"Zakute łby to my". Kulisy show, które z Przemysława Czarnka ma zrobić premiera
Pół godziny wystarczyło. W tym czasie Przemysław Czarnek, wskazany przez Jarosława Kaczyńskiego na przyszłego premiera, zdążył naurągać większości politycznych przeciwników. Tusk - to według niego - "podły kłamca", Czarzasty "towarzysz komuch", Nowacka "bezwstydna kłamczucha". Konfederatów, "Sławka i Krzysztofa", oszczędził. Pogroził im tylko palcem, by nie planowali wspólnego rządzenia z PO.
Pierwszy przedwyborczy wiec w nowej roli Czarnek odbył w Iławie. Pośród kilkuset sympatyków, którzy przyjechali zobaczyć, "jaki naprawdę jest ten Czarnek", tylko jeden zakłócił sielankę. Mężczyzna przedstawiający się jako "Zbyszek, katolik", zapytał: - Może by już tak nie oczerniać wszystkich dookoła. To też są Polacy. Może już trochę przestać dzielić tę Polskę i Polaków?
Sala momentalnie ucichła.
- Proszę zostać przy mikrofonie. Porozmawiamy. Jak pan powiedział? Oczerniać? A o kim ja tu powiedziałem nieprawdę?! - odparł wyraźnie wzburzony Czarnek, rozglądając się po twarzach zgromadzonych. Robił to do momentu, gdy na widowni rozległ się pomruk niezadowolenia.
Pytający, wyraźnie zbity z tropu, zaczął się plątać w odpowiedzi.
- No… ja tylko mówię... Można się za nich pomodlić… także za przeciwników - dodał. Z odpowiedzią trafił, bo "przyszły premier" po dłuższym wywodzie przytaknął: - Tak! Codziennie się modlę także za wrogów Polski.
Były "moherowe berety", teraz są dumne "zakute łby"
Nikt by się nie spodziewał, że w niespełna 30-tysięcznej Iławie w woj. warmińsko-mazurskim przyjazd wiceprezesa PiS Przemysława Czarnka zgromadzi kilkusetosobową publiczność. Tutejsza hala widowiskowa, położona nad brzegiem Jezioraka, zwykle zapełnia się wtedy, gdy siatkarki trzecioligowego Zrywu Volley walczą z drużyną z Elbląga. Albo kiedy koszykarze miejscowej Orki próbują pokonać rywali z Gdańska.
Do wyborów parlamentarnych został grubo ponad rok. Komu w głowie jakiś przyszły premier? Poza sezonem w tym żeglarskim miasteczku życie toczy się spokojnym rytmem. Korek na głównej ulicy pojawia się właściwie tylko po południu, kiedy mieszkańcy wracają z pracy do domów w okolicznych miejscowościach - Jabłonowie Pomorskim, Działdowie, Samborowie czy Kisielicach.
Sądząc po rozstawionych podestach i rzędach krzeseł, organizatorzy spotkania zakładali, że przyjdzie może z 200 osób. Błąd - już pół godziny przed wystąpieniem Czarnka gorączkowo dostawiano krzesła. Po rejestracjach na parkingu było widać, że zwolennicy PiS i ciekawscy zjeżdżają z całego regionu.
Siadam w jednym z ostatnich rzędów. Niedaleko mnie miejsce zajmuje pani Dagmara, która chwilę wcześniej mówiła do kamery lokalnej telewizji: "PiS do boju, Czarnek pogoni lewaków". Obok przysiadają dwie emerytki z Iławy. Przede mną siwy mężczyzna w białej koszulce z czerwonym napisem: "Dość degradacji kraju. Polacy, obudźcie się", który o uwagę rywalizuje z 60-latkiem w czapeczce "Polska to jest ważna sprawa – Nawrocki 2025". To gadżet z ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej.
Obaj przegrywają, bo oto na trybunę wdrapuje się facet z transparentem Klubu "Gazety Polskiej". Do zimowej czapki z pomponikiem przymocował kartkę z napisem: "Zakuty łeb". Pytam, skąd pomysł.
- Kiedyś kpiono z moherowych beretów, teraz są zakute łby - odpowiada. Przypomina, że w ten sposób Donald Tusk mówił w Sejmie o przeciwnikach zaciągania przez Polskę unijnej pożyczki w programie zbrojeniowym SAFE.
- A czy to jest jakiś obowiązek, żeby zgadzać się z premierem? Mnie można przekonywać, że jakiś program finansowania jest lepszy. Ale jak usłyszałem o tych "zakutych łbach", pomyślałem: nie ze mną takie zagrywki. Dopiero co mówili, że miliardy pójdą na armię, policję i służby. A teraz co? Nagle zmiana - albo pożyczka z Unii, albo nic? - tłumaczy z ożywieniem i podsumowuje: - No to my właśnie jesteśmy te "zakute łby".
Przedstawia się: Andrzej, członek "Solidarności", od niedawna emeryt, mieszka w Sierpcu na Mazowszu. Przez lata pracował jako palacz i brygadzista w szkole rolniczej. Mówi, że przyjechał zobaczyć, jak Przemysław Czarnek wypadnie w roli lidera PiS. - Zebraliśmy się w osiem osób. Dwa auta i sto kilometrów drogi z Sierpca do Iławy. Paliwo drogie, ale chcieliśmy tu być - opowiada.
Wybory 2027. Show, które ma uczynić Czarnka premierem
Widowisko choć wydaje się spontaniczne, takie nie jest. To starannie wyreżyserowane wydarzenie, w którym ważny jest najdrobniejszy szczegół. Gdy pojawiają się pierwsi uczestnicy, szybko pojawia się "organizator-usadzacz". To on decyduje, kto zajmie miejsca w rzędach najbliżej sceny i wskazuje konkretne krzesła. Szuka ciekawych twarzy, intrygujących postaci, takich jak pani w biało-czerwonym wianku z kwiatów.
Nielicznych młodych uczestników też sadza się z przodu. Do jednej z takich młodych kobiet zwróci się później Przemysław Czarnek. Zapowie, że PiS "wyrzuci do kosza pakt migracyjny" i nie dopuści do napływu cudzoziemców, aby, jak mówił, "Polska nie podzieliła losu Londynu czy Paryża". Według Czarnka są tam już całe dzielnice, w których "nie obowiązuje cywilizacja zachodnia, ale obca, wroga".
Kiedy publiczność jest już usadzona, do akcji wkraczają "flagowi". Rozdają biało-czerwone flagi - duże, na kijach i małe papierowe. Machać można tymi i tymi, choć na kije trzeba uważać. Bez tych rekwizytów sala sportowa nie wyglądałaby tak kolorowo i patriotycznie.
Tuż przed pojawieniem się głównego mówcy publiczność jest dodatkowo rozgrzewana. Z sali płyną okrzyki: "Tu jest Polska!". Między ludźmi krążą kamerzyści organizatorów i Telewizji Republika. Gestami zachęcają, by krzyczeć głośniej i energiczniej machać flagami. Te ujęcia później trafią do mediów społecznościowych PiS jako dowód gorącego poparcia.
Przemysław Czarnek pojawia się w końcu wśród oklasków. Ustawia się na tle polityków i działaczy PiS: lokalnej posłanki Iwony Arent, młodego posła z Elbląga Andrzeja Śliwki (wiele osób robi sobie z nimi selfie), Tobiasza Bocheńskiego, a także Jacka Sasina, byłego wicepremiera.
Na środku stoi jednak najważniejszy element scenografii - brązowy kuchenny stół. To kluczowy rekwizyt. Czarnek przez blisko pół godziny opowiada, że przy takim stole zasiada polska rodzina i przy kolacji rozmawia o rachunkach za - jak mówił - najdroższą w Europie energię, o drogim paliwie do samochodu, którym trzeba zawieźć dzieci do szkoły i dojechać do pracy. Grzmi: - Tymczasem rząd Koalicji Obywatelskiej nic nie robi, żeby ulżyć Polakom.
Na stacji w Iławie w dniu wiecu diesel kosztował 7,75 zł za litr, a benzyna 6,48. Dlatego "przyszły premier" sprytnie wraca do słów Tuska o tanim paliwie.
- On tłumaczył: "gdybym był premierem, jedna decyzja i benzyna będzie po 5,19". No to dawaj ją! Dawaj ją na stację do Iławy, tu i teraz! Kłamco podły! - wrzeszczy Czarnek i wali pięścią w stół tak mocno, że aż dzwonią metalowe okucia.
Nie będzie nam Unia...
Według Przemysława Czarnka Polacy biednieją, albo muszą pracować coraz ciężej, by utrzymać ten sam poziom życia. Firmy mają przestoje, bo brakuje zamówień, a gospodarka - jak przekonuje - wyraźnie zwalnia. Rząd nie daje pieniędzy samorządom.
Gdy prowadzący spotkanie oddają głos publiczności, nikt nie próbuje skonfrontować tej narracji z wydarzeniami z czasu rządów PiS: inflacją sięgającą kilkunastu procent, drożyzną, czy wprowadzeniem Polskiego Ładu, który wywołał chaos podatkowy i zwiększył obciążenia części małych firm.
Mikrofon trafia do mieszkańca podiławskiego Jamielnika. Mężczyzna w czarnym swetrze nieśmiało pyta, jaki plan ma Czarnek, skoro "brukselski lewiatan pożera Polskę". Twarz polityka promienieje. Takie pytanie to jak miód na serce, więc z chęcią udziela wykładu. Tak jak lubi, jednym tchem. Opowiada, że przecież Polacy są w tym miejscu od tysiąca lat, nasi dziadowie ginęli w wojnach broniąc Europy, więc teraz żaden unijny biurokrata "nie ma prawa urządzać życia mieszkańcom Jamielnika i reszcie Polaków".
Każdy taki popis sala nagradza oklaskami, jak toreadora, który właśnie wykonał efektowny unik przed bykiem.
Czarnek punktuje przeciwników, robi to po nazwisku, a w język się nie gryzie: minister Barbarę Nowacką nazywa "bezwstydną kłamczuchą", Donalda Tuska – "sługą i kapciowym Angeli Merkel", a marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego opisuje jako "towarzysza komucha", który blokuje projekt ustawy obniżającej VAT i akcyzy na paliwo.
Po spotkaniu rozmawiam z Tomaszem, 50-latkiem, który przyjechał z Brodnicy. Zwierza się, że ponad dwadzieścia lat głosował na PiS. Tylko raz było inaczej – w wyborach w 2023 roku nie mógł już ich ścierpieć. Wtedy oddał głos na nowe ugrupowanie Polska Jest Jedna, zarejestrowane przez Rafała Piecha, prezydenta Siemianowic Śląskich.
- Nie wyszło. Dlatego przyjechałem zobaczyć Czarnka na żywo. Czy da radę zmienić PiS? Jeśli będzie tak ostry jak dziś, to może wyciągnąć nawet do 35 procent w kolejnych wyborach - ocenia. Pytam, czy wróci do głosowania na partię Kaczyńskiego. Rozmówca chwilę milczy, wreszcie pada odpowiedź: - Jestem dziś bliżej takiej decyzji niż jeszcze kilka miesięcy temu.
Po dwóch godzinach na trybunach w Iławie biało-czerwone flagi powoli opadają. Liderzy PiS kończą sesje selfie z sympatykami. Za chwilę najważniejsi politycy - razem z "premierem" wsiądą do czarnych busów Mercedesa i odjadą. Na dworcu PKP Iława Główna spotykam tylko jednego posła PiS.
Pytam o show Przemysława Czarnka. Odpowiada krótko, że "raczej daje radę". W jego słowach słychać nutę niepokoju, bo zastanawia się, czy brutalny styl bardziej zmobilizuje wyborców, czy raczej skłóci prawicę.
Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski