Jedni wolą psy, a Kamil kury. Wciąż marzy o tej idealnej
Pierwsze było jajko. Przyleciało z Japonii w ołowianej skrzynce. Kura wykluła się w inkubatorze. Jest niczym dzieło sztuki, a najlepszych genów szuka się wszędzie.
Nazywam się Kamil. Hoduję ozdobne kury, bo wszystko do tego dążyło. Rodzice mieli fermę drobiu. Od małego mnie to interesowało, nigdy się nie brzydziłem. Nawet otwierania ciała kurczaka, żeby zobaczyć, co jest w środku.
Rodzice mieli też strusie. Myślę, że to przez nie bardziej zżyłem się z ptakami. Mogłem wchodzić na ich wybieg i nic mi nie robiły. Jednych interesują gry komputerowe, innych fotografia, a mnie ptaki. Tak po prostu jest.
Głośno o tym nie mówiłem
Pierwsze ozdobne kury zobaczyłem u wujka. Gdy pewnego dnia część swojej hodowli sprzedawał, to parę kur oddał mi. Oczywiście ptaki nie były wybitnej jakości. Nie takie, żeby jechać na wystawy.
Trudno było zbudować całą infrastrukturę. Zaczynałem, jak miałem dziesięć lat, a to sporo kosztuje. Karma, witaminy i suplementy. Cała woliera, czyli siatki, karmidła i poidła. Głównie budowałem z tego, co było pod ręką. Mamy gospodarstwo, więc zawsze coś się znalazło. Porozrzucane po kątach siatki i deski. Zbiłem je, skręciłem i zrobiłem pierwszy wybieg.
Wtedy głośno o tym nie mówiłem. Otworzyłem się dopiero w liceum, gdy już nie mogłem niczego ukryć. Ludzie reagowali różnie. Jedni mówili, że im się to podoba, a inni się śmiali. Szedłem korytarzem i było: ko, ko, ko!
Chciałem czegoś więcej
Z roku na rok przybywało kur. Czułem, że chcę czegoś więcej. Przeglądałem mnóstwo zagranicznych stron. Dowiadywałem się, że istnieją rasy bojowe, które są waleczne. Rasy lekkie, które dużo latają i ciężkie, które trzymają się ziemi. Długoogoniaste i długopiejące. Czubate i łapciate.
Łapciate muszą mieć inną nawierzchnię, żeby się ich łapcie nie łamały. Za to długoogoniastym trzeba oliwić ogony. Właściwie każda rasa potrzebuje innych warunków, bo są z różnych stron świata. To są lata praktyki, żeby wszystko opanować.
Lisie spustoszenie
Szło dobrze, ale jak mi wleciał lis, to wszystko zeżarł. To tak, jakby ktoś zajmował się malarstwem, a jego prace spłonęły w pożarze. Dało mi to kopa w tyłek.
Rano przychodzę i patrzę, a tam wszystko nieżywe. Tylko jedna kurka latała przerażona. Wtedy coś we mnie wybuchło. Miałem tylko czternaście lat, byłem wciąż na początku. Tylko czekałem, aż ten lis wróci, żeby go załatwić.
Jak potem usłyszałem piski młodych lisów, to nie mogłem spać. Mamy niedaleko las, gdzie mieszkają. Podjeżdżałem pod płot i patrzyłem, jak podchodzą. Spędzałem całe noce przeganiając je.
Teraz staram się jak najwięcej robić, żeby zagrożenia nie było. Zbudowałem podmurówki, rozkładam elektryczne pastuchy. Raz w tygodniu trzeba sprawdzić, czy wszystko działa. Ale nie można kur zamknąć w fortecy za fosą.
Poza tym to nie są ptaki, które kosztują sto złotych. To zależy od jakości, ale mogą nawet i tysiąc. Także są też złodzieje. Kradną kury.
Szkoła bliżej ptaków
Bardzo długo myślałem, zanim podjąłem tę decyzję. Jakbym pojechał tam, to wątpię, żeby to wszystko zostało. A już na pewno tak by się nie rozwinęło. Byłbym pewnie osobą z paroma kurkami w ogrodzie.
To był czas, gdy musiałem wybrać szkołę średnią. Miałem iść do gastronomicznej. Rodzina i znajomi mówili mi, że powinienem, bo świetnie gotuję. Też mi się tak wydawało. Tyle że ta szkoła była w Toruniu. Druga była u mnie w miasteczku, więc wtedy mógłbym zostać w domu, z kurami.
Teraz nie żałuję tej decyzji. Postanowiłem, że zostanę z ptakami i wszystkim, co z nimi osiągnąłem. Poszedłem do szkoły w miasteczku.
Piętno młodego mistrza
Po ataku lista pomogli mi przyjaciele. To od nich dostałem nowe ptaki. Podniosłem się szybko. Potem już wiedziałem, że coś znaczę.
Pierwszy raz, jak pojechałem na wystawę krajową, zdobyłem mistrza Polski. To było w rasie Karzełek Kochin. Dość powszechna rasa, ale akurat dostałem dobry materiał. Trochę szczęścia, ale i ciężkiej pracy. Rozmnażałem te kury przez trzy lata, więc cechy, które chciałem poprawić, poprawiłem.
To był przełom. Bardzo się cieszyłem, ale też załamałem. Zazdrość starszych hodowców mnie wykańczała. Wszystkie docinki, że to było oszustwo. Bo jak to możliwe, że nagle pojawia się nastolatek i zdobywa mistrza? Mówili, że to nie może być prawdą.
