© Licencjodawca

Życie w cieniu amerykańskiej bazy. Drożyzna, izolacja i demony przeszłości na Grenlandii

Tomasz Waleński
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy

Gdy światowe mocarstwa kreślą palcem po mapie Arktyki, my postanowiliśmy sprawdzić, jak wygląda ona z perspektywy ośnieżonej ulicy w Nuuk. Polecieliśmy na Grenlandię, by skonfrontować polityczne ambicje i mity z rzeczywistością. Na miejscu, gdzie chleb kosztuje 20 złotych, a drogi kończą się tuż za rogatkami nielicznych miast, wielka geopolityka schodzi na drugi plan. Oto jak naprawdę żyje się na "wyspie wysp".

#DZIEJESIEWPOLSCE "Wszystko, co ważne, dzieje się w Polsce. Wirtualnej Polsce". Od 30 lat zadajemy trudne pytania i szukamy na nie rzetelnych odpowiedzi.

Czy sojusz z USA pęknie? Spot kampanii WP.PL #DZIEJESIEWPOLSCE

Podróż na największą wyspę świata i w ostatnim czasie prawdziwy obiekt marzeń Donalda Trumpa to logistyczna wyprawa. Dla Polaka bramą do Arktyki jest zazwyczaj Dania. O ile lot z Gdańska do Kopenhagi zajmuje zaledwie godzinę, to dalsza podróż na północny zachód trwa kolejne cztery i pół godziny. Lądując na Grenlandii, musimy przestawić zegarki - różnica czasu względem Polski wynosi trzy godziny.

Jednak to nie wskazówki zegara szokują najbardziej, a to, co widać (lub czego nie widać) za oknem. W styczniu Grenlandia wita mrozem, który rzadko odpuszcza. Termometry w stolicy w styczniu wskazują zazwyczaj od -5 do -12 stopni Celsjusza, choć odczuwalną temperaturę drastycznie obniża lodowaty wiatr. Bywają jednak wyjątki.

Ostatnie dni są nadspodziewanie ciepłe. Temperatura dochodzi do nawet 6 stopni Celsjusza. Tym samym Grenlandia, kojarzona całkiem słusznie z arktycznymi mrozami, była zdecydowana cieplejsza od Polski w styczniu.

Przekonałem się o tym natychmiast - już na schodach prowadzących z samolotu na płytę lotniska w stolicy, w Nuuk. To mały, ale nowy port lotniczy. Dla wyspy największe okno na świat.

Temperatura to jednak nie wszystko. Srogość klimatu i brak jakichkolwiek drzew momentalnie uderzają w oczy. Po dotarciu do centrum szybko rozumiemy, że tutaj walka toczy się nie o wpływy polityczne, ale o przetrwanie kolejnej zimy. Na początku roku ulice są skute lodem. Choć oczywiście w ostatnich tygodniach rzeczywistość polityczna uderzyła mieszkańców bardziej niż mróz.

Kolejny towar deficytowy? Słońce. Wschodzi leniwie około godziny 10, by zniknąć za horyzontem około 16. A im dalej na północ, tym oczywiście go mniej.

Wystarczy krótki spacer po stolicy, by zrozumieć jeden z wielu grenlandzkich paradoksów. Choć wyspa ma najniższą gęstość zaludnienia na świecie, w Nuuk panuje prawdziwy ścisk. Kolorowe, drewniane chatki (kojarzonych ze wszystkimi krajami północy), przeplatają się z surowymi blokowiskami i lasem dźwigów budowlanych. Stolica boryka się z głodem mieszkań i cenami nieruchomości, które doganiają te w Kopenhadze. Metr kwadratowy w nowym budownictwie w Nuuk to wydatek rzędu 35-45 tysięcy koron (ok. 20-26 tys. zł), co faktycznie zrównuje się ze stawkami w wielu dzielnicach Kopenhagi. Ceny nie powinny dziwić - materiały trzeba ściągać drogą morską, fundamenty później ryć w skale.

