Szydłowiec leży na Mazowszu. Ma najwyższe bezrobocie w kraju
Szydłowiec leży na Mazowszu. Ma najwyższe bezrobocie w kraju (WP.PL, Fot: Maciej Stanik)

Młodzi, zdolni i z Szydłowca. Stolica bezrobocia, w której biedy nie widać

Mówią, że to miasto żalów i pretensji. Perspektyw nie ma. Najlepiej stąd uciekać. Tłoczno się robi na święta, bo wtedy wracają ci z zagranicy. Ale są i młodzi, którzy tu zostają. Mają jeden bar, parę etatów i pomysły, a nie pretensje.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Artykuł jest częścią naszego redakcyjnego cyklu #JedziemyWPolskę

Kierowca patrzy znudzony na obskurny budynek dworca. Taksówkarze krążą w poszukiwaniu klientów. Ostatni pasażer trzaska drzwiami. Ruszamy do Radomia, żeby stamtąd złapać coś do Szydłowca.

Wysiadamy obok nierównego placu, na który wtaczają się wysłużone autobusy. Stają przed centrum handlowym z chińszczyzną. Jeden z kierowców wymiata kurz spomiędzy siedzeń, kolejka maleje, a po chwili brakuje miejsc.

Niektórzy jadą więc na stojąco. Spoceni, bo na zewnątrz żar, a przewiew to tylko wąski otwór w dachu. Staruszka na przedzie przygotowała się wcześniej. Wzięła wachlarz.

Tak dojeżdżamy do Szydłowca. Pasażerowie rozchodzą się w swoje strony. Mijam bramę, na której ktoś nagryzmolił, że to miasto żalów i pretensji. Sławne na całą Polskę, bo od lat bezrobocie ma najwyższe w kraju.

Bezpośrednich połączeń z Warszawy do Szydłowca jest niewiele. Najszybciej można dojechać przez Radom.
Źródło: WP.PL

Miasto żalów i pretensji

Na próżno jednak szukać tu biedy, którą byłoby widać gołym okiem. Ryneczek wyłożony jest nową, granitową kostką. Pośrodku stoi oślepiająco biały budynek ratusza. Otacza go rząd niskich kamienic. Za drzewami prześwituje ceglany kościół, wokół ciasno parkują samochody.

Mówi się też, że na próżno szukać tu pracy. Schodzi się rok, nawet dwa. No i młodych ludzi, bo kto tylko może, to ucieka. Gdzieś do większego miasta, żeby zdobyć dyplom. Albo za granicę, żeby zaoszczędzić trochę grosza.

- Ty dlaczego nie wyjechałeś? - pytam Michała.
- Też mnie to ciekawi… - zamyśla się.

Właściwie to wyjechał, ale wrócił. Znalazł w stolicy i pracę, i studia. Ale męczył go pęd tego miasta. Ludzie mijają się bez słowa, obojętni. Nikt nikogo nie zna, wszyscy wokół nieustannie się spieszą. Jak wrócił, to dopiero odetchnął.

Michał Szymkiewicz wrócił do Szydłowca. Ma 23 lata i pracuje w urzędzie miasta.
Źródło: WP.PL

Nikt nie dzwoni od dwóch lat

Tyle że znów był w mieście, gdzie z jednej strony pracodawcy klną, że nie mają kogo zatrudniać, a z drugiej ludzie narzekają, że nie mogą znaleźć pracy. Słyszy się o tym, jak kombinują. Ktoś zatrudni kogoś na czarno, wtedy jeden zasiłek weźmie, a drugi podatku nie zapłaci. Inny bezrobotny jest tylko na papierze, bo siedzi za granicą i tam zarabia.

Widać, że gdzieniegdzie na tablicach rozklejone są ogłoszenia. Ktoś szuka murarza, ktoś kelnerki, ktoś mechanika. Pod każdym numer telefonu, więc wybieram to ostatnie.

- Aktualne?
- Tak - potwierdza mężczyzna.
- I ktoś się zgłasza?
- Raz jak się wystawiłem, to przez dwa lata nikt nie dzwonił - wzdycha. - Sam muszę przyuczać, młodych brać, bo nie ma kogo.

Miasteczko nazywają jednak stolicą bezrobocia. Rzucone jest między Radom a Kielce, zamieszkane przez niecałe dwanaście tysięcy osób. Kiedyś bezrobocia było 40 proc., dzisiaj jest 23 proc.

Według najnowszych danych w powiecie Szydłowieckim jest aż 23 proc. bezrobocia.
Źródło: WP.PL

Butnego nie było

Michał odetchnął od zgiełku wielkiego miasta. Potem przypomniał sobie, jak bardzo irytowało go wszystko, co działo się wokół. Tylko teraz nie zamierzał tego rzucać, wyjeżdżać znów.

Zaczęło się, gdy zbierał podpisy pod petycją o skatepark. Był w trzecim pokoleniu, które o niego walczyło. Władze im obiecały, że teraz na pewno zbudują. Nawet lokalna prasa rozpisywała się o planach, padały obietnice, a skatepark nie powstał.

- Tak nie może być, że się młodych robi w konia - pomyślał wtedy.

