Przegrani 2025 [OPINIA]
Nie sposób pisać o przegranych politykach w 2025 r., nie wspominając na pierwszym miejscu Rafała Trzaskowskiego. Był prawie murowanym prezydentem. O ile pięć lat wcześniej miał prawo przegrać przeciwko urzędującej głowie państwa, o tyle teraz wydawało się, że zmiecie każdego konkurenta reprezentującego przegrane w 2023 r. PiS - pisze w opinii dla Wirtualnej Polski prof. Marek Migalski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Stało się jednak inaczej. Rafał Trzaskowski został pokonany. I to przez kogo? Przez "alfonsa", "Batyra", "wykidajłę z Grand Hotelu" (wszystkie te określenia to epitety używane przez twardych zwolenników obecnego rządu). To musiało boleć. I pewnie boli. Bo rzeczywiście Karol Nawrocki jeszcze pół roku przed wyborami był postacią prawie anonimową, bez żadnego doświadczenia politycznego, "królikiem" wyciągniętym przez Jarosława Kaczyńskiego z magicznego kapelusza. I właśnie on, a nie Trzaskowski, został prezydentem Polski. Powiedzieć, że po czymś takim włodarz Warszawy ma prawo czuć się przegranym, to nic nie powiedzieć.
Drugim "loserem" mijającego roku jest Szymon Hołownia. Zaczynał go jako marszałek Sejmu, druga osoba w państwie, przewodniczący Polski 2050, a kończy jako szeregowy poseł i już prawie były szef partii, która ma jego nazwisko z nazwie. Już samo to mogłoby uzasadnić jego wysoką pozycję na liście tegorocznych "przegrywów", ale doszło jeszcze coś - styl, w jakim to wszystko się dokonało.
Bo o ile przez ponad pięć lat swojej obecności w polityce Hołownia zachowywał się z klasą, humorem, autoironią i dystansem do siebie (przez co zyskiwał sympatię społeczną), o tyle ten rok pokazał go ze złej strony. Najpierw ta nieszczęsna kolacja u Adama Bielana, na której konferował z prezesem PiS, i z której to nie za bardzo potrafił się wytłumaczyć. A potem jeszcze bardziej nieszczęsne starania o jakąś (jakąkolwiek) posadę zagraniczną.
Akcja "cała Polska szuka miłej pracy dla Szymona" po prostu ośmieszyła go i pokazała w świetle, w którym na pewno nigdy nie chciał się zobaczyć. Były marszałek wyszedł na człowieka zniesmaczonego rodzimą polityką i na gwałt pragnącego "słodkiego, miłego życia" - najlepiej gdzieś daleko stąd i za godziwe pieniądze.
Trzecim przegranym jest Sławomir Mantzen. Gdybym pisał ten artykuł w połowie tego roku, na pewno umieściłbym go wśród ludzi sukcesu. Wszak jego trzeci wynik w elekcji prezydenckiej (prawie 15 proc.!) pozwolił mu nie tylko na ogłoszenie sukcesu i zapowiadał świetne czasy dla prowadzonej przez niego Konfederacji, ale także uczynił go właściwie "kingmakerem" - tym, który wskazuje, kto w Polsce rządzi.
Zarówno Nawrocki, jak i Trzaskowski na wyścigi jeździli do jego firmy, by dać mu się odpytywać z tego, co mają zamiar robić w przyszłości, a inni politycy wpraszali się do niego masowo na piwo. Co więcej - wydawało się, że cała Polska "mówi Mentzenem". Lider Konfederacji narzucał narrację i zmuszał innych graczy politycznych do adaptacji jego postulatów programowych oraz fobii.
Wszystko szło świetnie. Aż do czasu, gdy tuż za Mentzenem pojawił się Grzegorz Braun, a jego partia zaczęła gonić Konfederację. Dziś toruński polityk jest w nie lada kłopocie - ma problemy w partii, radykalną konkurencję po prawej stronie i umiarkowaną (PiS) po lewej. A do wyborów parlamentarnych jeszcze prawie dwa lata.
Ostatnim przegranym tego roku jest Kaczyński. I tu, podobnie jak w przypadku Mentzena, ocena wystawiona w czerwcu różniłaby się diametralnie od tego, jaką stawiam obecnie. Bo wówczas, zaraz po wyborach prezydenckich, można było sądzić, że oto prezes PiS wraca do władzy w glorii i chwale. Wszak właśnie przed chwilą jego kandydat, przez niego wybrany i przez niego de facto wymyślony, został głową państwa, Koalicja Obywatelska jest w popłochu, notowania rządu lecą na łeb, na szyję.
I tak rzeczywiście było. Ale już nie jest. Po pierwsze, pojawił się Braun, który zaczął wysysać z PiS wyborców (obecnie około połowa elektoratu Konfederacji Korony Polskiej to byli zwolennicy ugrupowania Kaczyńskiego), co skutkuje tym, że PiS ma obecnie bardzo słabe notowania - między 25 a 28 proc. (dla przypomnienia - w wyborach parlamentarnych 2023 r. uzyskał ponad 35 proc. głosów).
Po drugie, i chyba nawet ważniejsze, idolem prawicy stał się Nawrocki, a Kaczyński jakby zniknął z radarów społecznych. Osobisty konflikt prezydenta i premiera buduje ich obu, natomiast niszczy prezesa PiS.
Mechanizm zyskiwania popularności przez wzajemny konflikt opisywałem już wielokrotnie i nazwałem "pierwszym prawem Migala". Brzmi ono następująco: w polityce gdzie dwóch się bije, tam trzeci traci. Widać to doskonale właśnie na tym przykładzie - na wojnie Tuska z Nawrockim zyskuje KO (dziś najpopularniejsza partia w Polsce) i prezydent, natomiast traci PiS. Jeśli Kaczyński nie znajdzie sposobu na wyjście z tej niełatwej dla niego sytuacji, znajdzie się w bardzo ciężkim położeniu. Wiele razy udowadniał, że potrafi podnosić się po ciężkich nokautach, ale czy tym razem będzie podobnie?
Jak widać, w rodzimej polityce łatwo ze zwycięzcy stać się "przegrywem" i odwrotnie. Trzaskowski, Hołownia, Mentzen i Kaczyński są tego doskonałymi przykładami. Dlatego powyższe zestawienie "loserów" 2025 r. już za dwanaście miesięcy może być całkowicie nieaktualne. Co więcej - jestem prawie pewien, że tak właśnie będzie. Czy ktoś z Państwa jeszcze chciałby zostać politykiem? Nie polecam.
Dla Wirtualnej Polski Marek Migalski
Marek Migalski jest politologiem, prof. Uniwersytetu Śląskiego, byłym europosłem (2009-2014), wydał m.in. książki: "Koniec demokracji", "Parlament Antyeuropejski", "Nieudana rewolucja. Nieudana restauracja. Polska w latach 2005-2010", "Nieludzki ustrój", "Mgła emocje paradoksy", "Naród urojony".