wp

Marian Kowalski, kandydat na prezydenta: Komorowski pcha nas w kierunku wojny

Kampania prezydencka nabiera tempa. Jest lider, pretendent, kilku „średniaków” i kandydaci egzotyczni. W tym Marian Kowalski, kandydat Ruchu Narodowego, 51-latek z Lublina. Przez lata prowadził sklep rodziców, pasjonował się kulturystyką. Jest instruktorem w jednej z lubelskich siłowni i szefem ochrony w klubie muzycznym. Do polityki – jak mówi – od lat dokłada, ale gdyby chciał na niej zarabiać, zapisałby się do jakiejś partii. Popularność zdobył w kampanii do Parlamentu Europejskiego. W spotach, które krążyły po sieci, zapowiadał „skończenie ze służalczością Polski, zginaniem karku przed obcymi”. Podczas finału listopadowego Marszu Niepodległości rozemocjonowany Artur Zawisza krzyczał do tłumu: teraz przemówi do was człowiek, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Kowalski, w skórzanej kurtce, z czapką bejsbolówką w ręce, energicznie przemawiał ze sceny: „My mówimy: Bóg, Honor, Ojczyzna. Oni (rząd) mówią do was: ch…, d…, i kamieni kupa”. Jedni widzą w nim wczesnego Wałęsę, inni – Leppera z czasów, gdy
wysypywał zboże na tory. Nie chce być ani jednym, ani drugim.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Marian Kowalski
Marian Kowalski (WP, Fot: Wojciech Nieśpiałowski)

WP: Agnieszka Niesłuchowska: Pana idolem jest Arnold Schwarzenegger. Chce być pan polskim Terminatorem?

Marian Kowalski: Gdy zacząłem uprawiać sport, był najlepszym kulturystą świata, ikoną chłopaków, którzy zakładali w piwnicach siłownie. Potem kręcił fajne filmy, klasyki epoki kaset wideo. To przykład kariery w amerykańskim stylu: od pucybuta do milionera. Chciałbym, by Polska też była krajem, w którym spełniają się marzenia, utalentowani mogą się rozwijać, a nie uciekać.

wp

WP: Lubelszczyzna to nie Kalifornia.

- Lublin wymiera. Zostali bezrobotni i obcokrajowcy przyjeżdżający na studia medyczne, bo mogą się wykształcić tu za małe pieniądze. Wokół bieda. Odkąd polikwidowali zakłady przemysłowe, a wraz z wejściem do strefy Schengen upadły targowiska, ludzie nie mają pracy. Na starówce puste lokale do wynajęcia, na obrzeżach centra handlowe i dyskonty, które zabiły drobny handel i gastronomię. Nie ma perspektyw. Podobnie jest z innymi miastami Polski Wschodniej. Trzeba to zmienić. Inaczej poukładać politykę zagraniczną.

WP: Przypomnę, że pana idol pozostawił urząd gubernatora w aurze skandalu, z gigantycznymi długami.

- Za jego rządów Kalifornia zmagała się z kataklizmami. Na to nałożył się kryzys gospodarczy i niefrasobliwość Schwarzeneggera w sprawach osobistych. Nie chcę być jego kalką. Mam swój pomysł na uzdrowienie Lubelszczyzny i Polski. Dlatego idę do polityki.

wp

WP: Niewiele o panu wiadomo. Internauci kojarzą pana głównie z antyunijnych wystąpień. Kim jest Marian Kowalski?

- Od ponad 20 lat prowadzę działalność społeczną. Byłem współzałożycielem Ruchu III Rzeczypospolitej, następnie Komitetu Obrony Kupców i Rzemieślników. Od 1993 roku zakotwiczyłem się w Unii Polityki Realnej. Założyłem też eurosceptyczne stowarzyszenia: Związek Obywatelski oraz Komitet Polska – NAFTA. Od 2005 roku byłem prezesem okręgu lubelskiego UPR, a obecnie jestem wiceprezesem RN.

