Jeden dzień prezydenta. Trumpizm w pigułce [OPINIA]
Przemocowiec i narcyz zawsze pozostaje sobą. To, że jest prezydentem wielkiego mocarstwa, nie może tego zmienić. I świetnie widać to we wtorkowych wystąpieniach, słowach i działaniach Donalda Trumpa, które ujawniają - nie po raz pierwszy - realne oblicze tego polityka - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Donald Trump, trzeba to nieodmiennie przypominać, nie jest ani człowiekiem prawicy, ani reprezentantem chrześcijańskiego, czy choćby konserwatywnego myślenia. Nie jest też tak, wbrew temu, co nieodmiennie powtarzają jego zwolennicy (ale i przeciwnicy), że realizuje on prawicową czy chrześcijańską agendę. Jedynym przedmiotem wiary i zainteresowania Trumpa jest on sam, a jego poglądy - te realne, a nie te deklarowane na potrzeby chwili, nie mają nic wspólnego z Ewangelią czy choćby najłagodniej zarysowaną konserwatywną wizją.
I wystarczy przyjrzeć się wydarzeniom dnia ostatniego, by to zobaczyć.
Ekspert nie ma złudzeń. "Rosja jest z nami w stanie wojny"
We wtorek zobaczyliśmy prezydenta USA, który używa przemocowego języka wobec kobiet, normalizuje mordy polityczne i wreszcie stara się tuszować jeden z największych skandali pedofilskich w USA.
Oczywiście dla nikogo, kto zna biografię prezydent USA i jego wcześniejsze zachowania, nie powinno to być zaskoczeniem. Jednak skupienie wszystkich tych wydarzeń i słów w odległości kilkudziesięciu godzin sprawia, że po raz kolejny - jak w soczewce - zobaczyliśmy, kim naprawdę jest Trump.
Zacznijmy od słów, które doskonale pokazują, jaki jest stosunek Trumpa do innych, w tym do kobiet. Gdy dziennikarka Catherine Lucey z Bloomberga zaczęła dopytywać, czy w mailach Epsteina jest coś obciążającego dla Trumpa, odpowiedź prezydenta była błyskawiczna.
- Cicho. Cicho, świnko - powiedział kobiecie.
Słowa te nie mogą być oczywiście skomentowane inaczej, niż zrobili to amerykańscy dziennikarze.
"To obrzydliwe i całkowicie niedopuszczalne" - napisał w serwisie X prezenter CNN Jake Tapper, a była była prezenterka Fox News Gretchen Carlson uznała słowa prezydenta Trumpa za "obrzydliwe i poniżające".
I choć, jak podkreślam, trudno się nie zgodzić z tymi ocenami, to niestety słowa Trumpa w ogóle nie zaskakują. Prezydent USA jest znany z tego, że do kobiet odnosi się z wyższością, upupia je i w istocie brakuje mu choćby podstawowego szacunku dla nich.
Warto przypomnieć, że jeszcze przed pierwszą kadencją swoich rządów Trump mierzył się z własnymi słowami dotyczącymi kobiet. W ujawnionym w 2016 r. nagraniu opowiadał o tym, jak podrywał zamężną, niewymienioną z imienia i z nazwiska kobietę, chwaląc się, że mocno się do niej dobierał (co określił angielskim słowem, zaczynającym się na literę f), a potem dodawał, że bardzo się rozczarował, gdy zrozumiał, że obiekt przemocowych zachowań ma wielkie, sztuczne piersi. A na koniec swojej wypowiedzi powiedział "Jeśli jesteś gwiazdą, one pozwalają ci na wszystko. Mogę położyć rękę na jej c... i ona się na to zgodzi".
Późniejsza afera z gwiazdą filmów dla dorosłych, której Trump płacił za milczenie w kwestii ich relacji, tylko wzmacnia obraz realnego, uprzedmiatawiającego stosunku prezydenta USA do innych.
