Kraków świętuje. Pożegnanie arcybiskupa Jędraszewskiego [OPINIA]
Szał radości - tak najkrócej określić można nastrój, jaki wybuchł w archidiecezji krakowskiej. Posypały się nawet... setki memów. Była to z trudem ukrywana satysfakcja, że udało się przetrwać w trudnych relacjach z odchodzącym metropolitą. I tylko wśród polityków i zwolenników najtwardszej linii PiS (a czasem Konfederacji) nie widać entuzjazmu - pisze w opinii dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
"Trafiłeś w dziesiątkę" - napisał mi jeden z krakowskich duchownych, gdy przeczytał w moim tekście, że na wielu krakowskich plebaniach odśpiewano w dniu przejścia na emeryturę arcybiskupa Jędraszewskiego "Wesoły nam dziś dzień nastał".
Inny dodał, że choć ceni sobie nowego metropolitę i współpracował z nim, zna jego silne strony, a także słabości, i naprawdę ma wiele związanych z pracą kardynała Grzegorza Rysia nadziei, ale najbardziej cieszy się z tego, że odchodzi arcybiskup Marek Jędraszewski. - Nareszcie - komentował w rozmowie ze mną.
Wyraźnie widać, że autorami memów o odejściu Jędraszewskiego są też i duchowni, bo i poczucie humoru, i wiedza ukazują wyraźnie księżowski sznyt. Internet też mocno komentuje wydarzenia w Kościele z ostatnich dni.
Duchowny ostro o arcybiskupie Jędraszewskim. „Oczekuję od biskupa uczciwości”
Złośliwi duchowni (choć uczciwie trzeba powiedzieć, że świeccy też) wysyłają sobie memy, na których wyraźnie smutny arcybiskup, nawiązując do swojego mocnego ataku na byłego już proboszcza Bazyliki Mariackiej i swojego następcy, mówi: "Najpierw Raś, potem Ryś, a na końcu Ruś i azyl…".
Inni na podobnym zdjęciu, nie bez mocnej ironii, dodają żartobliwy komentarz: "Biedne krakowskie owieczki, bo dobrego pasterza zastąpił dziki Ryś". I już tylko te dwa memy doskonale pokazują, jakie nastroje panują w archidiecezji krakowskiej.
Czytaj również: MAGA myśli tak jak Tucker Carlson. Polska miłość do tego ruchu to czysta głupota [OPINIA]
Eksplozja radości
Jeśli szukać przyczyn tej eksplozji radości wśród księży i znaczącej części zaangażowanych księży w archidiecezji krakowskiej, to wbrew temu, co sugerują nieliczni politycy i komentatorzy związani z PiS - a niekiedy z Konfederacją, wcale nie dzieje się tak z powodu odrzucania linii kościelnej (czy nawet politycznej) arcybiskupa Jędraszewskiego.
Powodem nie jest też wcale pełna akceptacja linii kościelnej (czy politycznej) kardynała Grzegorza Rysia, bo i ta budzi wśród niektórych z duchownych pewne obawy. Radość związana jest raczej z modelem komunikacji i zarządzania, a także stylem bycia, jaki prezentował arcybiskup Jędraszewski.
O jaki styl chodzi? I znowu odwołam się do pewnego duchownego, który podsumował to krótko, mówiąc: "przyjechała Wielkopolska do Małopolski i się nie mieści".
Zobacz także: Dobra decyzja i kilka złych sygnałów [OPINIA]
Jędraszewski miał problem
To właśnie styl bycia i zarządzania sprawił, że arcybiskup początkowo ciepło przyjęty przez pewną część dość konserwatywnych duchownych z Podhala (a także samego Krakowa), powoli tracił zaufanie i sympatię. Części z duchownych wcale nie przeszkadzały jego polityczne wycieczki (bo nie ma co ukrywać, że tzw. "republika proboszczów" ma niekiedy nie mniej radykalne poglądy jak arcybiskup Jędraszewski).
Nie wadziła im także jego niechęć do rozliczenia problemów z wykorzystywaniem seksualnym w Kościele i ich tuszowaniem, bo wielu duchownych podzielało jego zastrzeżenia. Poglądy to jednak jedno, a brak możliwości kontaktu, traktowanie - przez najbliższych współpracowników "z buta", kontakt za pomocą dekretów - a nie rozmowy, czy odwoływanie proboszczów bez adekwatnej przyczyny, i to na ostatniej prostej swojego zarządzania, tylko po to, by w miejsce poprzedników mianować swoich protegowanych... to wszystko budowało pogłębiającą się niechęć wśród duchownych.
Autorytetu arcybiskupa nie budował też fakt, że choć często i dużo mówił on o moralności, stawiał wielkie wymagania wszystkim, oceniał innych i budował wielkie narracje, w których wpisywał ludzkie historie w kategorie ideologiczne (ideologię tęczową, gender czy singlizmu), to sam nie był w stanie się nigdy rozliczyć z moralnego skandalu, który ciąży na jego osobistej historii.
Warto przypomnieć, że głównym motorem kariery młodego duchownego i filozofa z Poznania, o którym ksiądz Józef Tischner mówił, że jest najlepszym znawcą Emmanuela Levinasa, był… arcybiskup Juliusz Paetz, z którym emerytowany już metropolita krakowski poznał się jeszcze w Rzymie. To właśnie Paetz doprowadził do jego nominacji na biskupa pomocniczego… i uczynił bliskim współpracownikiem.
Moment próby
A gdy przyszedł moment próby, to znaczy, gdy z informacjami na temat wykorzystania seksualnego kleryków i młodych księży przez arcybiskupa, zgłosili się do biskupa Jędraszewskiego poznańscy duchowni, on zawiódł, bo najpierw pojechał do nuncjatury apostolskiej, ale później - po rozmowie z arcybiskupem Józefem Kowalczykiem - stanął po stronie wykorzystującego kleryków arcybiskupa, a nie skrzywdzonych.
To ówczesny biskup Jędraszewski zbierał (a wielu mówi, że wymuszał) podpisy proboszczów pod apelem w obronie Paetza. I z tego działania nigdy się nie wytłumaczył, nigdy nie wyjaśnił, co takiego się stało, że podjął takie decyzje, jakie podjął. Mimo że, wszystko na to wskazuje, miał on wiedzę, co się naprawdę wydarzyło w poznańskim seminarium.
Miał ku temu wiele okazji, by przeprosić za to wprost, ale nigdy żadnej nie wykorzystał. Milczy, choć z całą pewnością ma w tej sprawie wiedzę*. I już tylko to nie pozwala jego moralizowania traktować poważnie.
To zarzuty w przeszłości, ale były też takie dotyczące teraźniejszości, i one również nie wzmacniały autorytetu arcybiskupa. Jego kazania, i to nawet z perspektywy dość konserwatywnego duchowieństwa archidiecezji krakowskiej, choć często erudycyjne i pełne historycznych odniesień, nie dawały ewangelizacyjnej wartości dodanej. Ich długość zniechęcały do słuchania, a często powracające odwołania do "przekazów dnia" PiS sprawiały, że media zajmowały się wyłącznie ich politycznymi elementami, zamiast skupić się na niekiedy obecnych odniesieniach do Ewangelii.
Retoryczny styl arcybiskupa, który chętnie posługiwał się epitetami, także nie służył ewangelizacji, a raczej jej szkodził. Kolejne urażone grupy odcinały się od Kościoła, a ludzie czuli się zranieni.
Zobacz także: To by była symboliczna klęska Ukrainy. To Moskwa pogrzebała własny język i Cerkiew [OPINIA]
Oczywiście, to też trzeba przyznać, byli ludzie, których ten model kaznodziejstwa zachwycał. W internecie mnożyły się grupy obrońców "mężnego arcybiskupa", którego porównywano nawet do... prymasa Wyszyńskiego lub określano (a to sam słyszałem w jednym z kazań) "prorokiem Markiem". Długoterminowo nie służyło to autorytetowi Kościoła, bo styl retoryczny arcybiskupa nie łączył, nie budował wspólnoty, ale głęboko ją dzielił.
Gdyby arcybiskup był publicystą czy politykiem, to taki styl byłby - jeśli nie akceptowalny, to przynajmniej zrozumiały, ale u arcybiskupa przynosił więcej szkody niż pożytku.
Szczególnie, że było sprzeczne z linią, którą narzucał Kościołowi papież Franciszek. Arcybiskup Jędraszewski, inaczej niż papież (nie tylko zresztą poprzedni, ale i obecny) próbował budować wrażenie, że tylko jedna z partii jest zgodna z nauczaniem Kościoła, podczas gdy jego zwierzchnicy jasno wskazywali, że katolik jest w polityce bezdomny, i że równie niedopuszczalne według nauczania Kościoła jest szczucie przeciw migrantom, jak odrzucanie obrony życia… Nieakceptowalne z tego punktu widzenia było także absolutyzowanie emocji narodowych, które oczywiście, jako patriotyzm są akceptowalne, ale który niekiedy u arcybiskupa Jędraszewskiego przeradzały się w nacjonalizm.
Wszystko to razem sprawia, że nie tylko wielu księży w Krakowie, ale i równie wielu świeckich - nie tylko w tym mieście - odetchnęło z ulgą. Pewien model retorycznej obecności Kościoła, teologii narodu i partii, odchodzi do przeszłości. I bardzo dobrze.
*Jędraszewski opublikował krótki wpis 29 listopada 2025 r., w którym, żegnając się z wiernymi, napisał ogólne podziękowania dla wspierających go duchownych i dodał: "Równocześnie proszę o wybaczenie, jeżeli kogoś zawiodłem lub sprawiłem przykrość. W swojej pasterskiej posłudze zawsze jednak starałem się kierować prawdziwym dobrem Kościoła".
Dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".