Julia Tymoszenko © Getty Images | Aleksandr Gusev

NABU, Jermak i "trzecia odsiadka" lady "Ju". Kulisy afery w ukraińskim parlamencie

Tetiana Kolesnychenko
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy

Dla Julii Tymoszenko była to ostatnia szansa na powrót do wielkiej polityki. Scenariusz wydawał się prosty i sprawdzony: przekupić posłów, doprowadzić do kryzysu, stać się niezbędnym koalicjantem. Tym razem rozgrywająca sama została jednak rozegrana. Legendarna lady "Ju" najprawdopodobniej kończy polityczną karierę, lecz afera, którą wywołała, odsłania inny - znacznie głębszy i poważniejszy - problem ukraińskiego państwa.

"Prześladowania i terror są moją codziennością od wielu lat" - grzmiała z emfazą Julia Tymoszenko, podczas wystąpienia w Radzie Najwyższej.

Zaledwie kilka godzin wcześniej detektywi Narodowego Antykorupcyjnego Biura Ukrainy (NABU) zakończyli przeszukanie w biurach Tymoszenko i jej najbliższych współpracowników. Znaleźli paczki gotówki, które miały posłużyć do przekupienia posłów.

Sam fakt kupowania głosów w parlamencie nie jest w Ukrainie nowością. Praktyka ta istniała od zawsze. Różniły się tylko sposoby. W czasach Janukowycza do parlamentu trafiła np. walizka, wypchana dolarami. Stawki sięgały milionów.

Rok rządów Trumpa. "Teraz liczą się tylko dolary". Polacy w USA reagują

Tym razem jednak uwagę opinii publicznej przyciągnęło coś innego. Na celowniku służb antykorupcyjnych znalazła się bowiem sama lady "Ju" – najbardziej doświadczona polityczka ukraińskiej sceny, postać, która jak mało kto potrafiła jednocześnie szkodzić państwu i utrzymywać się w centrum władzy przez kolejne dekady.

Informacja o przyłapaniu jej na gorącym uczynku wywołała falę złośliwej satysfakcji i otwartych drwin. Szczególnie w zamarzającym Kijowie, gdzie cierpliwość wobec politycznych elit dawno się wyczerpała.

Afera Tymoszenko może jednak okazać się jedynie zapowiedzią znacznie poważniejszego kryzysu. Jasno pokazała bowiem, że większość parlamentarna znajduje się na granicy rozpadu, a stabilność polityczna Ukrainy jest bardzo krucha.

Rozwalić większość

Wtorek 13 stycznia od rana zapowiadał się burzliwie. W porządku obrad Rady Najwyższej znalazły się głosowania dotyczące największych od miesięcy rotacji w rządzie. Zgodnie z planem Mychajło Fedorow miał zostać odwołany ze stanowiska wicepremiera i ministra transformacji cyfrowej, by tego samego dnia objąć tekę ministra obrony.

Z kolei Denys Szmyhal miał ustąpić ze stanowiska szefa resortu obrony i przejąć równie newralgiczny obszar - ministerstwo energetyki. Resort ten, mimo regularnych bombardowań infrastruktury i trwających blackoutów, od ponad dwóch miesięcy pozostawał bez kierownictwa.

Poprzedni minister, Herman Hałuszczenko, odszedł, gdy okazało się, że jest jedną z osób zamieszanych w aferę "Midas". Chodziło o to, że w listopadzie NABU opublikowało taśmy, z których wynikało, że w państwowej spółce Enerhoatom, kontrolującej elektrownie jądrowe, działała grupa przestępcza ściągająca haracze w wysokości 10–15 proc. wartości kontraktów. Grupę miał kontrolować Timur Mindycz, były partner biznesowy Zełenskiego.

Powołanie zarówno Szmyhala jak i Fedorowa nie wywoływało żadnych kontrowersji. Obaj uchodzą za doświadczonych managerów, co uznaje nawet opozycja. Wszystko więc wskazywało, że głosowanie będzie czystą formalnością.

- Za zwolnieniem obu zagłosowało co najmniej 180 deputowanych posłów prezydenckiej partii Sługa Narodu. Kolejne 85 głosów oddali deputowani z partnerskich frakcji, w tym "Batkiwszczyny", której przewodzi Julia Tymoszenko - opowiada politolog Wołodymyr Fesenko.

Wszystko więc szło ustalonym torem, aż do głosowania za zwolnieniem szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Wasyla Maluka. Wcześniej jego dymisja została odrzucona przez parlamentarny komitet obrony, który uznał Maluka za jednego z najskuteczniejszych szefów służb w ostatnich latach. Dla wielu posłów sama próba jego usunięcia była słabo uargumentowana. W kuluarach mówiono, że chodzi o osobistą zemstę prezydenta, ponieważ Maluk miał dopuścić do upublicznienia szczegółów operacji "Midas".

