Wielki zwrot w USA. MAGA dokonuje rewolucji [OPINIA]
W ciągu ostatnich pięciu lat, a już zwłaszcza od czasu, gdy Twitter zawiesił konto Trumpa po szturmie na Kapitol w 2021 roku, ruch MAGA przedstawiał się jako siła walcząca o wolność słowa. Dziś z deklaracji niewiele zostało, co w USA dobitnie pokazują ostatnie tygodnie - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.
MAGA przekonywała, że tylko ona obroni wolności słowa przed rzekomo zagrażającą jej "kulturą woke" i "radykalną lewicą", potępiała "cancel culture", stała na stanowisku, że nie ma czegoś takiego jak "mowa nienawiści", a nawet jeśli jest, to mieści się w wolności słowa. Sam Donald Trump obiecywał w inauguracyjnym orędziu, że "natychmiast skończy z wszelkimi formami cenzury rządowej" i "przywróci wolność słowa w Ameryce".
Od początku można było mieć wątpliwości co do szczerości tych deklaracji. W tym samym czasie prawica prowadziła wojnę przeciw szkolnym bibliotekom, walcząc o usunięcie z nich niepodobających się im książek. Prawicowe organizacje sporządzały listy rzekomo "radykalnie lewicowych" profesorów zatrudnionych na wyższych uczelniach, co wciągnięte na nie osoby narażało co najmniej na regularny hejt. Trump pozywał krytycznie piszące o nim media na wielkie sumy, by stłumić ich krytykę swojej osoby.
Teraz jednak, po zabójstwie Charliego Kirka – który sam wielokrotnie bronił bardzo szeroko rozumianej wolności słowa – MAGA ostatecznie porzuciła retorykę wolności słowa, sama nagle z chęcią sięga po narzędzia tego, co nazywała cancel culture, a nawet po działania, które nawet jeśli nie są jeszcze otwarcie państwową cenzurą, to niebezpiecznie się do niej zbliżają.
Bo trudno inaczej opisać to, co stało się z komikiem Jimmym Kimmelem, którego show został zdjęty z anteny telewizji ABC w obawie kierownictwa stacji przed konsekwencjami jakie mogą ją spotkać ze strony prezydenta i kierowanych przez jego sojuszników instytucji, wściekłych na to, co Kimmel powiedział o reakcji Trumpa i jego zaplecza na zabójstwo Kirka.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Wielkie manewry NATO w Polsce. "Musimy wygrać tę wojnę"
Problemem nie jest to, co powiedział komik
Kimmel nie pochwalał, ani nie bagatelizował politycznego mordu na Kirku, nie wyśmiewał się też z tego wydarzenia. W monologu otwierającym swój poniedziałkowy show powiedział tylko, że "w trakcie ostatniego weekendu gang MAGA sięgnął nowego dna, desperacko próbując przedstawić dzieciaka, który zabił Charliego Kirka jako kogokolwiek innego niż jeden z nich i robiąc wszystko, by wykorzystać to morderstwo politycznie". Skrytykował też reakcję Trumpa na wydarzenia z Utah, pokazując klip, w którym Trump pytany przez dziennikarza przed Białym Domem, jak radzi sobie ze śmiercią Kirka, odpowiada, że dobrze, po czym zmienia temat i zaczyna opowiadać o budowie nowej sali balowej w Białym Domu. - Prezydent przeżywa właśnie czwarty stopień żałoby – prace budowlane – skomentował Kimmel.
Media zalały reakcje oburzonej prawicy. Kimmelowi zarzucano, że stara się obwinić o śmierć Kirka ruch MAGA albo o "rozpowszechnianie dezinformacji" na temat prawdziwych motywów zabójcy. Ze wszystkich oburzonych głosów najbardziej decydujący, jak wszystko wskazuje, okazał się ten Brendana Carra, nominowanego przez Trumpa i postrzeganego jako bliski ideologiczny sojusznik prezydenta, szefa Federalnej Komisji Łączności (FCC), ciała odpowiadającego za koncesje dla radia i telewizji, pełniącego podobne funkcje do naszej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
Carr powiedział wprost: albo firmy telewizje zmienią swoje postępowanie i wyciągną konsekwencje wobec Kimmela, albo zajmie się tym FCC – które może nakładać na telewizje grzywny, a nawet cofnąć im koncesję. Chwilę później Nexstar, firma kontrolująca 32 lokalne telewizje związane z ABC, zapowiedziała, że nie będzie pokazywać programu Kimmela. Następnie także ABC ogłosiło, że zawiesza jego dalszą produkcję do odwołania.
