"Paskudna kobieta" i kupowanie wysp. Bolton ujawnia kulisy decyzji Trumpa
Kiedy Donald Trump pytał, czy Finlandia jest częścią Rosji, John Bolton siedział obok. Dziś były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego mówi Wirtualnej Polsce wprost: obsesja na punkcie zakupu Grenlandii to nie żart, lecz dowód na to, że prezydent szuka pomnika dla swojego ego. Bolton odsłania kulisy decyzji w Gabinecie Owalnym i radzi sojusznikom: patrzcie na Wall Street, a nie na wpisy w mediach społecznościowych.
- Z Donaldem Trumpem nigdy nic nie jest ostateczne. Mówiliśmy w administracji prezydenta w pierwszej kadencji, że decyzja nie jest finalna, dopóki nie jest finalna. A i czasem nawet wtedy nie jest - śmieje się w rozmowie z Wirtualną Polską John Bolton, były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA i były ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ. W ten sposób reaguje na twierdzenia prezydenta USA, że nie użyje siły, by zająć Grenlandię i w tym temacie jest otwarty na rozmowy z NATO.
Bolton przez ponad rok był bliskim współpracownikiem prezydenta USA. Pamięta dokładnie moment, gdy po raz pierwszy Trump zaczął mówić m.in. o Grenlandii.
Jego współpraca z prezydentem USA rozpoczęła się w kwietniu 2018 r., kiedy Trump mianował go swoim trzecim doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego. Początkowo obu łączyła niechęć do instytucji międzynarodowych (takich jak ONZ czy Międzynarodowy Trybunał Karny) oraz wspólny cel, jakim było zerwanie porozumienia nuklearnego z Iranem. Bolton stał się m.in. głównym architektem planu wywierania presji na Teheran. Wszystko to przy oczywistym aplauzie Trumpa.
Współpraca szybko jednak przerodziła się w konflikty. Trump preferował osobiste spektakle dyplomatyczne i układy z dyktatorami, podczas gdy Bolton trzymał się sztywnego - najczęściej interwencjonistycznego - kursu. Relacje załamały się głównie na tle Korei Północnej, gdzie sugestie Boltona sabotowały negocjacje Trumpa z Kim Dzong Unem, oraz w kwestii Afganistanu, gdy doradca ostro sprzeciwił się zaproszeniu Talibów do Camp David). Oliwy do ognia dolała nieudana próba obalenia Nicolasa Maduro w Wenezueli, za którą Trump obwinił Boltona, zarzucając mu wciąganie USA w niepotrzebne konflikty zbrojne. Paradoksalnie - w drugiej kadencji Trump sam podjął decyzję o interwencji w tym kraju. I traktuje ją jako sukces.
Bolton z Białego Domu wyleciał we wrześniu 2019 r. w atmosferze skandalu i sprzecznych wersji wydarzeń. Trump ogłosił w mediach społecznościowych zwolnienie doradcy, podczas gdy Bolton utrzymywał, że sam złożył rezygnację. Wojna między nimi przeniosła się do sfery publicznej po publikacji książki Boltona "The Room Where It Happened", w której oskarżył on byłego szefa o rażącą niekompetencję i uzależnianie polityki zagranicznej (m.in. wobec Ukrainy i Chin) od własnego interesu wyborczego.
Jedne z najczęściej cytowanych fragmentów książki Boltona, pokazujące braki w podstawowej wiedzy prezydenta, to opowieści o Finlandii i Wielkiej Brytanii. Podczas spotkania w Helsinkach Trump miał zapytać swoich doradców: "Czy Finlandia nie jest w pewnym sensie satelitą Rosji?" (jako części Rosji - red.). Z kolei podczas spotkania z ówczesną premier Wielkiej Brytanii Theresą May, gdy rozmowa zeszła na temat broni jądrowej, Trump miał zapytać ją ze zdziwieniem, czy Wielka Brytania też jest mocarstwem atomowym. I Bolton przekonuje, że nie był to żart.