WP: Startował pan do PE, samorządu. Nic z tego nie wyszło.

- Do polityki na razie dokładam. Nie lansuję się, nie wciskam na siłę do żadnej partii, bo wszystkie są podobne, martwią się o swoje interesy. Dlatego nie ciągnie mnie do warszawskiego city. Mieszkam w Lublinie, bo stąd najlepiej widać problemy. Ludzie codziennie mnie zaczepiają i żalą się. Czuję się potrzebny.

wp

WP: Zaczął pan pojawiać się w mediach, organizować konferencje. Odcina pan już kupony od popularności?

- Staję się rozpoznawalny, co czasami jest niezręczne. Ostatnio mechanik nie chciał wziąć ode mnie pieniędzy za naprawę samochodu. To samo jest w sklepach. Niedawno przyjechała nawet ekipa TVN, na rynku przeprowadzali sondaż mojej rozpoznawalności. Zdziwili się, że większość pytanych mnie zna. Myśleli, że jestem kandydatem z kapelusza.

WP: Bo na razie tak to wygląda. Nie ma pana w mediach, nie pokazuje się pan z rodziną, jak inni kandydaci.

- Nie muszę robić fajerwerków, moja żona już udzieliła wywiadu opublikowanego w internecie, jest przy mnie na każdym wyjeździe, nie poradziłbym sobie bez niej. Kobieta to w rodzinie najważniejsza postać. Wie, gdzie są krople do nosa, portfel, kluczyki od samochodu, sprawdzi, czy mieszkanie zostało zamknięte.

wp

WP: Szykuje się pan do przedwyborczych debat? Z kim chciałby się pan zmierzyć?

- Z Komorowskim na pewno się nie uda. Zresztą jest ustalone, że ma wygrać w pierwszej turze z wysokim wynikiem. Na to zgodziły się dwie partie opozycyjne PiS i SLD, wystawiając słabych kandydatów.

WP: Nie jest powiedziane, że wszystko rozstrzygnie się w pierwszej turze. W szranki staną m.in. Andrzej Duda, Magdalena Ogórek, Janusz Palikot.

- Nikt z nich nie będzie ostro walczył, bił się z Komorowskim.

wp

WP: Kogo poprze pan w drugiej turze? Rozumiem, że bliżej panu do Andrzeja Dudy. W wyborach samorządowych startował pan ze wspólnej prawicowej listy, pana nazwisko figurowało obok kandydatów PiS.

- Ale nie popierałem PiS. To była koalicja. PiS niczym nie różni się w sprawach fundamentalnych od PO. Kłócą się o detale.

WP: A Smoleńsk? To też był detal?

- PiS nie wykorzystał potencjału społecznego, jedności, która wytworzyła się po katastrofie. Kadrowi politycy PiS uważali, że lepiej nie wypuszczać ludzi, którzy stworzą autentyczny ruch społeczny. Niby powołali stowarzyszenie, zorganizowali zaplecze intelektualne, ale nic z tego nie wyszło. Nie widać żadnych owoców tej pracy. Wpuścili ludzi w kanał.

WP: Pana zaplecze, elektorat stanowią młodzi narodowcy. Odnajduje się pan w towarzystwie dwudziestolatków?

- Śmieją się, że jestem ze starej gwardii. Dla większości mógłbym być ojcem albo starszym bratem. Ale czuję się dobrze. Wiedzą, że w latach 90. latałem z łysą głową, we flyersach.

WP: Traktują pana poważnie?

- Po marszach niepodległości docenili, że jestem dla nich gwarantem bezpieczeństwa, że nie pójdą przed sąd, nie wpędzą się w kłopoty. Jestem głosem rozsądku.

WP: Podczas jednej z manifestacji szedł pan z atrapą kościotrupa, nie wyglądał pan na gwaranta spokoju.

- Zawsze jestem na pierwszej linii frontu, muszę się wyróżniać. Ale umiem tłumić emocje, jestem buforem między policją a prowokatorami. Nigdy nie mówię: „dawać na psy”. Zawsze powtarzam: „cofnąć się, zamknąć gęby”. Jestem przeciwnikiem legendy insurekcyjnej, że trzeba zginąć, dać się rozszarpać, iść z gołymi pięściami na armaty. Ale pojawiam się też na protestach rolników w województwie i mówię im to samo. Od lat studzę emocje, bo wiem, jak jest im źle. Nazaciągali unijnych kredytów, a nie ma z czego spłacać.

WP: Człowiek na rolniczych barykadach. Niczym Andrzej Lepper.

- Nie lubię porównań. Kalki świadczą o braku samodzielności intelektualnej. Wiele osób porównuje mnie do Leppera czy Wałęsy, ale ja jestem inny. Nie stoją za mną służby, nikt mnie nie przywiózł motorówką, nie pracuje nade mną żaden Tymochowicz.

WP: Wzoruje się pan na Lepperze?

- Podobał mi się jego autentyzm, nie bał się rozmów z ludem, choć inni politycy baliby się takiej konfrontacji. Problem w tym, że nie miał zaplecza intelektualnego. Do Samoobrony napchały się szumowiny i bezideowi karierowicze.

WP: Pan ma wokół siebie intelektualistów?

- Wspiera mnie Artur Zawisza, Krzysztof Bosak, Robert Winnicki. Młodzi, ale doświadczeni w polityce. W zarządzie lubelskiego ONR-u tylko jeden nie ma doktoratu.

WP: Dlaczego wystawiono pana, a nie Artura Zawiszę, twarz RN?

- Artur nie chciał, skomplikowałoby mu to życie rodzinne. Bosak i Winnicki są za młodzi.

WP: Wmanewrowano pana?

- Rada decyzyjna wysunęła moją kandydaturę pod moją nieobecność, nie uprzedzając mnie o tym. Któregoś dnia Winnicki zadzwonił i powiedział: „Marian, zrobiliśmy długą listę kandydatów, potem cięliśmy i ty nam wyleciałeś z komputera. Startujesz!”. Z pokorą przyjąłem decyzję. Rada Ruchu to nie jest trzech kolegów, tylko kilkunastoosobowe ciało złożone z przedstawicieli różnych ugrupowań z całej Polski.

WP: Czyli jest pan kandydatem z przypadku. Nie było chętnych?

- Naszym wspólnym kandydatem, wraz z Kongresem Nowej Prawicy, miał być Rafał Ziemkiewicz, ale nie zgodził się. Zaraz by go wywalili z TV Republika , przestałby być zapraszany na Klub Gazety Polskiej, Sakiewicz (red. nacz. „GP” – przyp. red.) by mu nie darował.

WP: Liczy pan na wsparcie ze strony Ziemkiewicza?

- Nie liczę na to, nie chcę takich deklaracji. Wiem, że dla wielu będzie to kłopotliwe. Nie chcę, by ktoś stawał za mną, jeśli ma z tym problem.

WP: Po co właściwie pan startuje, jaki jest cel?

- Promocja alternatywnej wizji Polski i Europy.

WP: Czyli?

- Chcę zdobyć pół miliona głosów, wzmocnić Ruch Narodowy. Sprawić, by jesienią trafił do sejmu. To mój życiowy cel. .

WP: Może się skończyć jak z Samoobroną czy LPR. Partiami jednego sezonu.

- Ruch Narodowy tworzył się od dołu, od kilkunastoosobowych ONR i MW, przez działające na poziomie wojewódzkim UPR, po kilkudziesięciotysięczny Marsz Niepodległości. Pracujemy na swoją markę od lat. To nie eksperyment, jak Twój Ruch.

WP: Co panu doradza Krzysztof Bosak, jak zorganizuje pana kampanię? Korzysta pan z jego rad?

- Nie jestem przemądrzały. Jak mi mówi: Marian, bierz taki krawat, biorę. Tak samo jest w kwestiach rozkładania akcentów na pewne sprawy. Mogę mieć własne zdanie, ale uzależniam je od opinii reszty. Nigdy nie byłem nielojalny, nie musiałem też postępować wbrew własnym poglądom.

WP: Co chce pan akcentować na spotkaniach z wyborcami?

- Kwestie gospodarcze i zagrożenie wojną.

WP: Kto jest dla pana politycznym autorytetem?

- Jedynym politykiem do tej pory, który usiłował zrobić coś dobrego dla Polski, walczył o jej pozycję był Lech Kaczyński. Cenię też Leszka Millera za skuteczność. To jedyny polityk, który mimo wejścia na sam szczyt i upadku, przez aferę Rywina, związek z Samoobroną, tworzenie własnej partii, wrócił na pozycję lidera SLD, i zakopał swoich konkurentów – Kwaśniewskiego i Palikota. "Odpalenie" tych dwóch, to spora zasługa.

WP: W jednym z wywiadów określił pan polityków mianem szmat.

- To była moja reakcja na zachowanie Michała Boniego. Obraził Janusza Korwin-Mikkego i nie przeprosił. A powinien.

WP: Korwin-Mikke sam wymierzył sprawiedliwość, uderzył w twarz byłego ministra. Pochwala pan takie zachowania?

- Jeśli ktoś kogoś publicznie obraża, powinien przeprosić albo liczyć się z tym, że dostanie w mordę. Udawał, że nic się nie stało, więc oberwał. Mężczyzna, a szczególnie polityk, nie może zachowywać się jak szmata, lecieć na komisariat, jeśli sam zawinił.

WP: Pan by zachował się podobnie?

- Jestem sportowcem i z zasady nie używam przemocy w stosunku do słabszych. Powiedziałbym, co o nim myślę i na tym by się skończyło.

WP: Tyle w teorii. W praktyce, był pan podejrzany o złamanie nosa jednemu z widzów koncertu. W lokalu, w którym pracował pan jako ochroniarz.

- Praca w klubie wiąże się w wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami. Często muszę interweniować, jestem wzywany na policję jako świadek jakiegoś zdarzenia. Sytuacja, o której pani mówi, to akcja „Gazety Wyborczej” wymierzona przeciwko mnie w czasie eurowyborów. Chcieli mnie zdyskredytować. Prawda jest taka, że bezpośrednio po koncercie nie zostałem rozpoznany, nie było konfrontacji. Stało się to dopiero po czterech miesiącach. A oskarżający mnie uczestnicy nie byli trzeźwi.

WP: Jakie są pana filary programowe, pomysły na Polskę? Słyszałam, że chce pan m.in. likwidacji ZUS. Co dalej?

- Trzeba zlikwidować system podatkowy, który jest zbudowany na filozofii marksistowskiej. Podatki nadal są formą wymierzania sprawiedliwości społecznej, dzielenia ludzi na lepszych i gorszych. Polska stała się państwem presji. Kierowcy są przerażeni na widok policjanta, przedsiębiorcy drżą przed urzędnikiem skarbowym.

WP: Prezes PiS kiedyś mówił, choć w innym kontekście, że Polska zmierza w stronę Białorusi. Zgodziłby się pan z tym twierdzeniem?

- Jest gorzej. Białoruś realizuje swoje cele polityczne, jest w pierwszej lidze państw rozgrywających sprawę ukraińską. Polski nikt nie zaprasza do stołu.

WP: Chciałby pan mieszkać w kraju, w którym standardy wyznacza dyktator?

- Ludzie, którzy doskonale znają Białoruś, mają inne zdanie. Doceniają porządek i to, że władza wywiązuje się ze swoich zobowiązań wobec obywateli. To nie taki bajzel, jak na Ukrainie.

WP: Kraj, w którym ludzie żyją na skraju ubóstwa, a ich prawa nie są respektowane, jest dla pana wyznacznikiem demokracji?

- Wiadomo, że nie jest to kraj sukcesu gospodarczego, ale popatrzmy na to z zewnątrz. Polska jest na minusie w relacjach gospodarczych z Białorusią, więcej od nich kupujemy niż sprzedajemy. Łukaszenka jest konsekwentny, dzięki czemu utrzymuje względną suwerenność. To jemu Putin zakręcał kurek z gazem i swoje groźby wypełniał. Za to Łukaszenka nie wpuszcza do siebie rosyjskich wojsk, nie zgadza się na podporządkowanie. Nie można dopuścić do tego, by demokratyzować na siłę Białorusinów. Tam nie ma takich tradycji. Wpychanie kolanem Białorusinów do „Europy” doprowadzi do tego, że będziemy mieli za ścianą powtórkę rewolucji bliskowschodnich czy północnoafrykańskich.

WP: W jaki sposób powinniśmy rozmawiać z Rosją? Jak Białoruś?

- Nasza pozycja w Europie, i to, jak postrzega nas Moskwa, pogarsza się przez głupie wypowiedzi polityków – szefa MSZ i prezydenta. Ci ludzie albo są bezmyślni albo specjalnie prowokują. Przez ich ostatnie wypowiedzi mamy przedłużone embargo na wieprzowinę o trzy lata. A wszystko przez to, że Bronisław Komorowski powiedział w radiu, że Polska powinna dostarczać broń Ukrainie. Jeśli ma takie pomysły, niech je realizuje, ale nie mówi o tym na głos. To człowiek niebezpieczny albo bezmyślny. Typ urzędnika. Czyta z kartki, a jak się nie przygotuje, powie coś spontanicznie, zawsze narobi bigosu.

WP: Polacy mu ufają. Tak wynika z sondaży.

- Bo odgrywa rolę dobrego wujka z wąsem. A prawda jest taka, że nie prowadzi żadnej sensownej polityki zagranicznej. Raz w sejmie spotkał się z prezydentem Poroszenko, wysyłając tym samym sygnał Rosji, że trzymamy z Ukrainą. Za jeden piękny gest, słono zapłacili polscy rolnicy. Od razu pojawiły się kłopoty z eksportem naszych produktów. Polsce nie jest potrzebny kolejny urzędnik, ale przywódca. Komorowski konsekwentnie pcha nas w kierunku wojny z Rosją, a przecież nie mamy armii.

WP: To poważny zarzut.

- Bo to nie są żarty. Coraz częściej pojawiają głosy, że dojdzie do wojny. Zbigniew Bujak, niegdyś autorytet Solidarności, powiedział, że byłby szczęśliwy, gdyby polscy żołnierze wzięli udział w wojnie na Ukrainie. Walimy w bęben mocarstwowości, podczas gdy nic poza bębnem nam nie zostało. Trzeba zbudować swoją pozycję ekonomiczną, potem mieć armię, wyznaczyć cele polityczne i konsekwentnie to realizować, jak robi to Rosja, Niemcy czy inne poważne kraje.

WP: Jesteśmy krajem niepoważnym?

- Nie powinniśmy pakować się w kłopoty, nie mając potencjału. Nie jestem zwolennikiem zadzierania z Rosją i miłości z Ukrainą za darmo.

WP: Bez wsparcia UE, wypracowania jednolitego stanowiska, nic nie zrobimy.

- UE okazała się strukturą kompletnie niewydolną politycznie. Startując do PE rzuciłem pomysł, by powołać do życia komisarza ds. handlu zagranicznego UE, który kupowałby gaz od Rosji za jedną cenę dla wszystkich, i negocjował ws. sankcji. Wzięlibyśmy ruskiego bulteriera na smycz, zamiast drażnić go przez płot.

Rozmawiała: Agnieszka Niesłuchowska, Wirtualna Polska

Polub WP Wiadomości
wp
wp
wp
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.