Leszek Kołakowski nigdy nie przyjął chrztu (przynajmniej nic o tym nie wiadomo). Zapytany kiedyś przez Józefa Czapskiego: „To jak to jest: jest ten Pan Bóg czy Go nie ma?”, miał odpowiedzieć z właściwą sobie przewrotnością: „Jest, ale... pssst, nie należy o tym mówić głośno”. W wywiadzie rzece, jakiego udzielił Zbigniewowi Mentzlowi, wyznał: „Jestem po stronie chrześcijaństwa, ale nie jestem po jego stronie w sposób wojowniczy. Nie uczestniczę też naprawdę w chrześcijańskiej liturgii (...), nie chodzę do spowiedzi. Instytucję spowiedzi doceniam, bo myślę, że jest ważną rzeczą, żeby ludzie mieli poczucie, iż potrafią stawić czoło własnej grzeszności, to jest ważne”. Dopytywany, czy uważa się za chrześcijanina, odpowiadał: „W jakimś sensie ogólnym, którego jednak nie potrafię zdefiniować, tak. Jestem przywiązany do tradycji chrześcijańskiej, do wielkiej siły Ewangelii, Nowego Testamentu”. W swoich słynnych „Mini wykładach o maxi sprawach” powiedział: „Zdrowy rozsądek podpowiada, że wieczne zbawienie nie może
być sprawiedliwą odpłatą za nasze, choćby największe, ale skończone zasługi. Bóg nie jest więc sprawiedliwy, ale miłosierny”. Pozostaje mieć nadzieję i modlić się o to, by po drugiej stronie prof. Kołakowski doświadczył „twarzą w twarz” prawdy, którą przeczuwał i w którą być może mocno wierzył.