłopca - Monika M. i Marcin G. - zostają aresztowani. Matka nie przyznaje się do winy. W rozmowie ze śledczymi opowiada, że płacz dziecka bardzo denerwował męża. Dlatego kładła je twarzą do poduszki. Było zbyt małe, by samo mogło podnieść główkę. Podduszał je także ojciec.
Walka o każdy oddech
Piotruś cały czas jest nieprzytomny. Joanna i Marian codziennie odwiedzają go w szpitalu. Gdy lekarze odłączają respirator i zakładają rurkę tracheostomijną, wreszcie mogą go brać na ręce. Rurka, wprowadzona do gardła przez szyję, pomaga w oddychaniu z pominięciem górnych dróg oddechowych. Umożliwia odsysanie wydzieliny, której z powodu obrażeń mózgu chłopiec nie był w stanie odkrztuszać. Piotruś nie jest też w stanie przełykać, dlatego lekarze zakładają mu PEGa, który umożliwia podawanie jedzenia strzykawką bezpośrednio do żołądka przez powłoki brzucha.
- Wszyscy zdawali sobie sprawę ze stanu Piotrusia, tylko nie ja. Brałam go na ręce, tuliłam, całowałam. Chciałam, by czuł się wreszcie bezpiecznie, kochany. Na początku jego ciało było bardzo spięte, naprężone. Przy każdej okazji masowaliśmy go i tuliliśmy. To pomogło, ale też uświadomiło mi, jak bardzo jest chory. Przelewał się przez ręce. Nie mogłam się pogodzić z tym, że zrobili mu to rodzice - mówi Joanna.
Walka o życie Piotrusia trwa półtora miesiąca. - Może dożyje roku. Może nie. Nikt nie wie - słyszy Joanna od kolejnych specjalistów.
19 kwietnia 2024 r. Sąd Rejonowy w Głogowie przychyla się do wniosku o zmianę imienia chłopca, a lekarze dają zgodę na to, by opuścił szpital.
Jeden z pokoi w domu Joanny i Mariana został szybko odnowiony. Pod ścianą stanęło białe łóżeczko z pościelą w żyrafy. Obok na szafce równo ułożone nowe ubranka, pieluchy i pluszaki.
- To by wystarczyło, gdyby Piotruś był zdrowy. Poza typowymi akcesoriami dla niemowląt musieliśmy kupić materac przeciwodleżynowy, czujnik oddechu, ssak medyczny, aparat wspomagający oddychanie oraz ogromne ilości środków higienicznych potrzebnych do pielęgnacji - wymienia Joanna.
Lekarze przeszkolili ich, jak opiekować się chłopcem. Jak wstrzykiwać jedzenie bezpośrednio do brzucha. Kilkadziesiąt razy dziennie odciągać wydzielinę z dróg oddechowych. Monitorować parametry, by w razie nagłego pogorszenia szybko wezwać pomoc. Gdy zaczęły się napady padaczkowe, do pokoju Piotrusia wstawili kanapę i spali tam na zmianę. A raczej czuwali z krótkimi przerwami na sen.
- Napadów było dużo. Po nich był jednak spokojniejszy. Często brałam go wtedy na ręce i spacerowałam, a mąż chodził za nami, trzymając butlę z tlenem. Oddech cały czas był wspomagany – opisuje Joanna.
Chłopiec prawie nigdy nie był w pokoju sam. Dzięki temu, że jego łóżeczko było na kółkach, "jeździł" po niemal całym domu. - Nie po to wzięliśmy go do domu, żeby leżał samotnie w pokoju, tak jak na szpitalnej sali - mówi mama zastępcza.
Nie reanimować
Pierwsza w nocy. Joannę budzi chrapliwy oddech Piotrusia. Do rana stoi z mężem przy jego łóżeczku. Saturacja spada. Wydzieliny jest coraz więcej. Ssak pracuje bez przerwy. Trzeba wzywać pogotowie.
Do pokoju wchodzi ratownik medyczny.
- Bardzo panią przepraszam.
- Ale za co?
- To ja reanimowałem dziecko w jego domu - mówi mężczyzna. Czuje się winny, że nie był w stanie bardziej pomóc Piotrusiowi. - Wie pani, że on jest DNR?
DNR? Joanna zna ten termin. Wie, co oznacza. Ale czy naprawdę dotyczy Piotrusia? Patrzy w kartę leczenia. Rzeczywiście DNR. "Do Not Resuscitate", czyli "nie reanimować". Zdecydowali o tym lekarze ze szpitala, w którym przebywał Piotruś. Stan chłopca był na tyle zły, że uporczywa terapia tylko przedłużyłaby jego cierpienie. Zgodnie z Kodeksem Etyki Lekarskiej w stanach terminalnych lekarz nie ma obowiązku podejmowania i prowadzenia reanimacji lub uporczywej terapii.
- Poczułam się, jakby ktoś dał mi w twarz. Wtedy zrozumiałam, że stan Piotrusia jest nieodwracalny. Że to nie skończy się dobrze. Byłam wdzięczna temu ratownikowi. Wreszcie ktoś wprost powiedział mi prawdę. Wcześniej wszyscy podtrzymywali moją nadzieję. Ale dzięki temu miałam szansę, by prawdziwie go pokochać, by stworzyć dla niego rodzinę i bezpieczny dom - przyznaje Joanna.
Z powodu problemów z oddychaniem karetka zabiera chłopca do szpitala. Tam rozwija się zapalenie płuc. Saturacja spada. Piotruś słabnie.
Joanna i Marian krążą między domem i szpitalem. O 21:00 kończą kolację. Telefon.
- Przyjedźcie się pożegnać.
Towarzyszy im psycholożka z hospicjum. Joanna biegnie do łóżeczka chłopca. Bierze go na ręce. Tuli. Lekarze patrzą na parametry. Saturacja rośnie. Tętno się normuje. Stan chłopca się poprawia.
Joanna: - W ciągu tej nocy było kilka momentów załamania, ale za każdym razem przytulałam Piotrusia i stan się poprawiał. Chwilami jednak bardzo się męczył. Walczył o każdy oddech.
O trzeciej nad ranem ksiądz udziela chłopcu ostatniego namaszczenia. Wcześniej Joanna i Marian poprosili o chrzest. Próbowali ustalić, czy chłopiec wcześniej otrzymał sakrament, jeździli do jego rodzinnego miasta, ale nie znaleźli na ten temat żadnych informacji. Rano stan Piotrusia był na tyle dobry, że Joanna pojechała do domu.
O 16 znów telefon.
- Jest bardzo źle.
Joanna pędzi do szpitala. Trzyma Piotrusia w ramionach. Momentami monitor pokazuje płaską linię. Chłopiec jednak cały czas walczy. Późnym wieczorem kobieta wraca do domu. Lekarze każą jej odpocząć.
20 maja 2024 r. 5 rano. Joanna odbiera kolejny telefon.
- Piotruś odszedł. Dobrze, że pani przy nim nie było. Już nie musiał walczyć. Mógł odejść w spokoju. Często to obserwuję. Przy mamie dziecku się poprawia. Odchodzi wtedy, gdy choćby na chwilę zostanie samo - mówi lekarka.
- Nie chciałam go puścić. To strasznie trudne, ale Piotruś jest już spokojny. Już nie cierpi. Nie musi walczyć.
Joanna i Marian chcą pochować Piotrusia w rodzinnym grobie. Jadą do prokuratury. Od sekretarki słyszą, że ciało zostanie wydane cioci, która nigdy nie widziała chłopca. Mimo mediacji w sądzie kobieta nie zgadza się, by to Joanna zorganizowała pogrzeb chłopca. Jako opiekunka prawna dostaje jedynie zgodę na to, by mogła uczestniczyć w uroczystości. W kaplicy stawia zdjęcie Piotrusia.