  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
[1/11] Codzienne życie na Grenlandii Źródło zdjęć: Wirtualna Polska |

To także jedyne miejsce na wyspie, gdzie kierowcy muszą patrzeć na sygnalizację świetlną i gdzie w godzinach szczytu czasami stoi się w korkach. Życie miasta skoncentrowane jest przy głównym deptaku i Aqqusinersuaq - centralnej ulicy, przy której znajduje się większość kawiarni, restauracji i sklepów.

- Grenlandia to wyspa wysp - mówi Wirtualnej Polsce Birger Poppel, naukowiec społeczny, ekonomista, były Główny Statystyk Grenlandii od lat związany (obecnie jako profesor emerytowany) z Ilisimatusarfik, Uniwersytetem Grenlandii w Nuuk. Specjalizuje się w rozwoju społeczno-gospodarczym wyspy.

- Mamy 56 tys. ludzi żyjących w ponad 70 miejscach wzdłuż zachodniego i wschodniego wybrzeża wyspy. Każda mała osada potrzebuje własnych dostaw energii, wody i kanalizacji, ponieważ nie ma między nimi żadnych połączeń drogowych - wyjaśnia Birger Poppel.

I rzeczywiście, żadne z miast istniejących na wyspie nie jest ze sobą połączone drogą lądową, bo te - praktycznie - w ogóle na Grenlandii nie istnieją. Sieć ogranicza się tutaj wyłącznie do obszarów zabudowanych. A te, jak już ustaliliśmy, występują tylko na wybrzeżu Grenlandii.

Środek wyspy to wieczna zmarzlina, czyli bezkresny lód i śnieg. Administracyjnie Grenlandia jest podzielona na sześć obszarów. Jednym z nich jest park narodowy o powierzchni 972 tys. km², ponad trzykrotnie większej niż terytorium Polski. Obszar ten jest praktycznie niezamieszkany.

Tak też wygląda całe wschodnie wybrzeże wyspy - jest opuszczone i zamarznięte. Znajdują się tam tylko dwa miasta i jedna większa osada: Tasiilaq (zamieszkane przez ok. 1,9 tys. osób), odizolowane Ittoqqortoormiit (ok. 350 mieszkańców) oraz Kulusuk, gdzie żyje nieco ponad 200 osób.

- Problem z nimi polega na tym, że nie można ich zaopatrywać mniej więcej od grudnia do kwietnia lub maja. Transport nie dociera tam ani drogą morską, ani powietrzną - wyjaśnia warunki życia Poppel. O ile Tasiilaq i Kulusuk dzieli zaledwie 23 kilometry, to odizolowane Ittoqqortoormiit znajduje się ponad 800 kilometrów dalej na północ.

- Z wszystkich 56 tys. mieszkańców całej wyspy aż 20 tys. żyje w stolicy, w Nuuk - podkreśla rozmówca Wirtualnej Polski. Pozostałe osady liczą łącznie około 35 tys. osób.

To doskonale ilustruje termin "wyspa wysp" użyty przez naukowca. - Ludzie z poszczególnych miast i osad muszą zatem podróżować łodzią, samolotem lub helikopterem, aby odwiedzić rodzinę i przyjaciół w innych miejscach - wskazuje.

Przekłada się to między innymi na fakt, że realia życia w poszczególnych miejscach znacznie różnią się od siebie. A skoro różnią się realia życia, to najczęściej też różnią się poglądy. O tym jednak później.

Państwo jako główny pracodawca na wyspie

Izolacja wpływa również na gospodarkę wyspy. Głównym pracodawcą na Grenlandii jest państwo - aż 40 procent wszystkich pracowników znajduje zatrudnienie w sektorze publicznym. Przekładając to na liczby: z około 29 tys. osób pracujących, aż 12,5 tys. zatrudnionych jest w budżetówce.

- Kiedy ludzie słyszą, jak wielu z nas pracuje w sektorze publicznym, wyobrażają sobie biurokratów przekładających papiery z jednego końca biurka na drugi. To tak nie wygląda. To przede wszystkim edukacja, ochrona zdrowia i instytucje socjalne - wyjaśnia Poppel.

