Trwa ładowanie...
dscjr8v

Rychły koniec Państwa Islamskiego? Nic bardziej mylnego. Chociaż w koalicję tworzy już prawie 100 krajów, zwycięstwo jest wciąż bardzo odległe

• Prawie 100 państw zadeklarowało walkę przeciwko Państwu Islamskiemu (IS)
• Eksperci coraz częściej mówią o rychłym końcu samozwańczego kalifatu
• Choć IS straciło ostatnio 15-30 proc. terytorium, osłabienie jest tylko pozorne
• O sile islamistów stanowi poparcie przywódców plemiennych w terenie
• Nie ma chętnych do lądowej interwencji przeciwko Państwu Islamskiemu
• Wiele krajów wykorzystuje IS do swoich celów, choć oficjalnie je zwalcza
• Brakuje szczerego zaangażowania wszystkich stron w walce z IS
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Bojownicy Państwa Islamskiego
Bojownicy Państwa Islamskiego (Twitter)
dscjr8v

Prawie dwa lata od powołania kalifatu ten para-państwowy twór, powstały na części terytoriów Syrii i Iraku, wciąż zdaje się drwić z faktu, iż otwartą wojnę z nim zadeklarowało już prawie 100 państw świata, w tym niemal wszystkie liczące się światowe mocarstwa (wyjątek stanowią jedynie Chiny). Państwo Islamskie i jego "państwo", oparte na surowych, pierwotnych regułach wczesnego islamu wciąż zatem (parafrazując słynny fragment "Wesela" Wyspiańskiego) "trzymają się mocno", i nic nie wskazuje na to, że sytuacja ta może ulec jakimś istotnym zmianom w najbliższej przyszłości.

Co jednak ciekawe, im bardziej oczywisty staje się fakt, iż międzynarodowa koalicja pod wodzą USA, powołana do walki z kalifatem i IS, nie odnosi raczej spektakularnych sukcesów, tym bardziej nasila się propagandowa i PR-owa aktywność części jej członków, sugerująca coś zupełnie innego. Prym w tym zakresie wiedzie zwłaszcza Bagdad. Zdominowany przez proirańskich szyitów rząd Iraku nie zna już chyba żadnego umiaru nie tylko w zachwalaniu własnych "sukcesów" i bohaterstwa "irackich sił bezpieczeństwa" (czytaj: szyickich milicji partyjnych), ale także w wieszczeniu rychłego końca kalifatu.

Aktywność propagandowa Bagdadu, ale też Teheranu czy Damaszku, jest na tyle przekonująca, że nawet część ekspertów i komentatorów zachodnich (w tym i polskich) zaczyna podzielać tę hurraoptymistyczną wizję rzeczywistości, powstającej wokół kwestii rzekomo nieodległego zniszczenia kalifatu i Państwa Islamskiego.

dscjr8v

Pozorne osłabienie Państwa Islamskiego

W ocenach i analizach, wskazujących na nieodległy koniec kalifatu, podkreśla się przede wszystkim fakt, iż od ponad roku twór ten nie tylko nie rozrasta się już terytorialnie (a na pewno nie w tak spektakularny sposób, jak na początku swego istnienia), ale wręcz traci wcześniej zdobyte ziemie. Według różnych szacunków, terytorium kalifatu miało się w ostatnich kilkunastu miesiącach skurczyć o 15 do nawet 30 proc. w stosunku do obszaru z apogeum fazy rozwoju "państwa" islamskiego, czyli od końca 2014 roku. Niezależnie od tego, które szacunki uznamy za bliższe prawdzie - osobiście wskazywałbym raczej tę pierwszą wartość - to jedno nie ulega wątpliwości: w zdecydowanej większości te imponujące procenty terytorium państwa islamskiego, liczone już w tysiącach kilometrów kwadratowych, wykrojone wysiłkiem syryjskich, kurdyjskich, irackich, irańskich czy libańskich (Hezbollah) żołnierzy walczących z IS, to głównie obszary pustynne lub półpustynne, w większości niezamieszkane i pozbawione jakiegokolwiek znaczenia
strategicznego.

Tymczasem o faktycznej powadze sytuacji, choćby w Iraku, najdobitniej świadczy fakt, iż bojownicy Państwa Islamskiego wciąż jeszcze trzymają mocno swe pozycje na dalekich zachodnich przedmieściach Bagdadu (okolice miejscowości Al-Karmah w pobliżu Falludży).

Doskonale potwierdza to jednocześnie obawy, że wojna z IS wcale nie osiągnęła jeszcze korzystnego dla koalicji przełomu. Owszem, udało się odbić Tikrit, Bajdżi, Ramadi oraz region Gór Sindżar w Iraku, a także istotnie zmniejszyć stan posiadania islamistów z IS w syryjskiej Rojawie. To wszystko są bez wątpienia symboliczne i ważne (także z psychologicznego i propagandowego punktu widzenia) sukcesy operacyjne, tyle tylko, że jak na razie nie przekładają się one na zmiany o charakterze strategicznym.

dscjr8v

Siła dżihadystów w terenie

Zarówno w Iraku, jak i we wschodniej Syrii Państwo Islamskie wciąż kontroluje miasta i miejscowości o kluczowym znaczeniu dla lokalnej polityki klanowej i rodowej, a do tego o dużym znaczeniu ekonomicznym i strategicznym. Miejsca takie jak Deir ez-Zor czy Rakka w Syrii lub Mosul i Falludża w Iraku są wciąż w rękach IS i to na nich oraz ich lokalnych sunnickich, arabskich liderach klanowych, opiera się w istocie trwanie kalifatu.

We wciąż plemiennym społeczeństwie sunnickich Arabów w Lewancie to właśnie poparcie miejscowej starszyzny rodowej decyduje o trwaniu (bądź nie) kalifatu. Warto o tym pamiętać, rozważając jakiekolwiek scenariusze dotyczące walki z IS w Syrii i Iraku. Jeśli chcemy wygrać tę wojnę, musimy skłócić lokalnych liderów rodowych z kierownictwem Państwa Islamskiego. A więc wdrożyć coś na kształt działań, z sukcesem podjętych przed dekadą (tyle że na dużo mniejszą skalę) przez Amerykanów w Iraku, gdy walczyli z "Al-Kaidą w Iraku" (AQI) Abu Musawy az-Zarkawiego, czyli protoplastą dzisiejszego IS.

Czy faktycznie istnieją zatem 0 w dającej się przewidzieć (czyli nieodległej) przyszłości - jakiekolwiek szanse na pokonanie kalifatu, rozumianego jako odzyskanie terenów kontrolowanych obecnie przez IS? A jeśli tak, to jakie warunki muszą być spełnione, aby szanse takie stały się realne?

dscjr8v

Walka polityczna i militarna

Pokonanie Państwa Islamskiego w Lewancie i zniszczenie kalifatu to w generalnym ujęciu dwa ściśle ze sobą powiązane i współistniejące aspekty: militarno-operacyjny i polityczno-strategiczny. Ten pierwszy to kwestia wydzielenia i użycia koniecznych do realizacji tego zadania sił, środków i zasobów wojskowych, a także dobrania odpowiedniej strategii i taktyki działań.

W drugim aspekcie zawiera się cały wachlarz elementów natury politycznej, trudnych do uchwycenia i precyzyjnego zbadania - takich jak polityczna wola poszczególnych państw-członków koalicji antyislamistycznej, stopień autentyczności ich zaangażowania w walkę z kalifatem, faktyczne cele i strategie polityczne, a także (jawne i niejawne) cele wobec IS, regionu i innych graczy w tej części świata.

Na poziomie militarnym sprawa walki z kalifatem przedstawia się w zasadzie prosto i pozostaje bez poważniejszych zmian od niemal dwóch lat. Ten islamistyczny twór proto-państwowy to wciąż obszar o powierzchni niewiele mniejszej od tej, zajmowanej przez Wielką Brytanię (albo, jak kto woli, dwie trzecie terytorium Polski - czyli jakieś 9-10 naszych województw). To ok. 8-10 mln ludzi, w sporej części cały czas autentycznie popierających - co wciąż wprawia w osłupienie zachodnich obserwatorów - nowe polityczne i społeczno-ekonomiczne porządki, zaprowadzane na tych terenach przez IS. To wreszcie cierpliwie i planowo budowana regularna islamistyczna armia, złożona obecnie z co najmniej 50 tys. bojowników, w większości doświadczonych i zaprawionych w boju żołnierzy, wspierana przez kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy członków formacji "pomocniczych", takich jak policja religijna, lokalne milicje klanowe czy specjalne oddziały złożone z zamachowców samobójców - szahidów, czyli męczenników za islam).

dscjr8v

Warto w tym miejscu zauważyć, że siły zbrojne kalifatu w niczym nie przypominają formacji paramilitarnych, tworzonych dotychczas przez inne ugrupowania sunnickiego ruchu dżihadu, takich jak Bractwo Muzułmańskie, Al-Kaida czy Hamas. Jeśli już, to można porównywać armię IS z libańskim, szyickim Hezbollahem - obie formacje osiągnęły już w istocie profesjonalny poziom wyszkolenia, organizacji i dowodzenia. I obie miały już okazję przetestować na sobie nawzajem swe zdolności, walcząc w Syrii twarzą w twarz. Jak na razie, górą w tej konfrontacji okazali się w większości przypadków szyici z Partii Boga, choć straty ponoszone przez nich na syryjskich polach bitew mocno nadwyrężyły ogólny poziom gotowości bojowej i zdolności operacyjnej całej organizacji.

Nie ma chętnych do lądowej interwencji

Pokonanie takiego przeciwnika, jak Państwo Islamskie - który w istocie od dawna nie ma już charakteru nieregularnego, w myśl klasycznych teorii sztuki prowadzenia działań wojennych - wymaga zaangażowania sporych sił i środków. I to nie wyłącznie powietrznych (lotnictwo), tak jak ma to miejsce dotychczas, lecz przede wszystkim lądowych. Można dokonywać tysięcy nalotów na pozycje IS na terenie kalifatu, ale ktoś kiedyś w końcu musi wejść w jego granice i fizycznie zająć, a wcześniej, używając terminologii wojskowej: oczyścić i "posprzątać" ten teren.

Zachód jak może unika bezpośredniego zaangażowania militarnego, spychając ten obowiązek na różnorakie siły lokalne - irackich i syryjskich Kurdów, siły bezpieczeństwa Iraku (w praktyce: tamtejszych szyitów), syryjskich "umiarkowanych" rebeliantów, a po cichu także nawet na Iran i rząd w Damaszku.

dscjr8v

Zarówno administracja prezydenta USA Baracka Obamy, obawiająca się wyrządzenia szkody przyszłemu kandydatowi Demokratów w nieodległych już wyborach prezydenckich, jak i Unia Europejska, faktycznie zdruzgotana pod naporem miliona imigrantów muzułmańskich i perspektywą kolejnych fal migracyjnych w najbliższych miesiącach - sprawiają wrażenie, iż sprzymierzyłyby się nawet z samym diabłem, jeśli tylko dawałoby to cień szansy na uniknięcie konieczności wysłania własnych sił lądowych w piachy Iraku i Syrii.

Nawet Rosja nie jest w istocie zainteresowana - podobnie zresztą jak jej protegowany w Syrii, Baszar al-Asad - ostatecznym i zdecydowanym zniszczeniem IS. Dlaczego? Dalsze trwanie kalifatu to pretekst do ewentualnego przedłużania obecności militarnej w Lewancie.

Czy komuś (nie) zależy na zniszczeniu IS?

I tu właśnie dochodzimy do drugiego ze wspomnianych wcześniej aspektów walki z kalifatem, odnoszącego się wprost do dziedziny polityki międzynarodowej. Sęk bowiem w tym, że każdy z tych wyżej wymienionych podmiotów ma swoje własne pryncypia strategiczne, interesy i cele w wojnie z kalifatem, nie bardzo chcąc odgrywać rolę marionetki w rękach Zachodu, a zwłaszcza USA.

dscjr8v

Co więcej - dla wielu z tych regionalnych aktorów (lub stojących za nimi regionalnych patronów i sponsorów) istnienie kalifatu i jego aktywność jest nawet w pewnym sensie na rękę, angażując siły i środki ich ideologicznych czy religijnych rywali. Nie są więc oni szczerze zainteresowani całkowitą likwidacją "państwa" IS w Lewancie. Tak można interpretować np. wiele z działań Arabii Saudyjskiej, Kataru, czy zwłaszcza Turcji, ale także Iranu, reżimu w Damaszku, a nawet Izraela czy samych Kurdów (głównie irackich). Okazuje się przy tym, że IS i jego kalifat - choć stanowią śmiertelne zagrożenie dla dosłownie wszystkich w regionie - są jednocześnie coraz częściej wykorzystywany jako dyskretne narzędzie pośredniej konfrontacji lub strategicznego nacisku w regionalnych, lokalnych rozgrywkach geopolitycznych.

Kalifat zdaje się zresztą doskonale lawirować w gąszczu tych krzyżujących się, poplątanych interesów i oddziaływań w regionie, sprytnie wykorzystując panujący tam chaos dla swoich celów, wśród których na pierwszym miejscu plasują się umacnianie i utrwalanie własnej państwowości oraz rozprzestrzenianie swojej ideologii.

Ten brak autentycznego, bezwzględnego zaangażowania wielu (większości?) państw i podmiotów, walczących z kalifatem, w istocie przesądza o faktycznym fiasku całej kampanii. Nie sposób bowiem wygrać wojny, jeśli jej uczestnicy nie tylko nie wierzą w zwycięstwo, ale co gorsza nie są naprawdę - tak do końca i szczerze - zaangażowani i oddani sprawie jego osiągnięcia.

Można zatem snuć dzisiaj śmiałe plany odbicia Mosulu i Falludży, zajęcia Rakki czy odtworzenia przebiegu granicy państwowej między Irakiem a Syrią sprzed 2014 roku - wszystko to jednak na nic się nie zda, jeśli istniejące obecnie trzy międzynarodowe koalicje na rzecz walki z Państwem Islamskim ("amerykańska", "rosyjska" i "saudyjska") nie zaczną NAPRAWDĘ z nim walczyć.

A na to, jak na razie, niestety się nie zanosi.

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji.

dscjr8v

Podziel się opinią

Share
dscjr8v
dscjr8v
Więcej tematów