Wtedy wiedziałem, że muszę się od tego odciąć. Robić dalej swoje.
Hierarchia musi być
Będąc z ptakami codziennie widzę, że jeden ma taki grzebień, a drugi taki dzwonek. Nawet jak mnie miesiąc nie ma, to dalej wiem, który jest który. Po temperamencie też widać, bo niektóre uciekną, a niektóre podejdą. Jeden z drugim się bije, a drugi z trzecim już nie. One mają charaktery.
Nawet kury potrafią się sobie nie spodobać. To zależy też od rasy, bo bojowe zawsze będą się biły. Ale jak mam stado, w którym kura wysiedzi jajka, a kogut-ojciec widzi, jak jego syn dorasta, to nie będzie się z nim bił. Hierarchię zawsze muszą ustalić i więzy rodzinne są.
Ale czasem muszę interweniować. Kojarzyć je inaczej. W tej wolierze są dwa koguty, a w innej jeden, który się z nimi bije. Muszę to robić, bo nie chciałbym mieć wszystkiego we krwi.
Kogut Stefan i paw Jacek
Przywiązanie jest. Szczególnie do ptaków, które są u mnie od wielu lat. Starsze koguty czy paw, czyli to, na czym cały czas bazuję. Natomiast staram się nie przywiązywać do młodych, dopóki nie widzę ich cech. Bo jednak muszę je wyselekcjonować… Oddać niektóre do ubojni. Nie chciałbym mieć emocjonalnych problemów.
Mój kogut rasy Ohik, który jest na zdjęciu w pokoju, miał imię. Bodajże Stefan. Jest też paw Jacek. Był też jeden ptak… Mój pierwszy Ohik, który miał najdłuższy ogon w kraju. Dlatego było go bardzo żal, gdy odszedł. Pochodzi od niego duża część populacji. Była po nim wręcz żałoba narodowa.
Co poradzić, takie życie. Nic nie jest wieczne. Ludzie też odchodzą. Ale było smutno. Naprawdę smutno.
Jaja z Japonii
Zdarza się, że przywozimy jaja zza granicy. Na przykład z Japonii. Wtedy transport musi być zabezpieczony. Tak jak szkło. Mój znajomy ma ołowiową walizkę, żeby promieniowanie im nie zaszkodziło.
A wiesz, że niektóre japońskie rasy są żywymi pomnikami przyrody w Japonii? Dla nich to jest świętość. Wchodzą z nimi na wysokie góry, o wschodzie słońca, bo to są rasy długopiejące. W zależności od tego, jak długo będzie piał, tak dobry będzie dzień.
No ale takie sprowadzone jajka muszą odstać ze dwie doby. Potem wkłada się je do inkubatora. Mam taki duży, jeszcze po strusiach. Przerobiłem go tak, żeby mieścił mniejsze jajka.
Wygląda jak szafka, może bardziej lodówka. Z przodu są szklane drzwiczki, w środku półki, na których układa się jajka. Trzyma wilgoć i temperaturą taką, jakby to było pod kurą. Taka sztuczna kwoka. Musi być też wentylator, żeby powietrze miało.
Problem tkwi w tym, że żywego ptaka nie prześlesz. Chyba że wynajmiesz takich, co go przemycą. Do mojej znajomej przemycali kury, które się śmieją, a nie pieją. Są takie. Ajamakatawa się nazywają.
Gdy są zawody, to nie śpię
Jak się przygotowuję na konkurs, to nie śpię. Muszę umyć transportery i wybrać ptaki. Oddzielam je od reszty wcześniej, żeby nie niszczyły ogonów. Odrobaczam, podaję witaminy i środek na pasożyty. Potem kąpiel, suszenie i wazelina na grzebień.
Największa satysfakcja jest, jak się coś uda. Ale niekoniecznie puchar. Pojadę na wystawę i ktoś powie, że mam ładnego ptaka. O Boże, jaki czysty. To fajne jest. Jakkolwiek to brzmi.
Starsi już się nie dziwią, tylko cieszą. Jeśli nie będzie kolejnych pokoleń, które chciałyby to robić, to wszystko by zniknęło. Byłem wyjątkiem, gdy zaczynałem, a teraz młodych jest więcej. Sam dużo osób tym zaraziłem. Jak widziałem, że ktoś coś chciał, pojawił się na forum, to pomagałem, bo mi też pomogli.
Nie będzie ptaka idealnego
Moją wizją jest wzorzec. Patrzę i wiem, co ma być. Każda ta rasa ma jakieś cechy, jak długość, wielkość i ilość zębów w grzebieniu, może brak grzebienia. Do tego różne barwy. Najważniejsze jest to, żeby mieć podstawy genetyki. Trzeba znać fenotypy i genotypy tych ptaków. Wtedy łączy się je tak, że wyjdzie, co ma być.
Chodzi o to, że u jednego hodowcy dobre są grzebienie, u drugiego dzwonki, a u trzeciego ogon. Wymieniając tę pulę genów można w swojej hodowli uzyskać jakąś dobrą cechę. Dlatego jeżdżę, patrzę i szukam. To najlepszy sposób. Ale to nie jest tak, że jak rozmnożysz dziesięć ptaków, to dziesięć będzie idealne. Nigdy nie ma ptaka idealnego. Zawsze się będę tego trzymał. Zawsze jest coś do poprawienia.
Nawet mając prawie idealną kurę, to trzeba ją rozmnożyć, bo nie jest wieczna. U młodych kolejne cechy się znajdą do poprawy, u kolejnych pokoleń kolejne. To niekończący się proces.
Piotr Barejka