Dezerterzy z Rady Najwyższej. Frakcja Zełenskiego pogrąża się w chaosie
Sala plenarna świeci pustkami, posłowie nie stawiają się na głosowania, a w parlamentarnej poczekalni rośnie sterta ustaw, od których zależą losy Ukrainy. Frakcja Sługa Narodu nie chce odpowiadać za niepopularne decyzje, więc sabotuje pracę Rady Najwyższej, oczekując od Wołodymyra Zełenskiego okazania szacunku. Ten grozi politykom wysłaniem na front. W Ukrainie trwa największy kryzys polityczny od lat.
- Nikt nie chce pracować. Niektórzy najchętniej złożyliby mandat. Są zmęczeni, zdezorientowani i zastraszeni - tak nastroje w Radzie Najwyższej, czyli ukraińskim parlamencie, opisuje Andrij Motowiłowec, wiceprzewodniczący prezydenckiej frakcji Sługa Narodu.
I dodaje: - Rada Najwyższa się załamała.
Słowa Motowiłowca to chyba najlepsze podsumowanie absurdu trwającego od miesięcy w ukraińskim parlamencie.
Formalnie Sługa Narodu nadal posiada większość: 228 mandatów przy wymaganym minimum 226. W praktyce jednak prezydencka frakcja pogrążyła się w chaosie i nie jest w stanie samodzielnie uchwalić nawet najważniejszych ustaw. Pustki na sali plenarnej stały się normą. Niektórzy deputowani miesiącami nie pojawiają się w parlamencie. Inni znikają tuż przed głosowaniem.
- Frakcja straciła swój rdzeń - uważa Motowiłowec.
USA powstrzymają Rosję? "Trump będzie chciał sprzedać problem Ukrainy":
Według niego Sługa Narodu może dziś realnie liczyć jedynie na ok. 110 głosów. W warunkach, kiedy posiłkowanie się głosami nieoficjalnych koalicjantów staje się coraz trudniejsze, Radzie Najwyższej grozi legislacyjny paraliż.
- Deputowani Sługi Narodu sabotują pracę Rady Najwyższej i to podczas trwającej wojny. Delikatnie mówiąc: to odklejenie od rzeczywistości - ocenia Ołeksij Harań, profesor nauk politycznych na kijowskiej Akademii Mohylańskiej.
W normalnych warunkach prawdopodobnie już rozpisane zostałyby przedterminowe wybory parlamentarne. Jednak o ile przepisy pozostawiają pole do interpretacji ws. przeprowadzania podczas wojny wyborów prezydenckich, to w przypadku parlamentarnych - jednoznacznie ich zakazują.
Formalnie nie ma możliwości rozwiązania Rady podczas stanu wojennego. Podobnie jak zmuszenia posłów do pracy.
Zły parlament, dobry prezydent
Nastroje są depresyjne, a frustracja sięgnęła zenitu - skarżą się deputowani w rozmowach z ukraińskimi mediami.
- Takiego kryzysu politycznego nie widzieliśmy od początku inwazji, choć jego widmo wisiało nad Radą Najwyższą od wielu miesięcy. A wszystko zaczęło się jeszcze w roku 2022. Już wtedy politycy zaczęli skarżyć się, że parlament stracił swoją podmiotowość - mówi Julia Zabelina, ukraińska dziennikarka polityczna.
Póki Zełenski prowadził wielką politykę na arenie międzynarodowej, życie polityczne wewnątrz Ukrainy praktycznie zamarło. Rada Najwyższa usunęła się w cień, ale działała na najwyższych obrotach, uchwalając co miesiąc dziesiątki ustaw, żeby zabezpieczyć funkcjonowanie państwa w warunkach stanu wojennego.
- Już wtedy zaczynała rosnąć frustracja, że Zełenski i jego ludzie traktują parlament jako wielką drukarkę do ustaw. Żadnych dyskusji, przekonywania, tłumaczenia - wspomina Zabelina.
Czasem parlament głosował, a Zełenski czekał na reakcję społeczeństwa. Jeśli była negatywna, wetował ustawę, zrzucając winę na parlament, który i tak jest najmniej zaufaną instytucją państwową (prawie 70 proc. Ukraińców nie ufa Radzie Najwyższej).
