Tak Kreml ratuje sytuację. Rosyjscy jeńcy wracają na front
W Rosji coraz bardziej brakuje ludzi gotowych ginąć za Władimira Putina. Wyczerpują się też środki finansowe, które dotąd stanowiły główną zachętę dla zmobilizowanych i ochotników. W tej sytuacji władze coraz częściej sięgają po metody niekoniecznie zgodne z prawem.
Oficjalna propaganda niezmiennie zapewnia, że państwo nie ma najmniejszych problemów z napływem ochotników do armii. Rosyjskie władze robią wszystko, by utrzymać średni poziom rekrutacji z minionego roku, wynoszący około 30 tys. kontraktów miesięcznie. Jednak taka liczba nowych żołnierzy wystarcza jedynie na uzupełnianie bieżących strat, jakie rosyjskie wojsko ponosi w Ukrainie w ostatnich miesiącach.
Wbrew przekazowi propagandowemu armia od blisko roku ma ciągłe trudności z pozyskaniem odpowiedniej liczby ludzi. Oficjalne dane pokazują, że już latem ubiegłego roku liczba podpisywanych kontraktów zrównała się z szacowanymi miesięcznymi stratami, a od jesieni zeszłego roku jest od nich wyraźnie niższa.
Rezerwy mobilizacyjne obejmują teoretycznie około 25 mln osób, które przeszły szkolenie w ramach zasadniczej służby wojskowej. W praktyce jednak ponad dwie trzecie z nich nie spełnia wymogów służby liniowej z powodu wieku lub stanu zdrowia.
Kreml za wszelką cenę stara się uniknąć ogłoszenia kolejnej powszechnej mobilizacji. W efekcie coraz częściej dochodzi do przymusowych wcieleń, szczególnie w szpitalach i ośrodkach rehabilitacyjnych, gdzie przebywają ranni żołnierze lub ci, którzy wrócili z niewoli.
To właśnie dlatego w rosyjskim ministerstwie obrony pojawił się pomysł dalszego obniżania kryteriów zdrowotnych dla żołnierzy kontraktowych. Jednak nawet to nie przynosi oczekiwanych efektów. Rezerwy ochotników z biednych regionów prowincjonalnych są w dużej mierze wyczerpane, dlatego system coraz intensywniej sięga teraz po więźniów z kolonii karnych oraz wciela rannych i jeńców, którzy wrócili z niewoli.
Niewola nie zwalnia z armii
Rosyjskie niezależne media opisują to, co dzieje się z żołnierzami wracającymi do Rosji po niewoli. Potwierdzają, że ich sytuacja jest daleka od tego, czego oczekiwałoby się po zwolnieniu i powrocie do domu. O ile w ogóle uda im się spotkać z rodzinami.
Jednym z najczęściej cytowanych przypadków jest historia 37-letniego Iwana Grebennikowa. Grebennikow został pojmany przez ukraińskie siły i następnie zwolniony w ramach jednej z największych wymian jeńców między Rosją a Ukrainą, kiedy w maju 2025 r. wymieniono po tysiąc osób.
Mimo że był ranny i przyznano mu z tego powodu kategorię zdrowotną "D", oznaczającą formalnie niezdolność do dalszej służby wojskowej, natychmiast po zakończeniu badań został odesłany z powrotem na front. Nie pozwolono mu nawet wrócić na krótko do domu i rodziny. Bliscy przekazali mediom, że przed ponownym wysłaniem do walki nie otrzymał ani dnia wolnego.
Dobrze opisana jest też historia Saktaagai Szagaatego z Tuwy i Dmitrija Iwanowa z Republiki Komi, którzy dostali się do niewoli pod Wołczańskiem. Zostali wymienieni w czerwcu 2025 r. Obaj po powrocie do kraju trafili do aresztu jako podejrzani o celowe oddanie się do niewoli, a po dwóch tygodniach przesłuchań ponownie zostali wysłani na front. Tym razem w kompanii karnej. W lipcu ponownie trafili do ukraińskiej niewoli, ale nie chcieli już brać udziału w wymianie jeńców.
Stalinowskie metody
W wielu przypadkach, według relacji organizacji monitorujących losy jeńców, m.in. "Chcę żyć", żołnierze wracający z ukraińskiej niewoli do Rosji zwykle nie trafiają do domów, tylko są przewożeni do wojskowych ośrodków karnych czy jednostek FSB w rejonie Moskwy. Przechodzą kilkugodzinne przesłuchania, w tym przy wykorzystaniu wykrywacza kłamstw. Cały czas traktowani są jako osoby, które "straciły zaufanie państwa" z powodu tego, że zostali pojmani.
Po przesłuchaniach, praktycznie bez odpoczynku, są odsyłani z powrotem do jednostek bojowych, nawet jeśli spędzili w niewoli wiele miesięcy i nie mają szans na rehabilitację czy spotkanie z rodziną. Czas spędzony w niewoli zwykle nie jest liczony jako służba wojskowa, więc wracający żołnierze często mają dalej do odbycia kontrakt. Najczęściej w kompaniach karnych.
Są to metody znane z czasów ZSRR. Już w sierpniu 1941 r., kilka tygodni po niemieckim ataku na ZSRR, Józef Stalin podpisał rozkaz nr 270, który jednoznacznie stwierdzał, że dowódcy i żołnierze Armii Czerwonej, którzy dostali się do niewoli, są dezerterami i zdrajcami ojczyzny. Dokument ten tworzył podstawę prawną do represji wobec jeńców wojennych po ich powrocie z niewoli, niezależnie od okoliczności ich pojmania.
Po wyzwoleniu terenów zajętych wcześniej przez Niemców oraz po zakończeniu wojny w 1945 r. w ZSRR uruchomiono rozbudowany system tzw. obozów filtracyjnych NKWD. Trafiali do nich wszyscy byli jeńcy wojenni oraz osoby, które przebywały na terenach okupowanych. Oficjalnie celem było sprawdzenie, czy dana osoba nie współpracowała z wrogiem. W praktyce niemal wszystkich traktowano jak zdrajców. Jeśli nie byli rozstrzeliwani na miejscu, trafiali do kompanii karnych.
W aktach śledczych powtarzały się oskarżenia o "dobrowolne poddanie się", "utrzymywanie kontaktów z wrogiem" lub "moralny rozkład w niewoli". Wyroki zapadały szybko, często bez realnego procesu, a wieloletni pobyt w łagrze był traktowany jako najniższy wymiar kary. Wielu czerwonoarmistów po powrocie z Niemiec mówiło, że prawdziwy strach zaczynał się nie w obozie jenieckim, lecz w momencie powrotu do ZSRR. Zupełnie, jak dzisiaj.
Dla Wirtualnej Polski Sławek Zagórski