Ostatecznie za odwołaniem Maluka zagłosowało 235 deputowanych. - Gdyby nie 11 głosów oddanych przez frakcję "Batkiwszczyna", to głosowanie zakończyłoby się porażką – podkreśla Fesenko.

Wydawało się, że na tym polityczne wstrząsy się skończą, bo powołanie Szmyhala i Fedorowa na nowe stanowiska miało być najprostszym elementem całej układanki, technicznym domknięciem długiego politycznego dnia. Stało się inaczej. Za ich powołaniem głosowało 210 deputowanych, przy wymaganej większości 226 głosów.

- To był szok dla wszystkich. I dla Dawida Arachamii, szefa frakcji Sługa Narodu i z pewnością dla samego prezydenta - tłumaczy Fesenko. Po kolejnym nieudanym głosowaniu deputowani rozjechali się do domów, pozostawiając Ukrainę bez ministrów obrony i energetyki.

Zanim jednak do opinii publicznej dotarła skala parlamentarnego kryzysu, media obiegła kolejna, jeszcze bardziej wstrząsająca informacja. Detektywi NABU rozpoczęli przeszukania w biurze Julii Tymoszenko w związku z podejrzeniem o próbę przekupienia posłów.

Następnego dnia opublikowano tzw. "taśmy Tymoszenko", które dobitnie wyjaśniały, dlaczego głosowanie zakończyło się fiaskiem.

Spiski i sojusze

Plan był prosty: sparaliżować parlament, wywołać kryzys rządowy i w warunkach braku wyborów zostać nowym koalicjantem. - Tymoszenko doskonale rozumiała, że w takim układzie stałaby się języczkiem u wagi - uważa Wołodymyr Fesenko. - Mogłaby uzyskać miejsca w rządzie, wpływ na proces ustawodawczy, a to dałoby się spieniężyć i wzmocnić partyjną kasę.

Przy topniejącej większości Sługi Narodu, Tymoszenko wystarczyłoby przekupić tylko czterech posłów. Z ujawnionych nagrań wynika, że Tymoszenko oferowała 10 tysięcy dolarów (płatne raz w miesiącu) w zamian za odpowiednie głosowanie: za odwołaniami – "tak", za powołaniami – "nie". Wnoszenie projektów ustaw – "tak", ich przyjęcie – "nie".

"Chcemy rozwalić tę większość" – mówi na nagraniu głos, który ma należeć do Tymoszenko. Kim są "my"? I do kogo należały pieniądze, które była premier oferowała deputowanym? Jedni dostrzegają w tym rosyjski trop i próbę rozsadzenia Ukrainy od środka. Inni - widmo nadchodzących wyborów.

Według źródeł dziennikarki Julii Zabelinej pomysłodawcą i sponsorem całej operacji mógł być Andrij Jermak, były szef biura prezydenta, który został zwolniony w listopadzie 2025 roku. - Jermak co najmniej od roku utrzymywał robocze kontakty z Tymoszenko - mówi Zabelina.

Wcześniej jej frakcja "Batkiwszczyna" była jednym z głównych partnerów Sługi Narodu. Dzięki jej głosom prezydenckiej partii wielokrotnie udawało się utrzymać kontrolę nad Radą Najwyższą i przepychać strategiczne decyzje.

Po nagłym zwolnieniu Jermak zapowiedział, że zaciągnie się do wojska. Pusta deklaracja, bo nadal przebywa w swojej rezydencji pod Kijowem i - choć już nie tak intensywnie - utrzymuje kontakty z Wołodymyrem Zełenskim.

Zdaniem Zabelinej Jermak, który przez kilka lat skupił w swoich rękach ogromną władzę, czuje się głęboko urażony odwołaniem. Nie tylko został odsunięty na boczny tor, ale też jego najwięksi przeciwnicy zajęli dziś kluczowe miejsca przy stole.

Kyryło Budanow, były szef wywiadu wojskowego, którego dymisji Jermak się domagał, kieruje obecnie administracją prezydenta. Mychajło Fedorow, z którym pozostawał w ostrym konflikcie, objął wymarzone Ministerstwo Obrony. Z kolei Dawid Arachamija, szef frakcji Sługa Narodu, któremu Jermak blokował dostęp do prezydenta, wrócił do grupy negocjacyjnej.

– Miał motyw, by się zemścić - uważa Zabelina. - Jermak chciałby dziś stać się szarą eminencją. Chce udowodnić, że mimo formalnego odejścia wciąż ma realny wpływ na kształtowanie ukraińskiej polityki.

Zemsta za zemstę

Jakikolwiek spisek knuła Julia Tymoszenko, według Tetiany Nikołajenko dziennikarki politycznej oraz członkini Rady Antykorupcyjnej przy Ministerstwie Obrony, ostatecznie sama została rozegrana.