Gdy zbliżały się wybory, napisał do niego ówczesny kandydata na burmistrza. Michał zaangażował się w kampanię na całego. Z resztą nie tylko siebie, ale i kolegów. Rzadko bywał wtedy na lekcjach.

- Nie było butnego, młodego, który chciałby coś zmienić - mówi po czasie.

Źródło: WP.PL

Szef mówił, że mnie zakopie

Wokół rynku dzieciaki jeżdżą na rowerach, matki przechadzają się z wózkami, staruszka spaceruje o lasce. Na ławce siedzi trzech mężczyzn, obserwują, jak toczy się powolne życie.

- Robota? - Ożywia się jeden z nich, gdy pytam, jak jest. - Na czarno się robi. Tylko letnią porą, bo zimą po zawodach.
- Po siedem złotych robiłem. Umowy żadnej - dorzuca jego kolega. - Szef powiedział, że jakbym nogę złamał, głowę skręcił, to on koparkę ma i by mi dół wykopał.
- To jest pracodawca? - oburza się ten pierwszy.
- Oszustwo - zgadzają się. - Ja byłem szesnaście lat we Włoszech. Jak chciałem, tak robiłem. Byłem kierowcą, zbieraczem owoców, wszystko. Jak mi coś nie pasowało, to waliłem.
- Niewesoło u nas jest…

Przed nami przemyka parę osób, wyglądających na turystów. Fotografują urokliwy ratusz, idą pod pomnik Tadeusza Kościuszki, który stoi dumnie na cokole. Znikają za rogiem jednej z kamienic.

Źródło: WP.PL

Przynieś, zanieś, pozamiataj

Tymczasem Michał dostał ofertę, nad którą nie zastanawiał się długo. Praca w urzędzie. Wreszcie naprawdę miał wpływ na to, co się w gminie dzieje. Na początku nie było łatwo. Takich jak on wcześniej tam nie mieli.

- Traktowali mnie jak gówniarza - prycha. - Przynieś, zanieś, pozamiataj.

Raz przyszedł w krótkich spodenkach, bo na zewnątrz żar był nie do zniesienia. Urzędnicy pod krawatami byli tym oburzeni. Słyszał, że gada trochę za dużo, że za młody, że za butny. Ale wierzył, że coś można tu zmienić. I nawet jeśli to drobne rzeczy, to od czegoś trzeba zacząć.

Tak więc stał przy rynku słup ogłoszeniowy, który nie wyglądał na staromiejski. Bardziej na taki, który mógłby stać obok wiejskiego przystanku. Do wymiany. Albo chodnik, który zrobiony był cały, oprócz pięćdziesięciu metrów. Do dorobienia.

- Co to za robota? - Pytał urzędników. - Albo róbmy coś do końca, albo wcale.

Wielu się dziwiło, po co to robi, bo przecież i tak nic z tego nie będzie. Ale byli w urzędzie i tacy, którzy nie wyobrażali sobie gminy bez niego.

Źródło: WP.PL

Nikt nas nie chce

Słońce praży na rynku. Trochę cienia jest tylko pod drzewami, pomiędzy którymi przemykają dwie kobiety. Świecą ich odblaskowe kamizelki, w jednej ręce trzymają wiadra, w drugiej grabie. Na głowach mają jednakowe czapki.

- Tutaj jest tragedia - kręci głową jedna z nich.
- I dwa, i trzy lata szukałam pracy - mówi druga. - Musiałam jeździć za granicę, bo z zasiłku człowiek nie wyżyje. Raz pakowałam pietruszkę, kiedyś pekinkę, zbierałam melony.
- Kto by do pracy chciał takie, jak my? Kobiety po pięćdziesiątce.
- Facetom łatwiej znaleźć coś. Zaczepią się na budowie.

Opierają grabie o drzewo. Obok stawiają wiadra.

- Kiedyś pracy było dużo! - wspominają.
- Były kamieniołomy, był przemysł. Ja pracowałam piętnaście lat w Skarżysku. Gdyby ten zakład istniał, to do dzisiaj bym tam była.
- Ja dziesięć lat szyłam wiązki, potem lutowałam kable. Więcej niż mąż zarabiałam.

Ale po kamieniołomach zostały dziury, które zalano wodą. Można tam pojechać, posiedzieć i odpocząć. Miasteczko słynęło ze swojego piaskowca, nawet do Warszawy jeździł. Budowali z niego domy przy Marszałkowskiej, elewację Pałacu Kultury i Nauki. Teraz kamieniołom został tylko jeden, za miastem.

Źródło: WP.PL

Weź coś zrób

Michał wciąż pracował w urzędzie. Chciał zrobić coś, żeby lepiej było młodym. Coś nowego, coś świeżego, coś, czego nie było. Zbliżały się dni miasta, wpadł na pomysł.

- Zaprośmy jakiegoś rapera - proponował.
- Rap to nie… - kręcili głowami urzędnicy. - Rap nie przejdzie…
- Spróbujcie - przekonywał - Będzie tłum młodych.