Jak pisze magazyn "Rolling Stone", powołując się na dwa źródła bliskie zarządowi stacji, ABC i kontrolująca nadawcę korporacja Disneya zwołały posiedzenie kryzysowe na szczycie. Większość zarządu miała poczucie, że Kimmel nie powiedział niczego, co uzasadniałoby zdjęcie jego show z anteny. Uznano jednak, że ryzyko zemsty ze strony administracji, jeśli program Kimmela zostanie, jest zbyt wielkie.
Jak pisze magazyn: "decyzja ABC […] pokazuje jak bardzo największe korporacje medialne są przerażone drugą administracją Trumpa". I to jest prawdziwy problem, o którym powinniśmy rozmawiać, a nie o tym, czy Kimmel powiedział o kilka słów za dużo czy nie. Tak, zabójca Kirka nie był, jak wszystko wskazuje, zwolennikiem ruchu MAGA. Komentarz Kimmela był co najmniej niefortunny. Zwolnienie komika z pracy – bez dania mu szansy, by odniósł się do swoich słów w kolejnym programie i np. przyznał się do błędu – jest całkowicie nieproporcjonalne.
Fakt, że stacja podejmuje ją po tym, gdy bliski prezydentowi szef FCC grozi stacji nawet odebraniem koncesji, jest już czymś naprawdę niepokojącym – bo naprawdę ociera się o otwartą państwową cenzurę.
"Idziemy po ludzi takich, jak wy!"
Trump nie ukrywał swojego zadowolenia z decyzji ABC. Na swoim portalu społecznościowym Truth Social stwierdził, że "Colbert ma ZERO talentu" i pogratulował ABC jego zwoleninia. Wezwał też telewizję NBC, by zwolniła "dwóch przegrywów" – Jimmy’ego Fallona i Setha Meyersa, krytycznych wobec Trumpa komików prowadzących swoje show w tej stacji.
Wcześniej telewizja CBS ogłosiła, że nie przedłuży kontraktu innemu prowadzącemu swój show komikowi, Stephenowi Colbertowi. Choć powody mają być finansowe, to decyzja zapadła po tym, gdy Colbert skrytykował ugodę, jaką kontrolująca stację korporacja Paramount zawarła z Trumpem. Prezydent pozwał wcześniej CBS za wywiad z Kamalą Harris, wyemitowany w trakcie kampanii w 2024 roku.
Jak na portalu X napisał David Axelrod, główny strateg Obamy w kampaniach w 2008 i 2012 roku: "Kilka dni po wyborach w 2016 roku byłem gościem w programie Billa Mahera. Bill zapytał mnie: czy Trump będzie używał państwowej władzy, by dopaść komików, którzy sobie z niego kpili. Uznałem to za pozbawioną podstaw paranoję. Przepraszam Bill, miałeś rację!".
Trump idzie jednak nie tylko po komików. Trudno oprzeć się wrażeniu, że prezydent i jego administracja traktują tragiczny mord na Kirku jako okazję do uciszenia krytycznych wobec władzy głosów, często przyjmując przy tym pozycje przeciw, którym wcześniej walczyli. Wiceprezydent J. D. Vance mówił, że osoby "celebrujące śmierć Kirka" – co w optyce MAGA może oznaczać po prostu post krytykujący poglądy Kirka opublikowany po jego śmierci – powinni być chronieni na gruncie pierwszych poprawki, jak najbardziej mogą być jednak zwalniane z tego powodu z pracy, albo tracić federalne finansowanie. Wcześniej prawica broniła osoby, które z racji swoich skrajnie prawicowych poglądów padały ofiarami podobnych procesów, jako ofiary cancel culture.