- Chciałam, by rodzina go poznała. Żeby jego krewni zobaczyli, co zrobili mu rodzice biologiczni. Może to było złe z mojej strony, ale miałam taką potrzebę.
Na rodzinnym cmentarzu Joanna stawia symboliczny nagrobek dla Piotrusia, ale także innych dzieci zakatowanych przez rodziców.
Maksymalna kara
3 marca 2026 r. Sąd Okręgowy w Legnicy skazuje ojca Piotrusia Marcina G. na 30 lat pozbawienia wolności, a matkę - Monikę M. - na półtora roku więzienia za znęcanie się nad dwójką dzieci. Ich starszy, półtoraroczny syn z powodu maltretowania jest na poziomie rozwojowym kilkumiesięcznego dziecka i do końca życia będzie wymagał opieki. Rodzice otrzymują zakaz kontaktu z nim przez 15 lat.
Marcin G. otrzymuje najwyższy możliwy wymiar kary.
- Nie ma mowy o zabójstwie, bo dziecko zmarło po kilku miesiącach od uderzenia - uzasadniał sędzia Bartłomiej Treter.
Dożywocia domagała się prokuratura. Po wyroku zapowiada odwołanie. Obrońca Marcina G. przekonywał sąd, że mężczyzna jest chory psychicznie. Gdy miał 18 lat, zabił swoją matkę. Został wówczas uznany przez biegłych za niepoczytalnego i trafił do szpitala psychiatrycznego. Z kolei niski wyrok dla matki sąd tłumaczy jej poważnymi deficytami intelektualnymi.
Gdy urodził się Piotruś, jego rodzina była objęta wsparciem ośrodka pomocy społecznej, miała przydzielonego kuratora. Matka chłopca zgłaszała pracownikom socjalnym, że jej mąż poddusza synka. Nie uwierzono jej. Przemoc wobec dzieci zgłaszali sąsiedzi.
Po kolejnych niepokojących sygnałach urzędnicy wysłali w tej sprawie pismo do sądu. Dokument trafił na stos spraw do rozpatrzenia. Nikt nie przekazał, że sprawa jest pilna. Sędzia sięgnął po pismo, gdy Piotruś walczył już o życie w szpitalu. Postępowanie w sprawie niedopełnienia obowiązków przez urzędników i policjantów zostało umorzone po kilku miesiącach. Prokuratura uznała, że działali w zakresie uprawnień, jakie posiadali.
Czy coś się zmieni?
Jak szacuje Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, w Polsce rocznie z powodu przemocy umiera około 30 dzieci. Po śmierci 8-letniego Kamilka z Częstochowy 13 lipca 2023 roku wprowadzono tzw. Ustawę kamilkową, która miała wzmocnić ochronę dzieci przed przemocą. Na mocy przepisów powołano Zespół do spraw analizy zdarzeń, na skutek których małoletni poniósł śmierć lub doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Miał on gromadzić dane dotyczące przypadków śmierci dzieci z powodu przemocy. W grudniu 2025 r. mec. Grzegorz Wrona, przewodniczący zespołu, ujawnił w Sejmie, że policja i prokuratura nadal nie przekazują wszystkich koniecznych danych.
***
Joanna patrzy na ostatnie zdjęcie Piotrusia. Zostało zrobione w szpitalu: - Można było go uratować, gdyby ktoś w porę zareagował. Miałam nadzieję, że jego historia pomoże. Że coś się zmieni. Boję się pomyśleć, że nie przyniesie nic poza smutkiem i bezradnością. Nie chcę, by był tylko statystyką.
Magda Mieśnik, dziennikarka Wirtualnej Polski
Chcesz się skontaktować z autorką? Napisz: magda.miesnik@grupawp.pl