Nie udało się. Wtedy zobaczył kolejne absurdy. Mieli w parku toalety, które zamykano po zmroku. A przecież wtedy też trzeba korzystać. Szczególnie, że tam młodzi przesiadywali wieczorami, bo innego miejsca nie było.

Udało się zrobić tak, żeby były otwarte całą dobę. Tylko wtedy ktoś ukradł stamtąd grzejniki, potem papier toaletowy, a na koniec kratkę wentylacyjną. To i tak nic, bo raz ktoś ukradł ławki z parku. Później, jak na rondzie sadzili kwiaty, to przyszła pani, która je wykopała. Posadzili dęby, to i dęby ktoś wziął.

- Mentalność ludzi trzeba zmienić - przeklinał.

Źródło: WP.PL

Komu się chce, a komu się nie chce

Wystarczy jeden post, by wywołać lawinę komentarzy. Komu się chce, a komu się nie chce. I kto pracę może znaleźć, a kto nie. Bo nie ma wykształcenia, bo znajomości brak, bo wiek nie taki, jak trzeba.

Grażyna pisze, że wszyscy dobrze wykształceni z tej dziury uciekają, bo dla nich nie ma żadnych perspektyw. Gdzie tu robić coś ambitniejszego? Adrian opowiada, że chciał zatrudnić mechanika z doświadczeniem. Chętnych brak.

Łukasz proponuje, żeby zabrać wszystkie świadczenia socjalne, a wtedy ludzie sami zaczną szukać pracy. Jak nie tu, to w innym mieście. Krystyna zauważa, że skoro takie zarobki są, to i chętnych nie ma. Ludzie pracowali za granicą i wiedzą, ile mogą zarobić tam. Za taką samą pracę.

Helena denerwuje się, że ludzie wolą socjal, a potem narzekają na bezrobocie. Małgorzata wszystko już rzuciła, pojechała do Niemiec. Adam zastanawia się, bo może to specyfika tych prac powoduje, że chętnych nie ma. Beata mówi, że za marne grosze nie zostawi domu z dziećmi.

Źródło: WP.PL

Na piwo jeden lokal

Dawniej każdy poranek przed tym lokalem zaczynał się tak samo. Trzeba było szorować chodnik z krwi. Noc w noc bijatyki. Teraz jest inaczej. To jedyne miejsce, gdzie mogą spotkać się młodzi. I posiedzieć do późna.

Otworzył je Michał, parę tygodni temu. Wiedział, że nic tu nie ma. Tylko pizzeria, która zamyka się wcześnie, a są przecież młodzi ludzie. Wtedy najbliżej mieli lokal w Skarżysku.

Przy barze kilku z nich sączy piwo. Czasem wpada Marcin, który też wrócił ze stolicy. Był spedytorem. Praca niezła, ale miał normę, która wciąż wzrastała. Wyścig szczurów, a co zaczynało dobrze iść, to się popsuło.

Co chwilę wracał do Szydłowca. Bo rodzicom trzeba było pomóc, bo coś przy domu zrobić. Pomyślał, że zamiast wracać co tydzień, to wróci na stałe. Przez dwa miesiące nie miał pracy, a jak już trafił, to firma upadła. W końcu jednak znalazł to, czego szukał.

Źródło: WP.PL

- Ludzie są tu zakorzenieni w tym, że nic nie wyjdzie - mówi.

Opowiadał im, że potem chce otworzyć własną firmę. Słyszał, żeby dał spokój. Kto to kupi? Gdzie ci to pójdzie? Kto tam przyjdzie? Pukali się w głowę.

- Były tu trzy ośrodki, każdy tam pracował, nikt innej roboty nie widział - prycha. - Nie dostrzegają, że od czegoś trzeba zacząć.

Paulina też wróciła. Poczuła spokój, brak tej ciągłej gonitwy, bliskość natury, no i rodzinę miała obok siebie. Miała szczęście, bo dostała pracę, a nawet dwie, które związane są z jej studiami. Więcej jej nie potrzeba.

Źródło: WP.PL

Do dzisiaj mówią, żebym wyjechał

Wieczorem snuje się na rynku tylko kilku bezdomnych. Światło świeci się za oknami baru z kebabem. Przed nim siedzi gromadka dzieciaków, żują mięso z sosem, a rowery leżą rzucone na chodniku.

Dworzec jest kawałek dalej, za rynkiem, trzeba przejść nieco pod górkę. Tam ciasna poczekalnia, plac, na którym stają autobusy. Podjeżdża nasz, zielony. Ten sam, który wiózł nas z Radomia.

- Ludzie mi mówią, żebym wyjechał - wzdycha Michał. - Nawet siwe włosy już mam od tego wszystkiego.

Autobus znów wypełnia się do ostatniego miejsca. Tłoczniej robi się w miasteczku wtedy, gdy młodzi wracają na wakacje, przyjadą ze studiów do domu. Jeszcze tłoczniej na święta, gdy zjadą się wszyscy ci, którzy pracują za granicą.

Źródło: WP.PL

#JEDZIEMYWPOLSKĘ

Jeśli w Twojej miejscowości dzieje się coś ważnego, ciekawego, poruszającego - zgłoś się do nas za pośrednictwem platformy dziejesie.wp.pl

Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące