Ojciec nie zastosował się do wyroku i porwał dzieci. Mężczyzna informuje media, że to żona zaniedbywała dzieci

Yaquelin Tamayo Aguilera jest matką 8-letniego Andreza i 6-letniego Diego. Chłopcy razem z nią i ich ojcem Andrzejem Sz. mieszkali w Kanadzie. W zeszłym roku ojciec zabrał synów na 2-tygodniowe wakacje na Dominikanę. Jak wynika z relacji mecenasa Marcina Pawliny, reprezentującego kobietę, mężczyzna porwał synów i wywiózł ich do Europy. Brzmi jak fabuła thrillera z licznymi, dramatycznymi zwrotami akcji? Niestety, ta historia wydarzyła się naprawdę i wciąż nie widać jej zakończenia. My znamy szczegóły.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Yaquelin Tamayo Aguilera ze zdjęciami Andreza i Diego
Yaquelin Tamayo Aguilera ze zdjęciami Andreza i Diego (Archiwum prywatne)

Jak relacjonował mec. Pawlina w poniedziałek ruszył kolejny proces, w którym Andrzej Sz. domaga się przyznania mu prawa do opieki nad synami. Chłopców wywiózł z Kanady do Polski bez zgody matki, z którą rozstał się kilka lat temu. Do tej pory przegrywał w sądach, zarówno polskim jak i kanadyjskim. Każda rozprawa kończyła się decyzją o wydaniu dzieci matce, a z uzyskanych od kobiety informacji, sąd w Kanadzie pozbawił go praw rodzicielskich.

Polskie piekło. Tak ludzie kłócą się o opiekę nad dzieckiem

2006 rok. Z Kuby do Kanady

Początek historii był banalny. Yaquelin Tamayo Aguilera i Andrzej Sz. poznali się na wakacjach na Kubie, gdzie ona mieszkała i pracowała jako pielęgniarka, a on przyjechał odpocząć. W Kanadzie mieszkał od 20 lat. Zakochali się, po 4 miesiącach Yaquelin Tamayo Aguilera przeniosła się do Ontario. Pierwszy syn Andrez urodził się w 2009 roku. Drugi Diego rok później. Podobno przyjście synów na świat było początkiem końca dobrych relacji miedzy parą. Andrzej Sz. podobno nie miał cierpliwości do małych dzieci. Yaquelin Tamayo opowiadała, że był zazdrosny o jej czas, którego wiecznie brakowało. W tygodniu godziny dzieliła na czas dla chłopców i studia pielęgniarskie. Nie radził sobie także z agresją. Starszego Andreza wyzywał i bił, kiedy chłopiec nie radził sobie z pracą domową. Młodszego Diego miał oblać lodowatą wodą za to, że płakał, bojąc się sam spać. Chłopiec miał wtedy 3 lata. Gdy zdenerwował się, rzucał w Yaquelin Tamayo czym popadnie. Kobieta, szukając pomocy i chcąc chronić dzieci, uciekła do Ośrodka Pomocy Rodzinie i Dzieciom.

2012 rok. Pierwsze zgłoszenie

Z pisma Ośrodka Pomocy Rodzinie i Dzieciom miasta Waterloo można wyczytać, że w lipcu 2012 roku Andrzej Sz. wdarł się na teren schroniska, napadł na Yaquelin, po czym chwycił Andreza za rękę i zaczął z nim uciekać. Zatrzymali go przechodnie, wezwano policję. Andrzejowi Sz. postawiono wówczas zarzut napaści kryminalnej i molestowania kryminalnego. Sąd wydał zakaz zbliżania się Andrzeja Sz. do żony. Chwilę później podpisali umowę separacyjną. Dziećmi mieli opiekować się naprzemiennie. Udawało im się to przez 3 lata.

2016 rok. Pierwsze porwanie

W lipcu ojciec Andreza i Diega chciał wyjechać z nimi na dwa tygodnie na Dominikanę. Przepisy prawa kanadyjskiego stanowią, że w przypadku kiedy jeden rodzic chce samotnie wyjechać z dziećmi na wakacje zagranicę, musi mieć na to pisemną zgodę drugiego opiekuna prawnego. Prawo to dotyczy wszystkich, nie tylko par, które są w separacji albo po rozwodzie. Zgodnie z prawem, Andrzej Sz. wystąpił o pozwolenie do ich matki. Podpisała ją. I to był ostatni raz kiedy widziała i słyszała swoje dzieci, bo mąż nigdy nie wrócił z synami do Kanady. Jeśli wróci będzie postawiony w stan oskarżenia. Zaocznie kanadyjski sąd całkowicie pozbawił go praw rodzicielskich. Nakazał mu także bezzwłoczne oddanie chłopców matce.

Czym jest porwanie rodzicielskie?

Grudzień 2016. Polski sąd

Kiedy dzieci nie wróciły o umówionej porze do domu, Yaquelin Tamayo zaczęła się martwić. Racjonalizowała sobie, że mąż być może nie odbiera od niej telefonu, bo chłopcy śpią a telefon mógłby ich obudzić. Mijały godziny, bez żadnej wiadomości. Dzień po ich planowanym powrocie do domu poszła na policje. Szybko okazało się, że ani mężczyzna, ani chłopcy nie przekroczyli granicy kanadyjskiej i nie ma ich w kraju. Rozpoczęło się międzynarodowe śledztwo. Z pomocą Interpolu ustalono miejsce jego pobytu. Był w Polsce, w Zielonej Górze. Yaquelin wzięła bezpłatny urlop w pracy w Kanadzie i przyleciała do Polski.

Choć wyrok kanadyjskiego sądu był prawomocny, polski sąd musiał zastosować się do przepisów prawa obowiązującego w Polsce i na nowo zdecydować o wydaniu dzieci matce i ich powrocie do Kanady. W Polsce w takich sprawach obowiązuje Konwencja Haska, która zaleca aby dla dobra dziecka rozprawa przed sądem zakończyła się w ciągu 6 tygodni. Kolejny artykuł Konwencji nakazuje niezwłocznie wydać dziecko opiekunowi, jeśli od momentu bezprawnego uprowadzenia do wydania orzeczenia przez sąd nie minął rok. Uzasadnione jest to tym, że w tak krótkim czasie nie nawiązuje się jeszcze wystarczająco silna więź dziecka z nowym otoczeniem i środowiskiem. Polski sąd nie zastosował się do żadnego z powyższych przepisów. Zdecydował jednak o kontaktach matki z dziećmi. Mogła je widzieć co drugi dzień, przez 2 godziny, ale wyłącznie w obecności ojca. Fakt, że w Kanadzie pozbawiony jest praw rodzicielskich nie miał znaczenia.

Luty 2017 rok. Wyrok

Mecenas Marcin Pawlina taktykę procesową Andrzeja Sz. ocenia jako atakującą. Mężczyzna zarzucał Yaquelin Tamayo, że przez 3 lata, do momentu uprowadzenia dzieci, nie poświęcała im czasu. Taką też informację rozpowszechniał w polskich mediach. "Sam zajmowałem się dziećmi. Żona wolała imprezy i towarzystwo." – powiedział "Faktowi". Tymczasem, jak opowiadała adwokat, do sądu zaczęły napływać dowody. Szkoła wysłała poświadczenia, że to matka przychodziła na zebrania i interesowała się chłopcami. To samo potwierdziła przychodnia lekarska. Zaświadczenie wysłał także pastor, który twierdził, że spotykał kobietę z chłopcami na mszy. Do Polski przyleciała także przyjaciółka kobiety. Świadkami mężczyzny byli jego siostra i znajomy. Dzieci badane były przez biegłych psychologów sądowych, którzy jednoznacznie stwierdzili, że dzieci mają być przy matce. W lutym zapadł wyrok. Decyzją sądu, dzieci miały wrócić do mamy.

Jedno małe "ale"

Artykuł 578 Kodeksu Postępowania Cywilnego mówi o tym, że " Postanowienia sądu opiekuńczego są skuteczne i wykonalne z chwilą ich ogłoszenia, a gdy ogłoszenia nie było, z chwilą ich wydania." Mówiąc prościej, Andrez i Diego powinni trafić pod opiekę matki z chwilą ogłoszenia wyroku. Było jednak jedno małe "ale". Polski sąd, wydając decyzję w lutym 2017 roku, określił termin przekazania dzieci Yaquelin na 7 dni od momentu uprawomocnienia się wyroku. I z tego skorzystał Andrzej Sz., natychmiast wnosząc apelację. Tym samym wyrok sądu pierwszej instancji nie uprawomocnił się. Chłopcy wciąż byli pod opieką ojca.

Maj 2017. Sąd II instancji

W drugiej instancji odbyły się dwie rozprawy. I tym razem sąd nie miał wątpliwości i orzekł to samo, co sąd pierwszej instancji. 25 maja wydał postanowienie, że dzieci mają być oddane matce. Jednocześnie zdjął z Yaquelin Tamayo Aguilery koszty procesu, które urosły do 25 tysięcy złotych. Miał je pokryć ojciec Andreza i Diego. Mężczyzna znów miał 7 dni na oddanie chłopców. Poza sądem miał podobno oświadczyć żonie, że "po jego trupie, nie dostanie dzieci".

1 czerwca. Drugie porwanie

Yaquelin Tamayo bała się, że ojciec chłopców nie odda jej chłopców. Zgłosiła się ze swoimi obawami do prokuratury. Ta jednak nie mogła udzielić jej pomocy, bo termin, w którym Andrzej Sz. miał oddać dzieci nie minął. Chłopcy powinni trafić pod jej opiekę 1 czerwca. Minął termin, Andreza i Diego nie było. Telefon mężczyzny był wyłączony. Na maile nie odpisywał. W szkole, do której zaczęli chodzić chłopcy Yaquelin Tamayo dowiedziała się, że ojciec dzieci zostawił zwolnienie lekarskie na cały miesiąc, do końca roku szkolnego. Tamayo zgłosiła do prokuratury sprawę uprowadzenia dzieci i uruchomiła procedurę odebrania dzieci z pomocą kuratora sądowego. W tym samym czasie Andrzej Sz. złożył pozew o zmianę prawomocnego orzeczenia i zasądzenie opieki nad dziećmi jemu. Swoją prośbę uzasadnił dobrem dzieci. Na facebooku ktoś stworzył wydarzenie "STOP wydaniu Andreza i Diego do Kanady". Kiedy zadzwoniliśmy pod podany na stronie numer telefonu kobieta, która go odebrała stwierdziła, że nic o sprawie nie wie i nie jest spokrewniona z Andrzejem Sz. Z nim samym nie ma kontaktu, a kolejni mecenasi reprezentujący go w sądzie odmawiają wypowiedzi. Dzieci pomaga szukać Fundacja ITAKA.

Polub WP Wiadomości
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.