Nie chodzi tu jednak tylko o administrację. W miejscu, gdzie nie ma dróg, a rynek zbytu jest znikomy, prywatny biznes rzadko bywa rentowny. Dlatego to państwowe spółki muszą brać na siebie ciężar utrzymania mieszkańców - od dostarczania prądu i ogrzewania, przez transport drogą powietrzną, aż po zaopatrzenie lokalnych marketów w najmniejszych osadach.

A jak wskazują dane Statistics Greenland oraz raporty Duńskiego Banku Centralnego, rybołówstwo i przetwórstwo krewetek oraz halibuta to wciąż jedyny realny sektor produkcyjny, generujący ponad 90 proc. eksportu wyspy.

Bezrobotni otrzymują tu zasiłki równe 90 proc. płacy minimalnej, co w przeliczeniu na gotówkę może szokować przybysza z Europy. Minimalna stawka godzinowa na Grenlandii to obecnie około 113 koron (ok. 65 zł), co oznacza, że miesięczny zasiłek może wynosić równowartość nawet 10-11 tysięcy złotych. To jednak złudne bogactwo, gdy weźmie się pod uwagę ceny.

System ten tworzy jednak specyficzną sytuację, gdzie spora część populacji żyje niejako uzależniona od państwowego przelewu. I nie chodzi tu tylko o bezrobotnych (których oficjalnie jest niewielu, bo 5 proc.), ale o strukturę społeczeństwa.

Na 57 tysięcy mieszkańców, aktywnych zawodowo jest niespełna 29 tysięcy - a z tej grupy niemal połowa pracuje w budżetówce. Jeśli dodamy do tego emerytów, dzieci oraz osoby żyjące z zasiłków socjalnych, okazuje się, że niemal każdy na Grenlandii (pośrednio lub bezpośrednio) żyje związany z państwem, czyli głównie dzięki dotacjom płynącym z Kopenhagi.

A jeśli ktoś już znajdzie zatrudnienie poza sektorem publicznym? Prawdopodobnie pracuje wtedy w jednej z działalności lądowych, takich jak budownictwo, handel detaliczny, usługi prywatne lub w rybołówstwie.

Rybołówstwo jest pod kilkoma względami najważniejszą gałęzią gospodarki Grenlandii. W sektorze tym znajduje zatrudnienie ponad 4,5 tys. osób - według oficjalnych danych. Ogółem przemysł rybny generuje około 1/3 krajowego PKB. Przekłada się to na ponad 7,7 miliarda koron duńskich (nieco ponad 1 miliard euro - przyp. red.).

Jest na tyle ważnym sektorem gospodarki, że było jednym z tematów kampanii wyborczej - chodziło m.in. o nową politykę rybołóstwa jak i reformę całego sektora - zakończonej zwycięstwem ugrupowania obecnego premiera Jensa-Frederika Nielsena. Jego Partia Demokraatit opowiadała się za dążeniem do niepodległości Grenlandii, jako celu długoterminowego, stawiając na pierwszym miejscu zapewnienie wyspie samowystarczalności ekonomicznej.

Gospodarczym sercem wyspy, pompującym życie w niemal każdą zamieszkaną zatokę, jest Royal Greenland A/S. Ten państwowy gigant to ewenement na skalę światową. Z jednej strony jest istotnym graczem na globalnym rynku - ma tytuł największego na świecie dostawcy krewetek zimnowodnych. Z drugiej zaś pełni funkcję państwowej kroplówki.

Zyski generowane przez flotę ultranowoczesnych trawlerów na pełnym morzu często subsydiują deficytowe, małe przetwórnie w odległych osadach. Dla mieszkańców wiosek odciętych od świata przez lód i góry, Royal Greenland jest często jedynym pracodawcą i jedynym kupcem. Gdyby koncern był prywatny i kierował się wyłącznie wskaźnikami rentowności, musiałby zamknąć dziesiątki placówek, co dla wielu społeczności na wybrzeżu oznaczałoby wyrok.

- Rybołówstwo na Grenlandii dzieli się na model korporacyjny na dużą skalę. Firmy posiadają trawlery, które łowią na głębokich wodach dalej od wyspy. Z drugiej strony są indywidualni rybacy, którzy zazwyczaj łowią sami, czasem w parach, aby mieć z czego żyć. Gdyby nie mieli gdzie sprzedawać swoich połowów, nie mieliby innego źródła dochodu. Tę możliwość daje im rozwinięta sieć sprzedaży i przetwórstwa ryb na Grenlandii - podkreśla ekspert.

Birger Poppel
Birger Poppel © Materiały własne | Tomasz Waleński

Ci mali rybacy to grenlandzcy Inuici, stanowiący ogromną większość populacji. I tu warto się zatrzymać.

Głównym problemem społeczności lokalnej jest przede wszystkim wykształcenie. Rozmówca WP wskazuje, że tylko połowa populacji posiada dyplom wykraczający poza obowiązkową, dziesięcioletnią szkołę. Tłumaczy przy tym, że nie wynika to z braku nacisku na edukację, bo Grenlandia ma ogromne zapotrzebowanie na wykwalifikowanych ludzi.

Czynników niskiego wykształcenia jest kilka - część dotyczy rynku pracy (są oferty wysokopłatnej pracy, ale w branżach niewymagających wykształcenia), część to mieszanka czynników kulturowych i historycznych

- Jednym z głównych hamulców w edukacji społeczności lokalnej jest bariera językowa. Jeśli nie posługujesz się biegle językiem duńskim, twoje szanse na zdobycie wykształcenia drastycznie spadają - mówi. W małych osadach dzieci mówią w domu i w szkole podstawowej wyłącznie po grenlandzku (kalaallisut). Tymczasem edukacja wyższa, a często nawet materiały w szkołach średnich (gimnazjach GUX), są w dużej mierze oparte na języku duńskim. Większość małych osad ma szkoły tylko do pewnego poziomu, aby kontynuować naukę w szkole średniej, nastolatkowie muszą wyjechać do jednego z większych miast (Nuuk, Sisimiut, Aasiaat, Qaqortoq) i zamieszkać w internacie.

Efekt? Wskaźnik wykształcenia na Grenlandii jest najniższy spośród wszystkich krajów nordyckich, podczas gdy wskaźnik relatywnego ubóstwa jest najwyższy i sięga niemal 18 procent.

W takich warunkach antagonizmy pomiędzy rybackimi wioskami - a "duńskim" Nuuk rodzą się same. I widać je między innymi w wynikach kolejnych wyborów na Grenlandii.

Podział polityczny pokrywa się tu niemal idealnie z mapą gospodarczą. Nuuk, nazywane przez złośliwych "Kopenhagą północy" głosuje zazwyczaj na lewicową, proekologiczną partię Inuit Ataqatigiit lub liberalnych Demokratów (zwycięzców ostatnich wyborów z 2025 roku). Stolica to elektorat wielkomiejski, czyli urzędnicy, nauczyciele, studenci. Zależy im na edukacji i ochronie środowiska.

Z kolei rybacka prowincja to od lat bastion tradycjonalistycznej partii Siumut. Tamtejszy wyborca patrzy na świat z pokładu kutra, a nie zza biurka. W tym spolaryzowanym układzie wyrosła ostatnio nowa potęga, która - dzięki poparciu również na głębokiej prowincji - stała się drugą siłą polityczną. To populistyczna partia Naleraq, jedyna opozycyjna partia w parlamencie (ma 8 z 31 mandatów).

Jej politycy mówią głośno to, co chcą usłyszeć myśliwi z północy i mieszkańcy podupadłych miasteczek południa, takich jak na przykład Narsaq (wyludniające się miasteczko, 450 km na północ od Nuuk). Konkretnie, że odległa stolica zapomniała o korzeniach. I o tych mieszkających ciut dalej niż obrzeża Nuuk.

Naleraq domaga się natychmiastowej niepodległości i powrotu do tradycyjnych wartości. W osadach, gdzie bieda zagląda ludziom w oczy i jedyną perspektywą jest wyjazd do miasta, ten radykalny głos zyskuje coraz większe poparcie. Dla rybaka z Upernavik czy Narsaq elity z Nuuk są dziś często tak samo odległe mentalnie, jak politycy z Kopenhagi.

Warto na chwilę wrócić do biznesu. On też wyznacza podziały społeczne. Dochody z rybołówstwa i przetwórstwa ryb nie równoważą budżetu wyspy. Jest on wspierany coroczną subwencją z Kopenhagi w wysokości do 4,3 miliarda koron duńskich (ok. 550 mln euro - przyp. red.), co stanowi ok. 20 procent całego PKB kraju. W tym kontekście oferta, która pojawiła się w mediach - sugerująca, że Waszyngton miałby przekazać każdemu mieszkańcowi wyspy ok. 100 000 dolarów - jest mniej więcej równa temu, co każdy mieszkaniec otrzymuje przez dziesięć lat dotowania ze strony duńskiego rządu.

Bogactwa Grenlandii. Co leży pod ziemią?

Jak zatem wygląda kwestia bogactw naturalnych wyspy? Donald Trump przekonywał podczas przemówienia w Davos, że zasoby wyspy wcale nie są dla niego kluczowe. To bezpieczeństwo ma być priorytetem.

W debacie często pojawiał się wątek skarbów ukrytych pod wieczną zmarzliną Grenlandii. Według danych Służby Geologicznej Danii i Grenlandii, złoża znajdują się na wybrzeżach wyspy. Są to między innymi metale ziem rzadkich, złoto, żelazo, ołów, grafit, diamenty czy węgiel.

- Mamy dwie kopalnie, ale stanowią one bardzo małą część PKB. Ludzie myślą, że nasza gospodarka opiera się na górnictwie, a to po prostu nieprawda - mówi prof. Poppel. - Trump nie przejmuje się środowiskiem ani zanieczyszczeniami. Ale Grenlandczycy od tysiącleci zależą od zasobów wodnych i lądowych. Musimy dbać o naszą naturę - podkreśla. Stąd w lokalnej społeczności wcale nie ma chęci, by fedrować, wiercić i szukać.

Złoża jednak są, należy tylko pamiętać, że 80 procent wyspy pokrywa lodowiec. A - jak już wskazywaliśmy - infrastruktura drogowa między poszczególnymi ośrodkami nie istnieje, co generowałoby olbrzymie koszty samego transportu. W XX wieku zamknięto co najmniej 18 istniejących na wyspie kopalń. Dwie istniejące - o których mówi prof. Poppel - to Nalunaq, gdzie wydobywa się złoto, oraz White Mountain - kopalnia anortozytu, surowca wykorzystywanego do produkcji m.in. włókna szklanego.

Eksperci szacują, że uruchomienie kopalni w Arktyce kosztuje od dwóch do trzech razy więcej niż podobna inwestycja w umiarkowanym klimacie. To tak zwany podatek od geografii. W takich warunkach maszyny psują się częściej, sezon budowlany trwa krótko, a każdą śrubkę i litr paliwa trzeba dowieźć statkiem. Historia górnictwa na Grenlandii to w rzeczywistości historia walki z logistyką, którą człowiek (i biznes) zazwyczaj przegrywał. Zamknięte kopalnie nie upadały z braku surowca, ale przez koszty jego wywozu.

Sztandarowym przykładem tych trudności jest projekt Kvanefjeld na południu wyspy, który został zablokowany przez rząd w Nuuk z obawy o skażenie środowiska radioaktywnym uranem. Nie jest to jednak odosobniony przypadek.

  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
  • Codzienne życie na Grenlandii
[1/7] Codzienne życie na Grenlandii Źródło zdjęć: Wirtualna Polska |

Kilka innych inwestycji przygotowywanych do uruchomienia również zostało storpedowanych - albo ze względu na zagrożenie dla wrażliwego ekosystemu, albo przez koszty idące w setki milionów dolarów. W rezultacie władze Grenlandii podjęły radykalną decyzję: oficjalnie zrezygnowano z poszukiwań i eksploatacji ropy oraz gazu, a także złóż, w których zawartość uranu przekracza określony limit.

Tym samym naród wciąż stoi przed dylematem. Może albo rozkopać swoją ziemię, by zyskać szansę na niezależność gospodarczą i środki pozwalające na odłączenie się od Danii, albo chronić unikatową przyrodę, która stanowi fundament lokalnej tożsamości. I to nie są tylko slogany. Takie przeświadczenie słychać na ulicach stolicy.

Jakby tego było mało, ze względu na brak rentowności, z wyspy wycofały się wielkie koncerny naftowe - takie jak Shell, Equinor i ExxonMobil.

Amerykańskie bazy na wyspie

Skoro zasoby naturalne wyspy i ich wydobycie mogą okazać się większym obciążeniem finansowym niż rzeczywistym zyskiem, wracamy do sprawy amerykańskich baz, o których wielokrotnie mówi sam Trump.

Zgodnie z porozumieniem z 1951 roku, które zostało potwierdzone w 2004 roku i podpisane również przez rząd Grenlandii, amerykańscy żołnierze stacjonowali i stacjonują na Grenlandii. W czasach zimnej wojny mieli tu nawet 17 obiektów wojskowych. Z tego do dziś pozostał tylko jeden - dawna baza Thule. W 2023 roku, w geście szacunku dla lokalnej historii, oficjalnie zmieniono jej nazwę na Pituffik Space Base.

"Pituffik" to tradycyjna inuicka nazwa tego miejsca, oznaczająca w przybliżeniu miejsce, gdzie przywiązuje się psy zaprzęgowe/łodzie. Zmiana z "Thule" - czyli nazwy nadanej przez kolonialistów - była dla miejscowych dużym wydarzeniem.

Jednocześnie to najdalej na północ wysunięta instalacja amerykańskich sił zbrojnych, leży zaledwie 1500 kilometrów od Bieguna Północnego.

Choć na miejscu stacjonuje zaledwie garstka żołnierzy (ok. 200 osób), znaczenie tego miejsca jest kolosalne. Potężne radary w Pituffik to oczy Ameryki, skierowane na Arktykę. Ich zadaniem jest wykrycie każdego pocisku balistycznego wystrzelonego z terytorium Rosji lub Chin, zanim ten zdąży dolecieć nad kontynent amerykański. Od niedawna baza służy też nowo utworzonym Siłom Kosmicznym USA (US Space Force) do śledzenia satelitów i kosmicznych śmieci krążących nad biegunem.

Dla Grenlandczyków to miejsce ma jednak inny wymiar. Jest symbolem historycznej krzywdy. Budowa bazy w latach 50. (w ramach tajnej operacji "Blue Jay") wiązała się z przymusowym wysiedleniem lokalnej społeczności Inughuitów, którym dano zaledwie kilka dni na spakowanie dobytku i opuszczenie domów.

Jak podaje "The Economist", powołując się na źródła w amerykańskiej administracji, szacunkowe koszty uruchomienia kolejnych pięciu baz na Grenlandii wyniosłyby ok. 20-30 miliardów dolarów.

- USA mogłyby wzmocnić swoją obecność, zamiast ją redukować. Kiedyś mieli tu 17 baz i 10 tys. ludzi. Teraz mają jedną bazę i 200 osób - mówi wprost Birger Poppel. - Ziemia i morze, ich wspólna własność jest ważna dla Inuitów od tysiąca lat. Sprzedaż lub oddawanie ziemi jest głęboko sprzeczne z ich tradycją i kulturą – komentuje.

Trump często mówił w ostatnim czasie także o braku inwestycji w obronność wyspy przez Danię. Jako przykład podawał historię dotyczącą dodatkowego patrolu psich zaprzęgów Sirius.

I tu Trump mija się z prawdą. Amerykański prezydent w swojej narracji pominął wiele innych poczynionych przez Kopenhagę inwestycji.

W październiku 2025 roku Dania ogłosiła dodatkowe wydatki na obronę w wysokości 4,2 miliarda dolarów, obejmujące regiony Arktyki i Atlantyku Północnego, w tym Grenlandię. Jednocześnie zapowiedziała zwiększenie floty samolotów F-35A do 43, kupując kolejne 16 samolotów za kwotę 4,5 miliarda dolarów. To nie koniec. Pod koniec grudnia Waszyngton wydał bowiem zgodę na sprzedaż Danii samolotów patrolowych P-8 Posejdon. Wartość umowy? 1,8 mld dolarów.

Łącznie Dania w 2025 r. zadeklarowała wydatki na poziomie 42 mld koron duńskich - to ponad 6,6 mld dolarów.

Trudna przeszłość, lepsza przyszłość?

Dania i Grenlandia mówią w tej sprawie jednym głosem. Podobne deklaracje padały wszak również ze strony Kopenhagi. Stosunki między wyspą a stolicą królestwa nie zawsze jednak układały się najlepiej.

- Zwykle mówię, że kolonializm formalnie skończył się w 1953 roku, ale tak naprawdę trwało to do 1979 - wyjaśnia nam naukowiec społeczny. O co chodzi? W 1953 roku Grenlandia formalnie przestała być duńską kolonią. 26 lat później wyspa uzyskała autonomię wewnętrzną - powstał parlament i rozpoczął się proces przekazywania odpowiedzialności za poszczególne sektory (edukację, zdrowie, administrację) z rąk duńskich do rąk grenlandzkich.

Ta tranzycja władzy to nie jedyna zadra w obopólnych stosunkach. Cieniem do dziś kładzie się na nie także sprawa tzw. kampanii spiralowej (z języka duńskiego Spiralkampagnen). W latach 1966-1975 duńscy lekarze wszczepili wkładki domaciczne około 4,5 tys. Grenlandek. Liczba ta poraża dopiero w pełnym kontekście: spiralę założono połowie ówczesnej populacji płodnych kobiet na wyspie.

Wiele z nich nie wyraziło na to zgody, a procedurze były poddane nawet 13-letnie dziewczynki, którym zakładano wkładki w szkolnych gabinetach, często bez wiedzy rodziców. Cel Kopenhagi był chłodny i pragmatyczny: obawiano się, że poprawa warunków życia doprowadzi do eksplozji demograficznej, która podniesie koszty utrzymania kolonii. Plan zadziałał brutalnie skutecznie – w ciągu zaledwie kilku lat współczynnik urodzeń na Grenlandii spadł o połowę, pozostawiając jednak po sobie pokoleniową traumę.

- Nie da się naprawić tego, co stało się młodym dziewczętom, ale przeprosiny rządu Danii i odszkodowania, które zostaną wypłacone, sprawiają, że czujesz, iż twój smutek i problemy zostały uznane - mówi Wirtualnej Polsce prof. Poppel.

- Niektóre skutki okresu kolonialnego są przekazywane z pokolenia na pokolenie. To trauma międzypokoleniowa - zauważa. Jednak w tej sprawie pojawia się światełko w tunelu. - Właśnie tworzona jest wspólna grenlandzko-duńska komisja historyczna, aby wgłębić się w historię i zebrać jak najwięcej faktów i narracji, co miejmy nadzieję stworzy podstawy do pewnego rodzaju pojednania - mówi rozmówca.

Komisja ma przeanalizować wspólną historię od zakończenia II wojny światowej aż po dziś. - Jeśli pojawi się wola, by powiedzieć: "cóż, zdajemy sobie sprawę, że to się wydarzyło. To właśnie zrobili Duńczycy. Tu zabrakło szacunku, tu zabrakło włączenia Grenlandczyków w procesy. W tym miejscu Dania faktycznie zachowała się jak potęga kolonialna". Jeśli wypracowany zostanie konsensus co do rozumienia różnych aspektów historycznych, może to stworzyć fundament, dzięki któremu ludzie odetchną. Wtedy będziemy mogli rozmawiać na bardziej równych zasadach o tym, jak możemy współpracować - podkreśla ekspert.

Życie na wyspie

A jak żyje się na wyspie dzisiaj? Nuuk prężnie się rozwija. Nowe budynki, apartamentowce i sklepy wyrastają w mieście jak grzyby po deszczu. Na Grenlandii nie brakuje także imigrantów - głównie z Azji Dalekowschodniej. To przede wszystkim Filipińczycy, którzy pracują w branży gastronomicznej czy turystyce.

