Ukraińskie urazy Donalda Trumpa [OPINIA]
Wśród obecnych waszyngtońskich elit Rosja i sam Władimir Putin cieszą się, paradoksalnie, większą estymą, niż Ukraina i Wołodymyr Zełenski - pisze dla Wirtualnej Polski Marek Magierowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Donald Trump słynie z niekonwencjonalnych stwierdzeń, które niekiedy wywołują zdumienie wśród polityków, dziennikarzy, ekspertów. Zwłaszcza tych, zajmujących się polityką międzynarodową.
Tym razem, na koniec roku, prezydent USA postanowił najwyraźniej przebić wszystkie swoje dotychczasowe, kontrowersyjne wywody. Podczas niedzielnej konferencji prasowej w Mar-a-Lago, po zakończeniu rozmów z Wołodymyrem Zełenskim, Trump został zapytany o ewentualne "zaangażowanie finansowe" Rosji w powojenną odbudowę Ukrainy. Jego kilkuzdaniowa, zaskakująca odpowiedź była potem obficie cytowana przez wszystkie media i niejako przyćmiła meritum negocjacji.
- Rosja jest gotowa pomóc - odparł amerykański przywódca. - Prezydent Putin jest naprawdę wspaniałomyślny. Zależy mu na tym, aby Ukraina osiągnęła sukces / rozwijała się / wzmacniała (czasownik "succeed" można w tym kontekście tłumaczyć na wiele sposobów - przyp. red.). Rosja może np. dostarczać do Ukrainy energię po bardzo niskich cenach - dodał.
Gdy Trump wypowiadał te słowa, nawet prezydent Ukrainy nie wytrzymał i gorzko się uśmiechnął. Dyplomatycznie, bo gdyby okoliczności były mniej publiczne, zapewne przykryłby twarz dłońmi.
Niekiedy powstaje wrażenie, że lider największego mocarstwa na świecie nie wczytuje się zbyt wnikliwie w słynny PDB (President’s Daily Brief) - zwięzły materiał, dostarczany codziennie na biurko w Gabinecie Owalnym, i opisujący najważniejsze globalne wydarzenia, kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Gdyby się z nimi zapoznawał, zapewne wiedziałby, że prezydent Putin nie ma zamiaru zatrzymać się ani na krok w swoich morderczych planach, że Rosjanie niemal codziennie atakują ukraińską infrastrukturę, głównie energetyczną, a także cele cywilne. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć powtarzanie kuriozalnych tez, zapewne suflowanych przez samego Putina (z którym Trump przeprowadził wcześniej rozmowę telefoniczną), o rosyjskiej "wspaniałomyślności" i chęci "wsparcia Ukrainy"?
Otóż można je wytłumaczyć inaczej. Niewykluczone, że w PDB tych informacji po prostu nie ma, albo są celowo upchnięte gdzieś między napięciem na granicy między Tajlandią i Kambodżą a kolejną łodzią z przemytnikami narkotyków, zatopioną na Morzu Karaibskim. Przypomnijmy, że za treść każdego prezydenckiego briefu ostatecznie odpowiada dyrektorka Narodowego Wywiadu Tulsi Gabbard, znana ze swojej pobłażliwości wobec Rosji.
Przypomnijmy także, że za czasów swojej pierwszej kadencji Trump alergicznie reagował na wszelkie wzmianki o rosyjskich próbach wpływania na wyniki wyborów w USA, uznając się za ofiarę "polowania na czarownice". Po jakimś czasie owe wzmianki po prostu zniknęły z President’s Daily Briefs. Tym razem mechanizm może być podobny: po co drażnić szefa szczegółami rosyjskich zbrodni w Ukrainie, skoro nie pasują one do jego wizji świata? Swoją drogą, w trakcie wspomnianej konferencji w Mar-a-Lago Trump po raz kolejny żalił się na "Russia hoax", misterny spisek demokratów, który miał go oczernić.
Możemy wymienić jeszcze jeden powód takiego zachowania i miłych słów skierowanych pod adresem Putina. Otóż w obecnych elitach politycznych Waszyngtonu Rosja i prezydent Putin cieszą się, paradoksalnie, większą estymą niż Ukraina. Stąd ciągłe podkreślanie przez Trumpa "gotowości Putina do zawarcia pokoju" i insynuowanie, że główną przeszkodą na drodze do tego celu jest upór Kijowa (szczególnie w kwestii ustępstw terytorialnych). Stąd naiwność Steve’a Witkoffa, głównego wysłannika Białego Domu, bez mała zauroczonego prezydentem Rosji. Stąd też nieustanne skargi ze strony amerykańskich oficjeli na stan demokracji w Ukrainie (wszechobecna korupcja, brak wyborów, prześladowanie rosyjskiej Cerkwi, dyskryminowanie rosyjskojęzycznej części ludności).
***
Cofnijmy się o 10 dni, do przemówienia wiceprezydenta J.D. Vance'a, wygłoszonego podczas konwencji Turning Point USA w Phoenix. To organizacja założona przez Charliego Kirka, na czele której stoi dziś Erika Kirk, wdowa po zamordowanym we wrześniu influencerze.
J.D. Vance poświęcił swoje wystąpienie w głównej mierze amerykańskiemu konserwatyzmowi, jego współczesnym wartościom, priorytetom obecnej administracji, w tym zwalczaniu nielegalnej imigracji. Nie zabrakło, rzecz jasna, ostrej krytyki demokratów. Ukraina pojawiła się w jego dyskursie tylko raz: "Pomagamy amerykańskim emerytom, m.in. likwidując opodatkowanie ubezpieczeń społecznych. Wierzymy bowiem, iż należy wyrazić w ten sposób szacunek dla naszych ojców i matek, zamiast wysyłać wszystkie ich pieniądze [sic!] na Ukrainę".
Cofnijmy się o kolejne trzy tygodnie i przenieśmy na inny kontynent. Na początku grudnia Donald Trump Jr., syn obecnego prezydenta USA, wystąpił na konferencji Doha Forum, odbywającej się w stolicy Kataru. I głośno wyrażał swoje opinie w sprawie wojny w Ukrainie i postawy amerykańskiego rządu wobec władz w Kijowie.
O ile młody Trump nie pełni żadnych funkcji publicznych, to z racji swych rodzinnych koneksji ma duży wpływ na politykę Białego Domu. Zatem to, co mówił w Dosze, można uznać w niemałym stopniu za wyraz nastrojów w ruchu MAGA.
A stawiał tezy, pod którymi podpisaliby się zapewne najbardziej gorliwi propagandyści reżimu Putina. Tak jednoznacznej, antyukraińskiej tyrady, wypływając z ust skądinąd ważnej figury na amerykańskiej scenie politycznej, chyba nie słyszeliśmy nigdy.
Zdaniem Trumpa Juniora, Ukraina jest dzisiaj krajem bardziej skorumpowanym niż Rosja, a prezydent Zełenski celowo przedłuża wojnę, bo wie, że nie wygra kolejnych wyborów. "Byłem ostatnio w Monako. Połowa Ferrari i Bugatti, które tam widziałem, miała ukraińskie tablice […]. Zamożni Ukraińcy uciekli na Zachód, zostawiając na froncie ubogich chłopów". Według syna prezydenta wojna się Ukraińcom opłaca: "Na Ukrainę pieniądze płyną szerokim strumieniem, są rozkradane, nikt tego nie kontroluje. Po co im porozumienie pokojowe?" - pytał.
Możemy rozbierać "plan pokojowy" dla Ukrainy i Rosji na czynniki pierwsze. Możemy wnikliwie badać każde zdanie, zastanawiając się, w jakim języku zostało pierwotnie zapisane. Możemy prognozować, na ile władze w Kijowie będą gotowe porzucić Donbas i czy są możliwe jakiekolwiek koncesje ze strony Kremla.
Zanim jednak dojdziemy do jakichkolwiek wniosków co do dalszych losów "planu" oraz samej wojny, musimy sobie uświadomić: MAGA specjalnie nie przepada ani za Ukrainą, ani za Ukraińcami, a szczególnie za prezydentem Zełenskim. O ile Trump uważa Putina za równego sobie przywódcę, twardego gracza, z którym utrzymywał w przeszłości "znakomite relacje" (jak sam wielokrotnie podkreślał), tak Zełenski jest dla prezydenta USA głównie źródłem irytacji. Rosyjski dyktator czasami go rozczarowuje, ale przecież, w mniemaniu Trumpa, "tak naprawdę chce pokoju". Zełenski zaś kontynuuje wojnę, mimo że w nie ma w ręku żadnych mocnych kart.
W niedawnym wywiadzie dla portalu Politico Trump wrócił do swojej mantry o "problemach Ukrainy z demokracją": "Oni ciągle mówią o demokracji, jednak, jak przychodzi co do czego, okazuje się, że to już nie jest demokracja". Co ciekawe, niełatwo byłoby znaleźć równie jednoznaczną wypowiedź Trumpa na temat stanu demokracji w Rosji.
Co najmniej raz, wspominając Putina w towarzystwie dziennikarzy, Trump powiedział o nim per "Wołodia". Zełenski nigdy tego zaszczytu nie dostąpił. W lutym ukraiński prezydent został zrugany za brak garnituru w trakcie wizyty w Gabinecie Owalnym. Przed Władimirem Putinem, sześć miesięcy później na Alasce, rozwijano czerwony dywan. Można też znaleźć całą litanię komentarzy Trumpa na temat obu dżentelmenów. Zazwyczaj rzucanych mimochodem, gdzieś po drodze z Białego Domu do prezydenckiego śmigłowca. Na pozór nieistotnych, ale w rzeczywistości pokazujących jego prawdziwy stosunek do jednego i do drugiego "Wołodii".
Kiedyś, wyraźnie zdenerwowany, Trump zarzucał Zełenskiemu, że nieustannie obrzuca oskarżeniami Putina. "A mógłby przecież tylko ogłosić, że pragnie pokoju. Ale nie, ciągle tylko 'Putin to, Putin tamto', same negatywne rzeczy!". Amerykański lider nigdy nie zbeształ Putina za to, iż ten bez końca powtarza 'Zełenski to, Zełenski tamto'. Prezydent Rosji też bodaj nigdy nie stwierdził, że "chce pokoju". Lecz Trump w jakiś tajemniczy sposób to sobie wydedukował.
Od początku swojej drugiej kadencji Trump miał problem z określeniem, kto jest w tej konfrontacji napastnikiem, a kto ofiarą. Kiedy zdarzyło mu się to jeden jedyny raz (w połowie września), jego wypowiedź trafiła na czołówki mediów. "Osiem tysięcy żołnierzy zginęło w tym tygodniu, z obu krajów. Nieco więcej Rosjan, ale kiedy jesteś agresorem, twoje straty są większe". Jako że ani wcześniej, ani później Trump już nie użył tego sformułowania, można przypuszczać, że był to w jego przypadku raczej lapsus, niż świadomy zwrot w narracji.
Tym bardziej że już po ujawnieniu pierwszego szkicu "planu pokojowego", podczas kolejnej, zwołanej ad hoc, konferencji prasowej stwierdził, iż jesteśmy świadkami "ukraińskiej wojny z Rosją ("the Ukraine war with Russia"). Semantyczny niuans, teoretycznie bez większego znaczenia. Jak jednak odebralibyśmy zdanie o "polskiej wojnie z Niemcami"? Albo o "żydowskim starciu z Nazistami"?
Bez wątpienia wykazalibyśmy się naiwnością, twierdząc, iż osobiste traumy i preferencje prezydenta USA są jedyną przyczyną, dla której nie jest on w stanie rozsądnie ocenić sytuacji oraz zamierzeń swoich rozmówców z Moskwy i Kijowa. Niejedynym zapewne, lecz istotnym. Zwłaszcza gdy mówimy o polityku obdarzonym dość rozbudowanym ego i niewyparzonym językiem, wybuchowym, często zmieniającym zdanie. O biznesmenie, który dąży do osiągnięcia celu za wszelką cenę, niecierpliwym, który nie znosi oporu, ale także często szybko popadającym w zniechęcenie, a nawet znudzonym własnymi inicjatywami.
