Otworzyła restaurację nad morzem. Mówi prawdę o "paragonach grozy"
Sezon wakacyjny nad morzem dopiero się rozpoczyna. Właściciele lokali gastronomicznych czekają na pierwsze większe fale turystów. Klaudia Napieraj, współwłaścicielka restauracji w sercu Kołobrzegu, opowiada nam o tym, jak wygląda tegoroczny sezon, co sądzi o "paragonach grozy" i dlaczego wciąż warto szukać pracy nad morzem.
Tegoroczny sezon letni nad Bałtykiem rozpoczął się wyjątkowo niemrawo. Po zimnym i deszczowym czerwcu, lipiec również nie rozpieszcza. Wiatr, silne opady i sztormowa pogoda skutecznie odstraszają turystów.
– Przyznam, że z roku na rok jest coraz słabiej i w tym roku jeszcze się nie zaczął ten sezon. Czekamy, czekamy – mówi Klaudia Napieraj, właścicielka restauracji w Kołobrzegu.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Oberwanie chmury w Elblągu. Ludzie uciekali z parku wodnego
Rozmówczyni WP z nadzieją wypatruje poprawy pogody, która – jak co roku – może nagle przyciągnąć tłumy. – Zawsze tutaj były kolejki, pełne stoliki, tłumy na deptakach. Na razie jest cisza i spokój, ale czekamy - dodaje.
- Może ludzie teraz bardziej świadomie wybierają wyjazdy zagraniczne, gdzie mimo wszystko bywa taniej – zastanawia się, ale z drugiej strony zauważa coraz więcej turystów spoza Polski. – Słychać niemiecki, angielski. Zaskakująco dużo gości z zagranicy spaceruje po Kołobrzegu, co nas bardzo cieszy - mówi.
To zjawisko nie dziwi, biorąc pod uwagę ekstremalne temperatury panujące w południowej Europie. Gdy w Hiszpanii czy we Włoszech termometry pokazują 40 stopni i więcej, chłodniejsze wybrzeże Bałtyku staje się atrakcyjną alternatywą. Polska staje się więc wakacyjnym "wentylem bezpieczeństwa" dla turystów szukających odpoczynku.
Nowa restauracja
Dla Klaudii Napieraj to pierwszy sezon nad morzem. Choć gastronomiczne doświadczenie zdobywa od lat w Szczecinie, Bałtyk to zupełnie inna bajka. – Kołobrzeg to dla nas świeżość, uczymy się tego rynku, poznajemy klientów. To trochę inna publika niż w dużym mieście – starsza, spokojniejsza, z innymi oczekiwaniami - wymienia.
Zapytana o popularne w sieci "paragony grozy", reaguje stanowczo: – Uważam, że to bezsensowne. Wszystko jest w karcie, ceny są jawne. Nikt nikogo nie zaskakuje. Rok temu to jeszcze było jakieś "wow", a teraz wszyscy się z tego śmieją – mówi.
Jak podkreśla, wzrost cen to skutek inflacji, a nie zła wola restauratorów. – Produkty drożeją, koszty rosną. My też musimy to uwzględniać w naszych cenach. Inaczej się nie da - tłumaczy.
Pomimo dopiero rozkręcającego się sezonu i niesprzyjającej pogody, właścicielka nie traci optymizmu. – Liczę na to, że będą u nas tłumy i naprawdę nie mogę się już doczekać. Miejsca dla gości przygotowane, czekamy i zapraszamy - mówi.
Co więcej, restauracja cały czas poszukuje pracowników. – Przez cały rok trzymamy naszych najlepszych ludzi, ale na lato ekipa rośnie dwukrotnie. Ciągle rekrutujemy – liczą się chęci do pracy - zachęca restauratorka.
Mateusz Dolak, dziennikarz Wirtualnej Polski
Czytaj też: