Jest ono już używane m.in. w Sejmie i Senacie. Chętnie do użytku wprowadzają je także duże firmy, ale bardzo rzadko państwowe. Tę niechęć trudno wyjaśnić, bo "wolne programy" mają z reguły bardzo niską, a najczęściej zerową cenę - pisze "P".
Wolne oprogramowanie to takie programy komputerowe, których licencje pozwalają użytkownikowi na ich swobodne studiowanie, rozpowszechnianie i modyfikację - tłumaczy gazeta.
Będącego jego przeciwieństwem "własnościowego" lub "zamkniętego oprogramowania" nie wolno pod żadnym pozorem modyfikować. Wolno je instalować i uruchamiać tylko na pojedynczym komputerze, a chcąc to robić na większej liczbie maszyn, trzeba kupić kolejne licencje - pisze dziennik. Więcej na ten temat - w artykule "Nie ma chętnych na wolne oprogramowanie". (PAP)