Choć prawica latami walczyła o to, by prywatne przedsiębiorstwa mogły odmówić wykonania usługi, jeśli sprzeczna jest ona z poglądami właścicieli – np. gdy cukiernik nie chce upiec tortu na wesele jednopłciowego małżeństwa, bo z przyczyn religijnych odrzuca małżeństwa osób tej samej płci – to dziś prokurator generalna Trumpa Pam Bondi, grozi możliwymi kłopotami prawnymi osobom odmawiającym np. druku plakatów na uroczystości żałobne po Kirku. Prawica zapomniała także o swoim stanowisku, że "nie ma mowy nienawiści", Bondi zapowiedziała jej ściganie. Dopiero po fali krytyki, także z części ruchu MAGA, szefowa amerykańskiej prokuratury doprecyzowała, że chodzi jej tylko o bezpośrednie wezwania do przemocy.
Nie wiadomo jednak, czy podobnie rozumie to Trump. Pytany przez dziennikarza ABC pod Białym Domem o to, kogo władze będą ścigać pod zarzutami mowy nienawiści, Trump odpowiedział: "pewnie takich ludzi, jak pan. Macie dużo nienawiści w swoim sercu". Jeszcze dalej Trump poszedł w czwartek. Na pokładzie Air Force One, wracając z wizyty w Wielkiej Brytanii, stwierdził, że wszystkie główne stacje telewizyjne są "medialnym ramieniem partii demokratycznej", "w 97 procentach" przedstawiają go we wrogim świetle i "być może FCC powinna im odebrać koncesje".
Nowy medialny ład Trumpa
FCC nie musi przy tym nikomu odbierać koncesji. Wystarczy sama taka groźba, by stacje zaczęły się samocenzurować, ograniczać krytykę prezydenta, rezygnować – oficjalnie np. pod pretekstem finansowym – z usług szczególnie nie lubianych przez niego gwiazd.
Gdy Trump pozwał CBS, twierdząc, że wywiad z Kamalą Harris został zmontowany tak, by kandydatka demokratów wypadła korzystniej, co było manipulacją mającą przechylić szalę na korzyść demokratów, większość uważała jego pozew za absurd. Paramount zdecydował się jednak na ugodę, przekazując w jej ramach 16 milionów dolarów na prezydencką bibliotekę Trumpa. Zdaniem wielu ekspertów tłem ugody była fuzja Paramount i Skydance, na którą zgodę musiało wyrazić FCC.
Właścicielem Skydance jest David Ellison, syn sprzymierzonego dziś z Trumpem miliardera, założyciela Oracle, Larry’ego Ellisona. CBS pod nową korporacyjną strukturą ma przesunąć się na prawo i stać się bardziej przyjazna wobec oczekiwań prezydenckiej administracji.
Na początku września, po tym, gdy sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem miała do stacji pretensje o to, jak zmontowała wywiad, jakiego jej udzieliła, CBS ogłosiła, że wywiady polityczne będzie odtąd emitować tylko na żywo lub bez skrótów. Stacja zatrudniła też związanego z konserwatywnym think tankiem Hudson Institute Kennetha R. Weinsteina na stanowisko specjalnego wewnętrznego rzecznika mającego rozpatrywać skargi na jej materiały.
Ellisonowie, jak podaje "New York Times", prowadzą negocjację nad zakupem prawicowej strony The Free Press i myślą o postawieniu jej założycielki i szefowej, Bari Weiss na czele CBS. Na tym ambicje medialne rodziny się nie kończą. Od jakiegoś czasu słyszymy, że myśli ona zakupie aktywów Warner Bros. Discovery – na czele z CNN i HBO. Wtedy najpewniej CNN i CBS połączyłyby się w jedną markę, może nie tak przesuniętą na prawo jak Fox News, ale znacznie mniej krytyczną wobec obecne prezydenta, niż dziś są obie te stacje.
Gdyby doszło do takich przemian, to w połączeniu z obawami innych mediów o zemstę administracji, w Stanach wyłoniłby się nowy ład medialny – taki, w którym choć formalnie nie panowałaby państwowa cenzura przestrzeń dla krytyki obecnej administracji, bardzo niebezpiecznie by się skurczyła.
Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek*
*Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu "Filmweb". Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".