Ceny na miejscu są jednak wysokie - wyższe niż w Danii. Chleb kosztuje ok. 30–35 koron (czyli ok. 17-20 zł), a kostka masła - ok. 40 koron (ok. 23 zł). Sery czy wędliny również są droższe. Szynka z piżmowołu arktycznego dochodzi do nawet 360 koron za kilogram (ponad 200 zł). Zwykły ser żółty typu gouda to wydatek rzędu 42 koron (ok. 24 zł). Także podstawowe warzywa czy owoce potrafią zrujnować portfel: kilogram ziemniaków kosztuje ok. 25 koron (14 zł), cebuli - 15 koron (ok. 9 zł), główka czerwonej kapusty - 31 koron (18 zł), a jeden ogórek - aż 32 korony (ponad 18 zł).

Nie brakuje także lokalnych produktów - niedostępnych w Polsce - można dostać m.in. mięso foki, wieloryba czy wspomnianego piżmowołu arktycznego. Oczywiście są także ryby i owoce morza. Jak prezentują się ceny?

Świeża foka prosto od rybaka to wydatek ok. 145 koron za kilogram (ok. 85 zł). Sprzedają oni również lokalne ptactwo – tyle że w całości, z głową i piórami. Wieloryb? Tutaj rozpiętość jest duża: od 130–250 koron (75-145 zł) do nawet 499 koron za kilogram (blisko 290 zł) - w zależności od części. Tyle samo, bo 499 koron (290 zł), trzeba zapłacić za skórę narwala. Z kolei tylna płetwa wieloryba to koszt rzędu 410 koron (ok. 240 zł).

W samym Nuuk nietrudno znaleźć różne lokale oferujące dania kuchni całego świata - tajską, indyjską, włoską. "Poza sezonem jest tu raczej spokojnie. Wszystkie te miejsca nie przetrwałyby, gdyby nie stołowali się w nich sami mieszkańcy" - zauważa ekspert.

Zmiany zachodzące na Grenlandii dobrze ilustruje wczesne doświadczenie z czasu, gdy prof. Poppel po raz pierwszy przyjechał na Grenlandię ponad 40 lat temu. - Kiedyś w urzędzie miejskim widziało się samych Duńczyków. Dziś to niemal sami Grenlandczycy. Jednak jest to proces, który wymaga czasu - mówi.

Z Nuuk Tomasz Waleński, dziennikarz Wirtualnej Polski

Wybrane dla Ciebie
Trump ostrzega państwa NATO. "USA nigdy nie zapomni"
Trump ostrzega państwa NATO. "USA nigdy nie zapomni"
Trump twierdzi, że Irańczycy "błagają" USA o porozumienie
Trump twierdzi, że Irańczycy "błagają" USA o porozumienie
Orban oskarża Zełenskiego o wysłanie agentów na Węgry. "Nakaż powrót"
Orban oskarża Zełenskiego o wysłanie agentów na Węgry. "Nakaż powrót"
Przygotowywali zamachy w Europie. W Berlinie usłyszeli wyroki
Przygotowywali zamachy w Europie. W Berlinie usłyszeli wyroki
Ogródki pod blokiem. Co warto wiedzieć?
Ogródki pod blokiem. Co warto wiedzieć?
Jest najnowsza prognoza pogody. Wiemy, kiedy w Polskę uderzy prawdziwy gorąc
Jest najnowsza prognoza pogody. Wiemy, kiedy w Polskę uderzy prawdziwy gorąc
CBA zatrzymało troje notariuszy. Chodzi o przejęcie niemal 50 mln zł
CBA zatrzymało troje notariuszy. Chodzi o przejęcie niemal 50 mln zł
Czarne chmury nad Braunem. Parlament Europejski zdecydował
Czarne chmury nad Braunem. Parlament Europejski zdecydował
Uzależniła się od social mediów. Wygrała w sądzie z Metą i YouTube
Uzależniła się od social mediów. Wygrała w sądzie z Metą i YouTube
Surowsze kary. Minister zapowiada dokręcenie śruby pijanym kierowcom i dezinformatorom
Surowsze kary. Minister zapowiada dokręcenie śruby pijanym kierowcom i dezinformatorom
Komitet Noblowski pokaże listę prezentów. To pokłosie afery Epsteina
Komitet Noblowski pokaże listę prezentów. To pokłosie afery Epsteina
Autobus runął do rzeki. Nagranie z dramatycznego wypadku w Bangladeszu
Autobus runął do rzeki. Nagranie z dramatycznego wypadku w Bangladeszu