Bartłomiej Perczak, psycholog z „Nature and Medicine”, mówi, że samookaleczenie wśród młodzieży i dorosłych występuje, ale jest nieporównanie rzadszym zjawiskiem niż nerwica czy depresja. Jest to zjawisko autoagresji mające dwie przyczyny. Po pierwsze osoby chcą w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Zdarza się tak np. w rodzinach, gdzie rodzice się rozwodzą, a dziecko nie umie sobie z taką sytuacją poradzić. Również wtedy, kiedy dziecko ma mocne poczucie winy. Perczak opowiada o przypadku chłopca, który z grzecznego i dobrze uczącego, zmienił się w dziecko sprawiające problemy wychowawcze i samookaleczające się. Dopiero po roku ktoś zorientował się, że z chłopcem dzieje się coś złego. Okazało się, że kilkanaście miesięcy wcześniej w wypadku zginęła jego młodsza siostra. Tego dnia podeszła do niego i zapytała, czy mogliby wrócić razem do domu. Chłopiec powiedział, żeby poszła sama. Wracając, zginęła pod kołami samochodu. - Nikomu o tym nie powiedział. Dusił to w sobie, bo nie miał na tyle dobrego kontaktu z
rodzicami, żeby im o tym powiedzieć. Przez cały czas uważał jednak, że to jego wina – mówi Perczak. Pytany o to, czy jeśli zauważymy u bliskiej osoby sznyty, powinniśmy od razu o pomoc do psychologa, odpowiada twierdząco. Tłumaczy, że osoba, która zadaje sobie rany, często nie zdaje sobie sprawy, co jest tego faktyczną przyczyną. Dopiero trzeba to od niej wydobyć.