Słowa skierowane do dziennikarski Bloomberga tylko przypominają, że Trump się nie zmienił, że jest tym samym, obleśnym i nieumiejącym się zachować w odniesieniu do kobiet typem. Nic więcej i nic mniej.
Jeśli ktoś jednak ma nadzieję, że przemocowe myślenie Trumpa ogranicza się do kobiet, to jest w błędzie. Inne wypowiedzi prezydenta z ostatnich godzin pokazują, że Trump jest przekonany nie tylko, że wybrańcy mogą molestować seksualnie kobiety, ale także, że nie ma w istocie nic skandalicznego w tym, że możni tego świata mogą zabijać dziennikarzy, którzy im przeszkadzają.
Niestety nie jest to przesada. Gdy dziennikarka telewizji ABC zapytała spotykającego się z Trumpem saudyjskiego księcia Muhammada ibn Salmana o zabójstwo dziennikarza "Washington Post" Dżamala Chaszukdżiego, prezydent zaczął ją atakować i zapewniać, że książę nic nie wie o sprawie. Zakończył stwierdzeniem, że nic nie wiedział o zabójstwie dziennikarza w konsulacie Arabii Saudyjskiej w tureckim Stambule.
- Jeśli chodzi o tego dżentelmena tutaj, on wykonuje fenomenalną robotę. Wspomniałaś o kimś, kto był skrajnie kontrowersyjny. Wielu ludzi nie lubiło człowieka, o którym mówisz. I czy go lubicie, czy nie, czasami zdarzają się takie rzeczy. Muhammad ibn Salman nic o tym nie wiedział i skończmy na tym. Nie musisz zawstydzać naszego gościa takimi pytaniami - podkreślił prezydent USA.
Te słowa to zaś w istocie próba normalizacji mordów politycznych, a także odrzucenie fundamentu soft power USA, jakim było niezmiennie egzekwowanie praw człowieka. Trump jednak odmawia nawet zadawania pytań o te kwestie, jeśli tylko utrudniają mu one robienie biznesu.
Ale w ostatnich godzinach, dniach i tygodniach zobaczyliśmy także, jak Trump traktuje swoje własne słowa i obietnice. Mowa oczywiście o sprawie Epsteina. Warto przypomnieć, że afera, w którą zamieszanych jest wiele kluczowych postaci z przestrzeni polityki, ale i popkultury, była jednym z kluczowych elementów w prowadzonej przez Trumpa kampanii wyborczej. Pedofilia zaś - a konkretniej kilka związanych z nią teorii spiskowych - budowała i wzmacniała ruch MAGA. Mogło się więc wydawać, że przynajmniej w tej sprawie prezydent USA zachowa konsekwencje.
Tyle że okazało się, iż w mailach i listach występuje także on. I choć nie ma w nich - a przynajmniej w tym, co zostało ujawnione, jawnych dowodów winy Trumpa w tej sprawie, to… prezydent USA zadziałał jak typowy narcyz, czyli zaczął blokować debatę i ujawnianie informacji w tej sprawie. Ostatecznie - co nie jest częste - musiał ustąpić i pełna dokumentacja zostanie ostatecznie ujawniona. Nie jest to zdecydowanie zasługa Trumpa, a on sam pokazał, że w sprawach, w których zajmował jednoznaczne stanowisko, jest w stanie radykalnie zmienić zdanie, jeśli tylko przestają mu one służyć.
Jeśli coś ma dla Trumpa znaczenie, to nie dzieci, nie tradycyjne wartości, nie pokój, ale on sam i jego biznesy. A tym, co kieruje jego myśleniem jest… - żeby nie być wulgarnym, napiszę, że ego.
I to całkowicie jednoznacznie pokazuje, że trumpizm nie ma nic wspólnego z tradycyjnie rozumianym konserwatyzmem, o chrześcijaństwie nie wspominając. Wystarczy prześledzić 24 godziny z życia Trumpa, żeby to zobaczyć.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".