"Nie grozi się sojusznikom"
W rozmowie z Wirtualną Polską były bliski współpracownik Trumpa wprost ocenia postawę USA wobec sojuszników z NATO. Nazywa ją jednoznacznie - niedopuszczalną.
- Nie grozi się sojusznikom siłą militarną, nie grozi się im cłami. Cały sposób prowadzenia dyskusji o Grenlandii był zdecydowanie poza granicami rozsądku. (...) Nie potrzebowaliśmy całego tego zamieszania, to wyrządziło realne szkody Sojuszowi Północnoatlantyckiemu - mówi jednoznacznie. Były ambasador USA przy ONZ wyraża jednocześnie nadzieję, że "uda się je jeszcze naprawić".
Były doradca Trumpa wskazuje jednak, żeby powstrzymać się przed emocjonalnymi decyzjami. Stawka tego sporu jest - jego zdaniem - po prostu za wysoka, by reagować na każde słowo i zagrywkę zza Oceanu.
- Rozumiem, że współpraca z obecnym prezydentem USA jest nieprzyjemna. Mam w tym osobiste doświadczenie, ale trzeba zacisnąć zęby i myśleć strategicznie o interesie całego Sojuszu - mówi.
- Bądźcie ostrożni (gdy mówicie o uniezależnieniu się od USA - red.). Możecie dostać to, czego pragniecie. Jeśli Trump powie: "Skoro nas nie chcecie, to wycofamy się z NATO", to niektórzy mogą dostać dokładnie to, czego sobie życzą. Dlatego trzeba myśleć długoterminowo - ostrzega.
- James Baker (szef personelu Białego Domu i sekretarz skarbu USA w czasach Ronalda Reagana - przyp. red.), jeden z moich dawnych szefów, zawsze powtarzał: nie spuszczaj oczu z celu, nie spuszczaj oczu z celu. A celem w tym przypadku jest bezpieczeństwo NATO jako całości. Nawet jeśli jest to niezwykle trudne, biorąc pod uwagę niektóre oburzające wypowiedzi Trumpa. Naprawdę to właśnie bezpieczeństwo całego NATO musi pozostać nadrzędnym celem wszystkich krajów Sojuszu - podsumowuje.
Jak opowiada, ostatnie plany w sprawie Grenlandii nie są dla Trumpa nowym tematem. W rozmowie z WP Bolton przypomina, że pomysł ten pojawił się już podczas pierwszej kadencji Trumpa, w 2018 r. Były doradca ds. bezpieczeństwa wspomina, że prezydent zapytał go wtedy, czy USA powinny wyspę po prostu kupić.
Jak wskazuje rozmówca, sprawa została przeanalizowana i eksperci wskazali inne, znacznie bardziej racjonalne rozwiązania. Bolton, jak opowiada, w rozmowach z prezydentem zwrócił wtedy uwagę na traktat obronny USA-Dania z 1951 r. Dokument ten przyznał Stanom Zjednoczonym prawo do utrzymywania i rozbudowy instalacji wojskowych na wyspie. To właśnie na jego mocy funkcjonuje strategiczna baza lotnicza Thule (obecnie nazywa się Pituffik Space Base).
- Pokazaliśmy wtedy prezydentowi, że istnieje wiele sposobów działania w ramach już obowiązujących porozumień - wspomina Bolton. - Historia wyciekła do "The Wall Street Journal", w reakcji duńska premier Mette Frederiksen nazwała pomysł absurdalnym. Oczywiście następnego dnia jeden z amerykańskich reporterów zapytał o wszystko Trumpa, w tym co sądzi o jej wypowiedzi. Ten odpowiedział, że jest ona "paskudną kobietą" i na tym rozmowa się skończyła - opowiada.
Bolton wspomina też w rozmowie z WP słowa, które - jego zdaniem - najlepiej oddają osobisty charakter obsesji prezydenta USA na punkcie Grenlandii. - Trump powiedział kiedyś, że potrzebujemy Grenlandii "psychologicznie". On potrzebuje jej psychologicznie, ale reszta Stanów Zjednoczonych nie - komentuje.
Co miałoby to znaczyć? Jego psychologiczna potrzeba polega na tym, by mieć akt własności. Nigdy nie chciał tylko korzystać z wyspy - chciał widzieć na mapie, że należy ona do USA. Bolton sugeruje też, że Trump w ten sposób desperacko szukał już kilka lat temu sukcesu, który zapisałby go w podręcznikach historii - na równi z wielkimi prezydentami z XIX wieku.
W tym roku dla Trumpa zakup Grenlandii miał być spektakularnym zwieńczeniem nadchodzącego 250-lecia istnienia Stanów Zjednoczonych.
Były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego przekonuje, że spór o Grenlandię powinien być postrzegany w znacznie szerszym kontekście strategicznym. Podkreśla, że kwestia Arktyki - i bezpieczeństwa regionu - to temat, co do którego między Europą a USA może panować zgoda.
O nowych zagrożeniach arktycznych mówił wielokrotnie sam szef NATO Mark Rutte, który wskazywał w tym kontekście na Rosję i Chiny - podobnie jak Trump. Skierowanie uwagi obu części Sojuszu w tę stronę może więc pozwolić na wyciszenie tematu.
- Arktyka jest dziś nowym miękkim brzuchem NATO. I to już nie tylko mamy sytuację NATO kontra Rosja w Arktyce, ale NATO kontra Rosja i Chiny - podkreśla Bolton i wskazuje scenariusz, w którym chińskie jednostki morskie przepływają przez Cieśninę Beringa, Arktykę i wychodzą na północny Atlantyk. - To powinno niepokoić każdego członka Sojuszu - dodaje.
Bolton przypomina jednak, że z krajów arktycznych: Danii, Grenlandii, Islandii, Szwecji, Finlandii, Norwegii, Kanady, Stanów Zjednoczonych i Rosji tylko ten ostatni nie jest członkiem Sojuszu. I tylko jeden jest zagrożeniem.
W niedawnym wpisie na platformie Truth Social Trump nie odnosił się niespodziewanie powiązał Sojusz Północnoatlantycki z kryzysem migracyjnym w USA.
Prezydent stwierdził, że Stany Zjednoczone powinny były "przetestować" NATO, uruchamiając artykuł 5 (mówiący o obronie zbiorowej w przypadku ataku zbrojnego -red.), aby zmusić sojuszników do ochrony południowej granicy USA przed "inwazją" nielegalnych imigrantów. Według Trumpa taki ruch pozwoliłby odciążyć amerykańską straż graniczną. Bolton w rozmowie z WP odnosił się do absurdu tego pomysłu, wskazując na instrumentalne traktowanie traktatu waszyngtońskiego do wewnętrznych celów politycznych.
- Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, co on ma na myśli. Duża część jego słów to polityczny spektakl na potrzeby krajowej publiczności - ocenia były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA. W jego ocenie Trump popełnia przy tym "bardzo duży błąd".
Zdaniem rozmówcy WP "Trump wchodzi w ten sposób na bardzo niebezpieczny grunt". Dlaczego? Bo drwiny z NATO i artykułu 5 to realne psucie najpotężniejszego narzędzia, jakie posiada Ameryka. Jeśli USA używają NATO do celów wewnętrznych, to gwarancje bezpieczeństwa dla Polski czy Estonii tracą na powadze w oczach Kremla. A do tej pory zawsze była to opcja atomowa - wojna z jednym krajem to wojna z całym Zachodem.
Bolton zawsze podkreślał, że obecna "architektura bezpieczeństwa" od 80 lat zapewniała Ameryce status supermocarstwa. Drwiny Trumpa z sojuszników pojawiają się w najgorszym możliwym momencie - gdy Rosja i Chiny tylko czekają na pęknięcia w bloku zachodnim.
A co z europejską odpowiedzią na ostatnie ruchy Trumpa? Bolton ocenia, że jego zdaniem Stary Kontynent zareagował niespójnie. I - wbrew pozorom - to nie reakcja europejskich krajów zdecydowała o wolcie amerykańskiego przywódcy.
- Nie widzę dowodów na to, że to właśnie europejska jedność powstrzymała Trumpa w sprawie Grenlandii - mówi. W ocenie Boltona decydujące były zupełnie inne czynniki, takie jak polityka wewnętrzna USA, reakcje we własnej partii i panikujące rynki finansowe. - Częściowo zadecydował o tym rynek akcji, a częściowo fakt, że nawet republikanie krytykowali go po cichu i mówili, że musi zmienić kurs - zaznacza. Jego zdaniem Trump zwykle traktuje indeksy giełdowe (takie jak S&P500, Dow Jones) jak swój osobisty sondaż poparcia. Gdy giełda spada, wpada w panikę i zmienia polityczny kurs.
Ten mechanizm "giełdowego hamulca" ma kluczowe znaczenie właśnie teraz. USA wkraczają w gorący okres kampanii przed listopadowymi wyborami połówkowymi (mid-terms), które zdecydują o układzie sił w Kongresie na resztę kadencji. Dla Trumpa stawka jest potężna - krach na giełdzie lub rozłam w Partii Republikańskiej niemal gwarantowałyby utratę większości w Izbie Reprezentantów lub Senacie, co sparaliżowałoby jego rządy. Dlatego - zgodnie z logiką Boltona - Biały Dom w kolejnych miesiącach 2026 r. będzie unikał gwałtownych ruchów w polityce, jeśli te miałyby choćby w najmniejszym stopniu zagrozić wynikom finansowym Wall Street i zniechęcić wyborców przed pójściem do urn.
Jednocześnie zdaniem Boltona Europa powinna unikać gry, w której liczy się tylko punktowanie drugiej strony i nieustanne słowne zaczepki.
- Trump robi to cały czas, ale inni nie powinni. To niczego nie poprawia - przekonuje.
Bolton wielokrotnie widział z bliska, jak osobiste animozje prezydenta przekładały się na decyzje wagi państwowej. Dla Trumpa granica między interesem narodowym USA a jego osobistą dumą praktycznie nie istnieje. Medialna kłótnia to paliwo obecnego prezydenta. Żywi się konfliktem, mobilizuje to jego bazę wyborczą i odwraca uwagę od problemów wewnętrznych. A tych przecież nie brakuje w USA.
Grenlandia jak Cypr? "Trump tego nie rozumie"
W medialnych dyskusjach na temat ewentualnego przekazania terytorium pod bazy USA pojawia się nawiązanie do tzw. modelu cypryjskiego. Czym jest to rozwiązanie? To skrótowe określenie modelu, w którym państwo obce utrzymuje stałe bazy wojskowe na terytorium innego kraju, zachowując nad nimi niemal pełną kontrolę, ale bez przejmowania suwerenności nad całym obszarem państwa-gospodarza. W takim trybie funkcjonują m.in. dwie brytyjskie bazy na Cyprze (tzw. Sovereign Base Areas - SBA).
- Nie sądzę, żeby Trump w ogóle rozumiał model cypryjski - ironizuje wprost Bolton.
Były doradca prezydenta USA podkreśla przy tym jednak, że traktat z 1951 r. nadal stanowi solidną podstawę do rozmów. - To dalekowzroczne porozumienie. Nie jest przywiązane do jednej epoki, nadal jest w pełni użyteczne jako wstępne ramy do działania - zaznacza. Choć przyznaje też, że niektóre jego zapisy - jak wspólne wywieszanie flag USA i Danii na bazach - mogą irytować Trumpa.
- Dania zareagowała negatywnie na tę koncepcję, twierdząc, że nie zamierza zrzec się żadnej części swojej suwerenności. W związku z tym nadal pozostajemy w znacznej różnicy zdań - podsumowuje.
Tomasz Waleński, dziennikarz Wirtualnej Polski