Punkt zwrotny nastąpił w lipcu 2025 roku. Wtedy kierownictwo frakcji Sługi Narodu na gwałt zwołało wszystkich posłów, tłumacząc, że Rada ma zagłosować nad "niezwykle ważnym" apelem do Kongresu USA. W rzeczywistości chodziło o ustawę ograniczającą niezależność instytucji antykorupcyjnych. O tym deputowani dowiedzieli się już podczas trwania obrad. Niektórzy z pełną świadomością zagłosowali za skandaliczną ustawą, inni znaleźli się pod presją i się dostosowali.
Po wybuchu studenckich protestów i presji Zachodu prezydent wycofał się z ustawy. Ale deputowani poczuli się wykorzystani, zwłaszcza po tym, jak Andrij Jermak, ówczesny szef biura prezydenta, publicznie przerzucił odpowiedzialność na parlament.
Od tego momentu dyscyplina we frakcji zaczęła się kruszyć. O głosy było coraz trudniej, a Zełenski i jego biuro niewiele robili, by złagodzić kryzys. Zamiast tego ciągłe rozmowy o możliwym zakończeniu wojny i ciche przygotowania do wyborów sprawiły, że deputowani zaczęli myśleć o własnym przetrwaniu. Stali się mniej skłonni głosować za niepopularnymi ustawami.
Kulminacja kryzysu nastąpiła 10 marca tego roku. Tego dnia na głosowanie w Radzie Najwyższej wniesiono ustawę okrzykniętą w Ukrainie "podatkiem od OLX". Zakładała, że urząd skarbowy miałby opodatkować dochody Ukraińców na platformach internetowych. Chodziło m.in. o Bolt, Glovo, OnlyFans, Booking. Innymi słowy: fiskus miał sięgnąć do kieszeni milionów wyborców, by łatać ogromny deficyt budżetowy.
Co więcej, ustawa stanowiła jeden z etapów kompleksowych zmian w Kodeksie Podatkowym, które Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) narzucił Ukrainie jako warunek otrzymania kredytu w wysokości ponad 8 miliardów dolarów.
Według Bloomberga, Kijów dostał od MFW deadline do końca marca, by przegłosować ustawy.
Mimo faktu, że Ukraina jest niemal całkowicie uzależniona od zachodniej pomocy, część deputowanych Sługi Narodu wprost zapowiedziała, że nie będzie głosować ani za "ustawą o OLX", ani za jakimkolwiek innym rządowym projektem. Bowiem rząd podsuwa Radzie niepopularne ustawy, a jednocześnie sam wprowadza "narodowy cashback", by zrekompensować wysokie ceny paliwa. Już nie wspominając o "tysiącu od Zełenskiego", czyli zasiłku, o który przed świętami mógł ubiegać się każdy mieszkający w Ukrainie.
"Rząd obiecuje coś w imieniu państwa, nawet z nami tego nie konsultując, a potem składa ustawę w Radzie, między czytaniami dorzuca jeszcze jakieś gówno-poprawki, a mamy głosować na te wszystkie bzdury!?" - oburzał się w rozmowie z BBC jeden z deputowanych Sługi Narodu.
W efekcie za "ustawą o OLX" oddano 168 głosów, z czego tylko 126 należało do partii prezydenckiej. Na tle zaskakująco szczerych wypowiedzi Motowiłowca o nastrojach wśród parlamentarzystów w ukraińskich mediach wybuchła panika: "Nie będzie kredytu, nie będzie pieniędzy na wypłaty", "Sługa Narodu sabotuje finansowanie Ukrainy", "Koniec prezydenckiej frakcji". Opozycja, choć sama głosowała przeciwko ustawie, ochoczo dorzuciła swoje trzy grosze, domagając się utworzenia nowej koalicji.
Monomniejszość Zełenskiego
Reakcja prezydenta tylko podgrzała atmosferę. Wołodymyr Zełenski zasugerował, że deputowani, którzy nie chcą "służyć krajowi" w parlamencie, mogą robić to na froncie. Zadeklarował nawet gotowość wniesienia zmian do ustawy mobilizacyjnej.
Media natychmiast podchwyciły, że prezydent straszy posłów wysłaniem na front, co dużej części ukraińskiego społeczeństwa mogło wydać się atrakcyjnym pomysłem. Zwłaszcza na tle skandali z unikaniem poboru oraz faktu, że posłowie mają wyższe pensje niż żołnierze w oddziałach szturmowych.
- Zełenski nigdy nie rozumiał, jak działa parlament. Jako pierwszy z prezydentów Ukrainy nie był wcześniej deputowanym. Gdy znalazł się u władzy, zaczął traktować Radę raczej jako przeszkodę niż partnera - ocenia politolog Wołodymyr Fesenko, dyrektor centrum badań politycznych Penta.
W 2019 roku Wołodymyr Zełenski wkroczył do polityki jako outsider i odniósł spektakularne zwycięstwo: 73 proc. w wyborach prezydenckich, a następnie 44 proc. w parlamentarnych. Pierwszy raz w historii Ukrainy jedna siła polityczna zdobyła samodzielną większość - 254 mandaty.
Tak powstała prezydencka "monowiększość". Mało kto jednak wróżył jej długie życie. Listy wyborcze tworzono w pośpiechu, na kilka miesięcy przed wyborami. Trafili na nie biznesmeni, ludzie oligarchów, ale także dziennikarze oraz intelektualiści, którzy uwierzyli w ideę wymiany starych elit politycznych.
- To byli często zupełnie przypadkowi i tak różni ludzie, że nie łączyło ich nic - ani ideologia, ani poglądy, ani background. Były tam i siły prorosyjskie, i jawni patrioci. Jedni szli załatwiać swoje interesy, inni byli państwowcami. To, co ich łączyło, to tylko brak pojęcia o polityce. Logiczne było, że wcześniej czy później wystąpią rozłamy - opowiada prof. Ołeksij Harań.
Rozłam nastąpił w 2021 roku, kiedy ze stanowiska przewodniczącego Rady Najwyższej odwołano Dmytra Razumkowa, który próbował prowadzić własną politykę i nie zgadzał się na wszystkie pomysły biura prezydenta. Odszedł z frakcji, zabierając ze sobą grupę posłów - obecnie opozycyjnych w stosunku do Sługi Narodu.
Podobnie od frakcji oddzieliła się także grupa Ilji Pawluka, biznesmena wiązanego z oligarchą Rinatem Achmetowem.
Błąd Zełenskiego? "Czuł się mesjaszem"
- Zełenski nie widział potrzeby budowania relacji z własną frakcją. Czuł się mesjaszem, uważał, że tylko on ma mandat, by decydować o wszystkim. Na początku to przechodziło bez bólu, ponieważ cała partia jechała na jego wysokim poparciu. Kiedy zaczęło ono maleć, jednych do głosowania motywowano kopertami, innych teczkami z kompromatem - i to, i to jest zakorzenioną tradycją w ukraińskiej polityce - wyjaśnia prof. Harań.
- Zełenski nigdy nie lubił spotykać się z własną frakcją. Powód jest prosty: nie on formował listy partyjne. Zwyczajnie nie zna osobiście większości posłów - uważa Fesenko.
Kiedy w 2022 roku zaczęła się rosyjska inwazja, w życiu politycznym wciśnięto pauzę. Przynajmniej publicznie. Za kulisami jednak Andrij Jermak, ówczesny szef biura prezydenta, właśnie konsolidował w swoich rękach władzę.
Zabelina: - Jermak nie był przychylny kontaktom prezydenta z frakcją. Sam nie odpisywał na ich wiadomości, blokował spotkania posłów z Zełenskim, był skłócony z Dawidem Arachamią, przewodniczącym frakcji. Sam prezydent nie miał na to ani czasu, ani ochoty.
Koperty, dyrektor parlamentu i wybory
W Radzie rosła frustracja, którą latem zeszłego roku dopełniła paranoja wokół śledztwa Narodowego Biura Antykorupcyjnego (NABU).