Najpierw zapowiada wysiedlenie Palestyńczyków ze Strefy Gazy i stworzenie nowej "riwiery", a potem przedstawia zupełnie inny plan dla Bliskiego Wschodu, a o miliardowych inwestycjach już nie wspomina. Zrazu obwieszcza, że odzyska dla Stanów Zjednoczonych bazę lotniczą w afgańskim Bagram i grozi Talibom "daleko idącymi konsekwencjami", jeśli się na to nie zgodzą. Po czym szybko o swoich pogróżkach zapomina. Jednego dnia rozpętuję kampanię nienawiści wobec Zohrana Mamdaniego, świeżo wybranego burmistrza Nowego Jorku, muzułmanina i skrajnego lewicowca, a następnie przyjmuje go w swoim gabinecie, przy kamerach, oblewając owego "komunistę" i "islamskiego radykała" najsłodszymi komplementami.
W jednej sprawie Trump zdania nie zmienił. Uważa, że został niesłusznie oskarżony o współpracę z Federacją Rosyjską przed wyborami w 2016 r., kiedy Putin i jego służby miały mu pomóc w pokonaniu Hillary Clinton. Za każdym razem, gdy mowa o tamtym wyścigu prezydenckim, Trump deklamuje: "Ciągle tylko Rosja, Rosja, Rosja!" i sugeruje, że motywy jego prześladowców były czysto polityczne. Owszem, słynny raport specjalnego prokuratora Roberta Muellera nie dowiódł bezpośrednich powiązań Trumpa z rosyjskimi działaniami w USA. Niemniej przykładów działań hybrydowych i prób wpływania przez Kreml na rezultat wyborów przedstawiono bez liku.
Tutaj dochodzimy do następnego źródła antyukraińskich uprzedzeń Trumpa. Zapewne nadal jest on przekonany - tak jak podszeptywali mu wtenczas jego doradcy oraz sam… Putin - że ta wymierzona przeciwko niemu operacja była tak naprawdę zmontowana przez ukraińskie służby specjalne. To Ukraińcy mieli zbudować opowieść o tym, iż Kreml aktywnie wspierał Trumpa w rywalizacji z Clinton, że Trump o tym wiedział i że tylko dzięki temu został przywódcą najpotężniejszego państwa świata. Potem zaś Kijów miał pomagać kolejnemu konkurentowi Trumpa, Joe Bidenowi, chroniąc jego syna zamieszanego w korupcyjne skandale nad Dnieprem. Hunter Biden był głównym bohaterem głośnej telefonicznej rozmowy Trumpa z Zełenskim we wrześniu 2019 r., gdy amerykański prezydent naciskał na swojego ukraińskiego odpowiednika, aby ten wznowił śledztwo w jego sprawie.
Zarówno J.D. Vance, jak i Marco Rubio, Pete Hegseth, Jared Kushner, a nawet Steve Witkoff doskonale wiedzą, kto jest agresorem w tej wojnie. Są jednak mentalnymi zakładnikami swojego pryncypała i jego nagromadzonych przez wiele lat urazów. A wszyscy, z Trumpem na czele, są też pewnie przekonani, że w nowym koncercie mocarstw trzeba bardziej dbać o relacje z atomową, bogatą w surowce Rosją, niż z jakimś sztucznym, skorumpowanym, postkomunistycznym państewkiem, którego większość Amerykanów nie byłaby w stanie wskazać na mapie. Rządzonym przez człowieka o dyktatorskich ciągotach, który nie wie, jak się stosownie ubrać podczas wizyty w Białym Domu. Niewdzięcznym, choć przecież nawet prezydent Putin tak bardzo "chciałby mu pomóc".
Dla Wirtualnej Polski Marek Magierowski
Marek Magierowski, dyrektor programu "Strategia dla Polski" w Instytucie Wolności, ambasador RP w Izraelu (2018-21) i Stanach Zjednoczonych (2021-24), były wiceminister spraw zagranicznych. Autor książki "Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej" oraz powieści "Dwanaście zdjęć prezydenta".