Trwa ładowanie...
Było sennie, a wtedy Amerykanin "odpalił" bombę "3xH". Spadły maski
(PAP, Fot: Jakub Kamiński)

Było sennie, a wtedy Amerykanin "odpalił" bombę "3xH". Spadły maski

- To jest konferencja fejkowa – stwierdził jeden z izraelskich dziennikarzy na Stadionie Narodowym. Nie znaczy to jednak, że nie jest ważna, ani nieciekawa. Po prostu rzeczy najważniejsze nie mają nic wspólnego z obrazem, który trafia na zewnątrz.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

W piątek po południu w zatłoczonym, warszawskim autobusie dzwoni telefon.

- Panie redaktorze, za godzinę w hotelu – mówi urzędniczka jednej z arabskich ambasad.

Tak dla mnie rozpoczęła się bliskowschodnia konferencja w Warszawie. Zamiast z pracy do domu, biegiem do jednego z luksusowych hoteli w centrum miasta. W lobby pełno wysportowanych, młodych mężczyzn w ciemnych garniturach. W uszach słuchawki. W klapach znaczki służb bezpieczeństwa kilku krajów.

O zbożu za zamkniętymi drzwiami

Szybko trafiam do "sali przejściowej", czyli miejsca wyznaczonego przez ochronę dla czekających dziennikarzy. Jest prawie pusta. Jest jeszcze dwóch kolegów z polskich mediów i operator agencji informacyjnej równie pospiesznie ściągniętych na miejsce. Za to "opieka" robi wrażenie. Przedstawiciel brytyjskiego Secret Service mówi po polsku. Amerykanin stoi w drzwiach i uważnie śledzi każdy nasz ruch. Po chwili prosi o wejście bez kurtek i plecaków. Wchodzi trzech Amerykanów z psem poszukującym materiałów wybuchowych.

Źródło: PAP / Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Spotkanie delegacji Polski i USA, które odbyło się w ramach konferencji bliskowschodniej.

W tym czasie korytarzem przechodzi kilku polskich specjalsów. Zielone mundury, kominiarki, karabiny. Sprawa jest poważna, co potwierdza przedstawicielka amerykańskiego departamentu stanu. Piętro wyżej zaczyna się jedno z najważniejszych spotkań towarzyszących warszawskiej konferencji z udziałem szefów dyplomacji USA, Wielkiej Brytanii, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Tak wygląda prawdziwa polityka międzynarodowa na najwyższym szczeblu. Cicha, przytulna sala konferencyjna i cztery flagi narodowe i cztery delegacje przy dwóch niedużych stołach, a za nimi kilu doradców i sekretarzy. Za drzwiami ochrona i jeszcze więcej asystentów. Wybranym dziennikarzom pozwolono na szybki rzut oka do środka, zanim zamknięto drzwi, za którymi ważył się los milionów ludzi. Dosłownie.

Mike Pompeo z USA, Jeremy Hund z Wielkiej Brytanii, Adil al Dżubeir z rodu Saudów i Abdullah bin Zajed al Nahyan, syn założyciela Zjednoczonych Emiratów Arabskich spotkali się, żeby uratować zawieszenie broni w jemeńskim porcie Hudajda.
Polska nie ma nic wspólnego z milionami ton zboża, które zgniją, jeśli zwaśnione wojska nie wycofają się na uzgodnione pozycje. Wtedy jedzenie nie trafi do milionów głodujących. To jednak w przyćmionym świetle warszawskiego hotelu odbyła się rozmowa, która musiała sporo kosztować saudyjskiego ministra.

Przechodząc szybkim krokiem nawet nie spojrzał na czekających dziennikarzy. Nikt też nie informował o zakończeniu spotkania. Nie było żadnego oświadczenia dla prasy. Młodsi rangą dyplomaci po prostu wynieśli flagi narodowe, a z korytarza zniknęli ochroniarze.

Spotkania, których "nigdy nie było"

Na obrzeżach dużej, międzynarodowej konferencji odbywają się dziesiątki tego rodzaju nieoficjalnych spotkań pomiędzy dyplomatami i politykami. Nie one są jednak najciekawsze. Istnieje też kategoria ściśle tajnych spotkań, o których nikt nie mówi, ani nawet nie wpisuje ich w kalendarze uczestników. To tak zwane "non-events", czyli zdarzenia niemające miejsca. W najbardziej delikatnych sytuacjach są to rozmowy w "cztery oczy", co też jest umowne, bo zazwyczaj uczestniczą w nich politycy z sekretarzami, którym jednak nie wolno nawet robić notatek.

W tym samym czasie, na tej samej imprezie w Warszawie znalazł się minister al Dżubeir z Arabii Saudyjskiej i premier Izraela Beniamin Netanjahu. Ich państwa łączy wrogość do Iranu, ale dzieli konflikt izraelsko–arabski. Wiadomo, że panowie znaleźliby wiele tematów do rozmów, ale gdyby się spotkali i ktokolwiek zrobił im zdjęcie, to byłby to kataklizm na skalę regionalną, a może i globalną.

Dlatego wiadomo jedynie o spotkaniu premiera Netanjahu z sułtanem Omanu, a o ewentualnych rozmowach z innymi państwami Zatoki Perskiej po prostu się milczy. Nie zdarzyły się, a jeśli, to nigdy się o nich nie dowiemy, a jeżeli jakiś dziennikarz odważy się zadać takie pytanie ministrowi Dżubeiriemu przy okazji jakiegoś spotkania, to znany z twardych zachowań dyplomata najprawdopodobniej odwróci się i bez słowa wyjdzie kończąc rozmowę.

Wszystkie takie spotkania odbywają się - nawet, jeżeli oficjalnie ich nie ma - za fasadą. W przypadku Warszawy była to konferencja na temat bezpieczeństwa i pokoju na Bliskim Wschodzie na Stadionie Narodowym. Tutaj już wszystko, albo prawie wszystko, odbywało się zgodnie z regułami gry. Kilkuset dziennikarzy otrzymało akredytacje potwierdzone przez SOP, a przy wejściach polscy funkcjonariusze sprawdzali sprzęt.

Źródło: PAP / Adel al-Jubeir, minister stanu ds. zagranicznych Arabii Saudyjskiej.

Polska strona zorganizowała centrum prasowe z sokami, kawą i ciasteczkami, które musiały wystarczyć na cały dzień pracy. Tylko uprzywilejowanym, albo sprytnym, udało się dostać do bufetu na piętrze. Reporterzy z całego świata narzekali do wyjątkowo szczelną, a więc uciążliwą izolację. Oprócz wejścia przed imprezą i możliwością zrobienia nagrań we wskazanych miejscach i o wskazanych porach, nie było możliwości dostania się do polityków.

Z punktu widzenia dziennikarzy, najciekawszym elementem tego rodzaju wydarzeń jest właśnie możliwość wymiany kilku zdań z politykami czy dyplomatami na korytarzu lub przy kawie. Świetnym przykładem takiego miejsca jest Parlament Europejski, gdzie goście, parlamentarzyści i reporterzy wyjątkowo swobodnie się mieszają i spotykają. Na Stadionie Narodowym było inaczej, a zdesperowani przedstawiciele mediów zaczęli nagrywać się nawzajem, bo przecież czymś trzeba zapełnić programy.

I wkroczył Mike Pompeo

Od wszystkich reguł są wyjątki i tak było tym razem. Jeszcze przed formalnym rozpoczęciem obrad nagle izraelscy dziennikarze zaczęli gromadzić się przy drzwiach centrum prasowego. Wystarczyło do nich dołączyć, wmieszać się w tłum, żeby znaleźć się na wprost drzwi, przed którymi czekał sekretarz stanu Mike Pompeo. Zrelaksowany szef amerykańskiej dyplomacji był tu gospodarzem i czekał na gościa, którym okazał się premier Izraela Beniamin Netanjahu.

Politycy odpowiedzieli na kilka pytań wykrzyczanych przez dziennikarzy i w ciągu niespełna trzech minut ostatecznie zniszczyli wizerunku konferencji, który od kilku tygodni usiłowali ratować Polacy. Według ministra Jacka Czaputowicza spotkanie nie było wymierzone przeciwko żadnemu krajowi, a uczestnicy mieli rozmawiać o tematach dotyczących całego regionu, czyli uchodźcach, broni, terroryzmie.

- Nie ma możliwości zbudowania trwałego pokoju i stabilności na Bliskim Wschodzie bez konfrontacji z Iranem – powiedział Mike Pompeo i uściślił, że chodzi mu, m.in., o walkę z tak zwanym "3xH", czyli Hezbollahem w Libanie, palestyńskim Hamasem i milicjami Houthih w Jemenie.

Od samego początku mówiono o konferencji antyirańskiej, co Warszawa usiłowała tuszować. Goście z USA i Izraela jednak najwyraźniej nie przejęli się jednak wrażliwością gospodarzy i bez ogródek mówili o budowaniu koalicji wymierzonej w Teheran. Kilka godzin później na scenę wyszedł wiceprezydent Mike Pence i wygłosił tak silnie anty irańskie przemówienie, że zaskoczył nim nawet pracowników departamentu stanu.

Źródło: PAP / Mike Pompeo bez ogródek oświadczył, kto jest wrogiem na Bliskim Wschodzie. To "3xH", czyli Hezbollah w Libanie, palestyński Hamas i milicje Houthih w Jemenie.

Odwołania do Boga i ludu Abrahama, przywoływanie Holokaustu, czy otwarta krytyka najważniejszych państw europejskich za omijanie sankcji na Iran to jednak nie wszystko.

- On skrytykował administrację Obamy – mówił wyraźnie zdegustowany Amerykanin. – U nas takich rzeczy się nie robi. Wasza polityka jest inna, ale u nas bieżącej administracji nie wypada w ten sposób publicznie krytykować polityki zagranicznej poprzedników.

Skoro najpierw Pompeo, a później Pence tak jednoznacznie oznajmili, o co tak naprawdę chodziło w Warszawie, to wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego zwyczajnie nie miało już znaczenia. Nic więc dziwnego, że przed telebimem w centrum prasowym pozostali już tyko ci, którzy z takich czy innych powodów musieli go wysłuchać. Podobnie było z końcową konferencją prasową. Wielu dziennikarzy nie dotrwało do tego momentu.

"Fejk", o którym rano mówił Izraelczyk został brutalnie obnażony. W tej sytuacji końcowe oświadczenie, w którym nie padło słowo „Iran”, a odnosiło się do oficjalnego porządku obrad, zwyczajnie nie miało już znaczenia.

W tej sytuacji nie pozostało już nic innego, jak uznać warszawską konferencję za sukces. Tak się po prostu robi. Niezależnie od okoliczności.

Polub WP Wiadomości
d17txbe

Podziel się opinią

Share

Więcej tematów