Już w lipcu 2025 roku, kiedy Andrij Jermak naciskał na pozbawienie organów antykorupcyjnych niezależności, w kuluarach krążyły plotki, że śledczy dotarli do czegoś naprawdę dużego. W listopadzie opublikowano szczegóły operacji Midas, która ujawniła gigantyczną korupcję: najbliższe otoczenie Zełenskiego ściągało haracze od kontrahentów państwowego Enerhoatomu. Torby wypchane łapówkami trafiały do back office. Później prawdopodobnie wykorzystywano te pieniądze do wypłacania łapówek we frakcji.
W grudniu 2025 roku NABU postawiło pięciu deputowanym Sługi Narodu zarzuty brania łapówek w zamian za głosowanie. Wiadomo, że przez dwa lata śledczy prowadzili podsłuch rozmów deputowanych.
- Jesienią, kiedy wszyscy zrozumieli, do czego to zmierza, wśród posłów była panika. Nikt nikomu nie ufał, ponieważ się bał, że każdy może mieć na sobie podsłuch i współpracować z NABU - opowiada Zabelina.
W kręgach politycznych złośliwie żartowano, że w Radzie trwa "kopertowa eksterminacja". A sami deputowani odmawiali głosowania za ustawami związanymi z eurointegracją Ukrainy.
- Łapówki brała tylko mała część frakcji. Jednak ci, którzy mieli z nimi kontakt, teraz figurują w śledztwie jako świadkowie. Wiem o co najmniej 27 takich deputowanych. Oni się boją i wściekają, że mają głosować ustawy, których wymaga Zachód, a potem nadzorowane przez Zachód organy antykorupcyjne nękają cały parlament. Więc postawa deputowanych sprowadzała się do tego, że nie będą głosować, póki Zachód nie zrobi porządku z NABU - wyjaśnia Zabelina.
Po zarzutach dla deputowanych Sługi Narodu, a potem i Julii Tymoszenko, koperty jako sposób na "motywowanie" posłów zniknęły. To też wpłynęło na frekwencję w Radzie Najwyższej. - Ci, którzy od początku szli tam, by zarabiać, teraz szukają sobie innego zajęcia - mówi Harań.
Ale nawet w tak burzliwych czasach Dawid Arachamia, przewodniczący frakcji, potrafił zebrać potrzebną ilość głosów. Póki Zełenski i Jermak skupiali się na dużej polityce, Arachamia systematycznie budował relacje w Radzie Najwyższej.
- Nie bez powodu nazywają go "dyrektorem parlamentu" - mówi Wołodymyr Fesenko.
Już w 2021 roku monowiększość skruszała do 170-180 głosów. Jednak frakcja Sługa Narodu niemal zawsze mogła liczyć na wsparcie "nieoficjalnej koalicji". Najczęściej była to partia Batkiwszczyna Julii Tymoszenko oraz niedobitki po Partii Regionów, które założyły własne grupy poselskie. Tajemnicą poliszynela jest, że w zamian za wspieranie projektów prezydenta i rządu dostawali dodatkowy czas w publicznych stacjach telewizyjnych albo taryfę ulgową ze strony organów ścigania.
Arachamia również potrafił zmotywować własną frakcję.
- Ciągle opowiadał posłom, że muszą jeszcze tylko trochę wytrzymać, bo zaraz podpiszemy umowę pokojową, trzeba ją będzie ratyfikować, a potem będą wybory - opowiada Zabelina.
Arachamii udało się zapewnić płynne głosowanie za zmianami w rządzie w styczniu tego roku oraz później za budżetem na bieżący rok. Ale po odejściu Jermaka znowu zaczął bywać w biurze Zełenskiego, a w końcu wrócił do składu grupy negocjacyjnej (był jej członkiem w 2022 roku podczas negocjacji w Stambule) i przekierował wektor swojej uwagi.
Według niektórych źródeł Arachamia ostatnie miesiące spędził za granicą i w tej sytuacji gromadzenie głosów spadło na Motowiłowca.
Teraz, kiedy negocjacje pokojowe stanęły, Arachamia wrócił do Ukrainy. Jako pierwszy próbował wyjaśnić posłom, że mówiąc o wysłaniu ich na front, prezydent wcale nie miał na myśli tego, co miał.
- Jeśli ktoś dziś może załagodzić kryzys, to tylko Arachamia - uważa Zabelina.
To jednak nie będzie łatwe. Z fazy "przeczekać do końca wojny" większość deputowanych weszła w tryb "przygotowywać się do wyborów". Choć na razie nic nie sugeruje, że mogą one się odbyć nawet w perspektywie tego roku, każdy ustawia się w blokach startowych.
- Posłowie nie chcą już działać jako przyciski do głosowania biura prezydenta. Część szczerze uważa, że oczekiwania, które stawia MFW, są szkodliwe dla ukraińskiej gospodarki, więc nie będą za nimi głosować. Inni myślą o swojej karierze i o tym, w jakiej sile politycznej znajdą się po wojnie, a więc też nie zagłosują za czymś, co jest niepopularne w społeczeństwie - mówi Zabelina.
Jeden kryzys po drugim
Według Wołodymyra Fesenki obecny kryzys jest największy w ciągu prawie siedmioletniej kadencji obecnego parlamentu, ale niekoniecznie stawia wszystko pod znakiem pytania.
- Posłowie chcą uwagi, okazania szacunku, podmiotowości. Odrzucają niektóre wymogi stawiane przez MFW, bo wiedzą, że mogą to zrobić. O historii relacji między Ukrainą a Międzynarodowym Funduszem można byłoby powieść sensacyjną napisać. Natomiast w krytycznym momencie głosy się znajdą - uważa Fesenko.
Jasne też jest, że Zełenski nie zgodzi się na utworzenie koalicji i powołanie rządu jedności narodowej, czego domagają się siły opozycyjne. Z Petrem Poroszenką, liderem Europejskiej Solidarności, obecnie najsilniejszej frakcji w Radzie, prezydenta łączy wiele lat konfliktu i osobistej niechęci.
Julia Tymoszenko - po przyłapaniu jej przez NABU na próbach podkupienia deputowanych ze Sługi Narodu - nie spieszy się do współpracy z prezydencką frakcją. Obwinia Dawida Arachamię za to, że "sprzedał" ją NABU.
- Jeszcze jest frakcja Głos, która się rozpadła i część jej deputowanych i tak głosuje razem ze Sługami Narodu. Z niedobitkami po Partii Regionów jest ideologiczna przepaść. Jeśli więc spojrzeć na obecną Radę i wszystkie frakcje i grupy, nie bardzo jest jak sformować koalicję - mówi Julia Zabelina.
W tej sytuacji parlament będzie oczekiwać jakiegoś ukłonu ze strony prezydenta i jego biura. Opozycja i część Sługi Narodu ochoczo przyjęłaby dymisję premier Julii Swyrydenko.
- Początkowo była postrzegana jako człowiek Andrija Jermaka, bo to dzięki jego protekcji trafiła na to stanowisko. Ale potem Swyrydenko dołączyła do "grupy buntowników", która nalegała na dymisję Jermaka - mówi Zabelina.
W kuluarach mówi się, że Jermak żywi wobec Swyrydenko dozgonną urazę, zablokował ją nawet w mediach społecznościowych. Ale w oczach parlamentu premier stała się ucieleśnieniem uległości wobec Zełenskiego.
- Po zwolnieniu Jermaka całkowicie przeorientowała się na biuro prezydenta - mówi Fesenko.
Swyrydenko jest w Radzie Najwyższej rzadkim gościem. Deputowani uważają, że boi się konfrontacji i ciężkich pytań. Przed głosowaniem ustaw wysyła do parlamentu ministrów albo zastępców, ale żaden z nich nie ma autorytetu.
- Poprzednik Swyrydenko Denys Szmyhal też na początku nie miał z parlamentem dobrych relacji, ale szybko zrozumiał, że to jest ważne i zdołał nawiązać współpracę z kluczowymi postaciami w Radzie. Swyrydenko musi zrobić to samo, żeby załagodzić kryzys - uważa Fesenko.
Problem polega na tym, że złagodzenie jednego kryzysu jest wstępem do kolejnego.
- Obecny kryzys pokazał, że Zełenski nie kontroluje już parlamentu. Autonomia Rady Najwyższej wzrośnie, ale podejście prezydenta się nie zmienia: on nadal widzi swoje biuro jako centrum podejmowania wszystkich decyzji - mówi prof. Harań.
Tetiana Kolesnychenko, dziennikarka Wirtualnej Polski