Piekło zamrożonej stali


Przeszukujący gruzowisko ratownicy kierowali się dzwonkami telefonów komórkowych.
Rannych wydobywali spod śniegu i poszarpanej blachy gołymi rękami.

Do Chorzowa w ciągu kilku godzin ściągnięto służby ratownicze z całego kraju. – Specjaliści ratownictwa drogowego, ratownicy górniczy, kilkuset policjantów, żandarmeria wojskowa – wylicza Grzegorz Smajdor, ratownik Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej z Nowego Sącza. Wraz z nimi gruzowisko przeczesywały grupy z Jurajskiej i Beskidzkiej Grupy GOPR, uczniowie szkół strażackich i ratownicy medyczni. Poszukiwania ocalałych trwały niemal 10 godzin.

Strażak na pierwszej linii

Każdy może zostać ratownikiem – o ile jest strażakiem – mówi młodszy brygadier Dariusz Szewczyk ze stołecznej straży pożarnej. Ratowników specjalizujących się w poszukiwaniach nie ma poza Państwową Strażą Pożarną. Chętni do zaszczytnej służby ratowniczej muszą więc przejść standardową drogę – testy psychologiczne, sprawnościowe i szkołę pożarnictwa. Do grup ratownictwa strażacy zgłaszają się na ochotnika; ratownikami mogą zostać również kobiety, o ile mają doświadczenie w służbie bojowej. – Niestety, mężczyźni są bardziej uniwersalni. Chodzi o względy kulturowe. Często pracujemy w krajach islamu, w Azji – mówi kpt. Piotr Tryczkowski z trójmiejskiego zespołu ratowniczego.

Cywile mogą współpracować z ratownikami jako przewodnicy psów. – Trzeba zgłosić się do Ochotniczej Straży Pożarnej. Tam kandydat i jego zwierzak przechodzą testy psychofizyczne. Ludziom nie stawiamy specjalnych wymagań, za to pies musi być bardzo przyjazny ludziom, posłuszny, nie może bać się hałasu – tłumaczy Tryczkowski.

Ślisko i ciemno

– To była jedna z cięższych akcji, w jakich uczestniczyłem – uważa Piotr van der Coghen, naczelnik Jurajskiej Grupy GOPR. Akcja ratownicza pod gruzami sama z siebie jest niezwykle trudna, a w Chorzowie zadanie ratownikom utrudniała dodatkowo zima. – Przeszkadzał lód i śnieg. Ślisko, ciemno, trzeba było dwa razy ostrożniej mierzyć każdy krok – opowiada Smajdor. W dodatku mróz, zabójczy dla ofiar, dawał się we znaki również ratownikom, którzy przy użyciu łopat, nożyc do blachy i gołymi rękami przekopywali ruiny. – Na podłogę opadły ogromne połacie dachu. Ludzie nie byli przysypani gruzem, tylko uwięzieni w przestrzeni między podłogą a litą płytą – opowiada van der Coghen. Dźwigi i podnośniki hydrauliczne były bezużyteczne – mogłyby poranić zakleszczonych w stalowej konstrukcji ludzi. Strażacy musieli piłami elektrycznymi wycinać otwory w dachu.

Ratownicy mówią, że i przygnieceni ludzie, i oni sami i tak mieli szczęście w nieszczęściu. – Tutaj była tylko stal i cienka blacha. Poszukiwania sprowadzały się do nasłuchiwania; spod betonu nie słyszelibyśmy krzyczących ludzi – opowiada Smajdor. – Kierowaliśmy się dzwonkami telefonów – dodaje van der Coghen.

Kamery i psy

Ratownicy wykorzystali wszelkie możliwe narzędzia. Grupy poszukiwawczo-ratownicze były wyposażone w kamery termowizyjne i na podczerwień, wzierniki i geofony. Kiedy wyczerpano możliwości nowoczesnej techniki, do akcji wkroczyły psy. Do Katowic ściągnięto z Nowego Sącza i Łodzi 13 psów szkolonych do przeszukiwania miejsc katastrof budowlanych. Ratownicy musieli posłużyć się psami gruzowiskowymi, zwykli policyjni „tropiciele” nie zawsze potrafią wskazać uwięzionych. – Taki pies umie rozpoznać „żywą tkankę”.

To wyścig z czasem, ratownicy nie mogą sobie zawracać głowy każdym ciałem – tłumaczy van der Coghen. Psy przyucza się do pracy z żywymi ludźmi od szczeniaka. Nauka trwa dwa lata; pies gruzowiskowy przechodzi co roku egzamin. W Polsce psy poszukiwawcze szkoli się w Nowym Sączu, Gdańsku, Poznaniu, Łodzi i Warszawie. Kiedy w Katowicach do akcji miał już wkroczyć ciężki sprzęt, kierujący akcją nadbrygadier Janusz Skulich postanowił, że psy jeszcze raz przeszukają ruiny – w poszukiwaniu zwłok.

– Może zdarzyć się cud. Ale w pewnym momencie prawdopodobieństwo odnalezienia kogoś pod gruzami jest bliskie zeru – uznał Skulich. Około godz 15.30 do akcji weszły psy policyjne. Bilans ofiar się nie powiększył. – Po przeszukaniu natrafiono jedynie na ślady krwi – tłumaczył wicewojewoda Artur Warzocha.

Marek Markowski

Źródło artykułu: WP Wiadomości
Wybrane dla Ciebie
Kulisy rozmów Ukrainy z Rosją. "Unikają historycznego popisywania się"
Kulisy rozmów Ukrainy z Rosją. "Unikają historycznego popisywania się"
Islandia przyspiesza drogę do UE. W tle groźby Trumpa
Islandia przyspiesza drogę do UE. W tle groźby Trumpa
Awarie kanalizacji na lotniskowcu. Marynarze mają dość
Awarie kanalizacji na lotniskowcu. Marynarze mają dość
Ropa nie płynie na Słowację. Kijów znów przesuwa termin
Ropa nie płynie na Słowację. Kijów znów przesuwa termin
Napięcie w Meksyku. Turyści z Polski o sytuacji na miejscu
Napięcie w Meksyku. Turyści z Polski o sytuacji na miejscu
Ultimatum dla Teheranu. Trump: To ja podejmuję decyzję
Ultimatum dla Teheranu. Trump: To ja podejmuję decyzję
Ambasador USA zlekceważył wezwanie. Francja zamyka dostęp do ministrów
Ambasador USA zlekceważył wezwanie. Francja zamyka dostęp do ministrów
Wałęsa ocenia Trumpa. "To bardzo rosyjska gra"
Wałęsa ocenia Trumpa. "To bardzo rosyjska gra"
Wyniki Lotto 23.02.2026 – losowania Multi Multi, Ekstra Pensja, Kaskada, Mini Lotto
Wyniki Lotto 23.02.2026 – losowania Multi Multi, Ekstra Pensja, Kaskada, Mini Lotto
Katastrofa śmigłowca w Peru. 15 osób nie żyje
Katastrofa śmigłowca w Peru. 15 osób nie żyje
Kim przygotowuje córkę do sukcesji. Mianował ją "dyrektorem ds. rakiet"
Kim przygotowuje córkę do sukcesji. Mianował ją "dyrektorem ds. rakiet"
Akcja aktywistów w Luwrze. Powiesili zdjęcie byłego księcia Andrzeja
Akcja aktywistów w Luwrze. Powiesili zdjęcie byłego księcia Andrzeja