Choć zaprzecza oskarżeniom, a taśmy nazywa "spreparowanymi", to ujawniła nazwisko deputowanego, który miał zrobić tę "prowokację" na zlecenie NABU. Jest nim Ihor Kopytin, poseł frakcji Sługa Narodu. Miał on stopniowo zdobywać jej zaufanie, ponieważ sam - według Tymoszenko - jest figurantem postępowań korupcyjnych prowadzonych przez NABU.

Julia Tymoszenko w
Julia Tymoszenko w czasie rozprawy w Wysokim Sądzie Antykorupcyjnym. Kijów, 16 stycznia 2026 r. © Getty Images | Maxym Marusenko/NurPhoto

Ukraińscy dziennikarze zwrócili jednak uwagę na inne, nie mniej interesujące fakty z biografii Kopytina. Wywodzi się on z okręgu mikołajowskiego, podobnie jak szef frakcji Sługa Narodu Dawid Arachamija. Co więcej, według dostępnych informacji posiada również legitymację wywiadu wojskowego.

- Jeśli Tymoszenko planowała operację specjalną w Radzie Najwyższej, to wobec niej równolegle przeprowadzono kontroperację - uważa Zabelina.

– NABU mogło otrzymać sygnał, że Tymoszenko skupuje głosy deputowanych. Z punktu widzenia detektywów była to sprawa idealna: głośna medialnie, a przy tym pozwalająca wyrównać stare rachunki z Julią Tymoszenko - mówi Wołodymyr Fesenko.

Pod koniec ubiegłego roku NABU postawiło identyczne zarzuty pięciu deputowanym frakcji Sługa Narodu, również oskarżonym o kupowanie głosów. Sprawa nie wywołała jednak większego rezonansu i szybko zniknęła z mediów.

Z lady "Ju" było inaczej. Tymoszenko wygłosiła płomienne przemówienie z mównicy Rady Najwyższej, a przed sądem pojawiła się w białym płaszczu i z charakterystycznym warkoczem upiętym na głowie – wyraźnie nawiązując do roku 2001 (kiedy trafiła aresztu podczas rządów Leonida Kuczmy) oraz 2011 (do więzienia wsadził ją wtedy Janukowycz).

Wszystko wskazuje, że pomimo złośliwych tytułów w ukraińskich mediach, że Tymoszenko idzie na "trzecią odsiadkę", prawdopodobnie uniknie aresztu. Na razie sąd zabronił Tymoszenko wyjeżdżać za granice obwodu kijowskiego, kontaktować się z prawie 50 deputowanymi i zabezpieczył część majątku.

Nałożył także kaucję w wysokości ponad 33 milionów hrywien (ok. 2,7 mln złotych). Według stanu na 21 stycznia Tymoszenko miała co najmniej połowę tej kwoty.

- Tymoszenko twierdzi, że jej trzecia sprawa jest aktem politycznej zemsty. I jest w tym ziarno prawdy. Dla NABU była to doskonała okazja, by odegrać się na niej za wszystkie próby ograniczania kompetencji Biura - mówi Fesenko.

Koniec lady "Ju"

Zanim na jaw wyszła sprawa łapówek dla posłów, Julia Tymoszenko była jednym z pierwszych ukraińskich polityków, który zaczął przygotowywać się do możliwych wyborów parlamentarnych.

- Konikiem Tymoszenko od zawsze był socjalny populizm. Na tle narastających problemów społecznych i gospodarczych widziała dla siebie szansę - tłumaczy Wołodymyr Fesenko.

Choć sondaże wskazywały, że poparcie dla Tymoszenko balansuje na granicy "ryzyka", czyli 3-4 procent, najprawdopodobniej liczyła na zmianę prawa, które obniżyłoby w przyszłych wyborach próg wyborczy z 5 do 3 procent. - Takie są przecieki z roboczych grup pracujących nad nowym prawem wyborczym – wyjaśnia Fesenko.

Tymoszenko szukała funduszy, była coraz bardziej aktywna w mediach społecznościowych. A według Julii Zabelinej nawet oferowała posłom stanowiska, a rozpoznawalnym medialnie wojskowym miejsca na listach wyborczych.

Po wybuchu afery wszystko wskazuje jednak na to, że polityczna kariera Julii Tymoszenko dobiega końca. Niezależnie od tego, jak potoczy się jej sprawa w sądzie. Niewykluczone, że - jak w przypadku wielu śledztw NABU - głośna sprawa nie zakończy się wyrokiem.

W tym przypadku wyrok nie ma jednak większego znaczenia. – Julia Tymoszenko już została ukarana. Wątpię, by ktokolwiek chciał dziś prowadzić z nią jakiekolwiek rozmowy polityczne – uważa dziennikarz śledczy Jurij Nikołow.

Podobnego zdania jest Wołodymyr Fesenko: – Tymoszenko stała się politycznie toksyczna. To grozi utratą sponsorów partii, a są nimi zazwyczaj przedstawiciele średniego biznesu z centralnej Ukrainy. Kto teraz będzie chciał przekazywać jej środki, wiedząc, że następnego dnia do drzwi może zapukać NABU?

Mniejsza większość

Afera Tymoszenko odsłoniła jednak znacznie poważniejsze zagrożenie i zmusiła wielu do postawienia fundamentalnego pytania: jak długo obecny parlament będzie w stanie funkcjonować?

Po wyborach parlamentarnych w 2019 roku Wołodymyrowi Zełenskiemu udało się wprowadzić do Rady Najwyższej 254 deputowanych (obecnie zostało ich ok. 230). Miały to być "nowe twarze" w polityce. W praktyce okazało się, że była to zbieranina przypadkowych ludzi, z których część od samego początku reprezentowała interesy konkretnych grup wpływu lub biznesmenów.

Już rok później pojawiły się wątpliwości, jak długo frakcja Sługa Narodu będzie w stanie głosować w sposób spójny. Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji parlament w dużej mierze stracił realny wpływ na życie polityczne państwa, a nad dyscypliną głosowań czuwał Dawid Arachamija. Aż do ubiegłego tygodnia.

Według Fesenki wewnątrz frakcji doszło do głębokiego kryzysu, który może świadczyć o tym, że Zełenski zaczyna tracić kontrolę nad Radą Najwyższą.

Teraz Biuro Prezydenta może liczyć na około 170, maksymalnie 190 głosów własnej frakcji. Kolejne 70–80 głosów pochodzi od tzw. partnerów, politycznych niedobitków po Partii Regionów oraz "Batkiwszczyny".

Przecieki mówią o ponurych nastrojach i o tym, że sami deputowani najchętniej porzuciliby mandaty, ponieważ czują się "gnębieni" przez NABU. Co stanie się teraz z głosami Tymoszenko? Czy pójdzie w va banque i będzie się mścić?

Po wybuchu afery Zełenski zapewniał, że większość Sługi Narodu w Radzie Najwyższej nadal funkcjonuje, mimo prób jej "rozwalenia".

Pytanie jednak brzmi nie "czy" - lecz jak długo?

Tatiana Kolesnychenko, dziennikarka Wirtualnej Polski

Wybrane dla Ciebie
Niezwykły prezent Kima. "Podarował Łukaszence urnę na prochy?"
Niezwykły prezent Kima. "Podarował Łukaszence urnę na prochy?"
Trump oburzony po słowach z Niemiec ws. Iranu. "Niestosowne"
Trump oburzony po słowach z Niemiec ws. Iranu. "Niestosowne"
Pierwsza reakcja z Pałacu na propozycję Tuska ws. paliw
Pierwsza reakcja z Pałacu na propozycję Tuska ws. paliw
15-punktowy plan USA. Co na to Iran? Jest odpowiedź
15-punktowy plan USA. Co na to Iran? Jest odpowiedź
Umowa ze Szwajcarią. Szef MON przekazał pierwsze szczegóły
Umowa ze Szwajcarią. Szef MON przekazał pierwsze szczegóły
"Skracam wizytę". Pośpiech ws. paliw nie tylko w Sejmie
"Skracam wizytę". Pośpiech ws. paliw nie tylko w Sejmie
Tak obdarował Kima. Jedna rzecz wyjątkowo przypadła mu do gustu
Tak obdarował Kima. Jedna rzecz wyjątkowo przypadła mu do gustu
Burmistrz Trzebnicy zatrzymany. Trafił na przesłuchanie do Opola
Burmistrz Trzebnicy zatrzymany. Trafił na przesłuchanie do Opola
Te portale pornograficzne na cenzurowanym. Pretensje KE
Te portale pornograficzne na cenzurowanym. Pretensje KE
Ruch rządu ws. cen paliw. W sieci lawina komentarzy
Ruch rządu ws. cen paliw. W sieci lawina komentarzy
Co z notatką ze spotkania z Orbanem? Ostre słowa z Pałacu
Co z notatką ze spotkania z Orbanem? Ostre słowa z Pałacu
Jak to w ogóle możliwe? Półtoraroczne dziecko wyszło ze żłobka
Jak to w ogóle możliwe? Półtoraroczne dziecko wyszło ze żłobka
Wyłączono komentarze
Jako redakcja Wirtualnej Polski doceniamy zaangażowanie naszych czytelników w komentarzach. Jednak niektóre tematy wywołują komentarze wykraczające poza granice kulturalnej dyskusji. Dbając o jej jakość, zdecydowaliśmy się wyłączyć sekcję komentarzy pod tym artykułem.
Redakcja serwisu Wiadomości