Tomasz Solecki © Archiwum prywatne

Iwona Solecka: Czuję, jakbym tonęła. Ale nie przestaję walczyć o powietrze

Dariusz Faron
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy

W myślach jestem na tamtym bloku operacyjnym każdej nocy. Widzę ciało Tomka, dotykam go ostatni raz. Prosiłam: nie zostawiaj mnie, bez ciebie nie dam rady. Ale wiedziałam, że na ratunek nie ma szans - mówi Iwona Solecka, wdowa po lekarzu Tomaszu Soleckim, który zmarł po brutalnym ataku pacjenta.

29 kwietnia 2025 r. w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie do gabinetu ortopedy Tomasza Soleckiego wtargnął 35-letni Jarosław W. Zaatakował lekarza nożem, zadając mu głębokie rany. Ortopeda szybko trafił na stół operacyjny, ale nie udało się go uratować. Jego śmierć wstrząsnęła Polską.

W grudniu 2025 r. Prokuratura Okręgowa w Krakowie poinformowała, że według biegłych, którzy badali Jarosława W., w momencie ataku był on niepoczytalny - w związku z tym nie będzie odpowiadał karnie za zabójstwo.

Rodzina Tomasza Soleckiego chciała powołania innego zespołu biegłych i sporządzenia drugiej opinii. Tak się jednak nie stało. - Biegli, którzy opracowali podstawową opinię, po zapoznaniu się z dodatkową dokumentacją podtrzymali wcześniejszą opinię - przekazała Radiu Kraków Oliwia Bożek-Michalec z Prokuratury Okręgowej w Krakowie.

Jarosław W. może niebawem zostać umieszczony w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. - Jeśli tak się stanie, nie wyobrażam sobie naszego dalszego życia. Nie będzie wówczas wiadomo, kiedy człowiek, który miał na punkcie męża obsesję, wyjdzie na wolność. Do końca swoich dni będę się zastanawiać, czy syn jest bezpieczny - mówi Wirtualnej Polsce żona Tomasza Soleckiego Iwona Solecka.

- Czuję się skrzywdzona. Argumentacja biegłych mnie nie przekonuje. Nie twierdzę, że Jarosław W. w chwili ataku na Tomka był poczytalny, bo nie mnie to oceniać. Chciałabym jednak mieć poczucie, że zrobiono wszystko, by to zweryfikować. Absolutnie tak nie czuję - dodaje.

Dariusz Faron, Wirtualna Polska: Można przywyknąć do braku kogoś, kogo się kocha?

Iwona Solecka: Chyba nie, a przynajmniej ja nie potrafię. Byliśmy razem przez 24 lata. Zawsze będzie mi go brakować. Minął prawie rok, a ja ciągle nie umiem wejść wieczorem do naszej sypialni. Położyć się w naszym łóżku. Kładę się na dole albo z synem. Często budzę się koło czwartej, robię kawę i myślę o Tomku. W dzień jest łatwiej: praca, angielski Kuby, piłka nożna, robotyka, sto tysięcy maili, obowiązki domowe. Dzięki temu przetrwałam pierwszy okres po tragedii. Ale nadal jest trudno. W aplikacji Tomka do nauki języków pojawił się ostatnio komunikat: "nie ma cię już 302 dni". A mnie się wydaje, jakby wszystko stało się wczoraj.

25 kwietnia 2025 r. był szarym dniem czy słonecznym?

Słonecznym, ale chłodnym. Nie pojechałam do pracy. Jestem endokrynologiem i diabetologiem. Tydzień wcześniej agresywny słownie pacjent wyprowadził mnie z równowagi. W ciągu kilku tygodni poprzedzających śmierć Tomka miałam kilka takich sytuacji. Poprosiłam menedżerkę, by odwołała wizyty zaplanowane na tamten dzień, bo potrzebuję przerwy. Pomyślałam, że załatwię parę zaległych spraw i spakuję się na majówkę. Rano odwiozłam Kubę do przedszkola i zrobiłam badanie techniczne samochodu. Byłam w drodze do fryzjera. Zadzwoniła rezydentka Tomka i kazała mi zjechać na pobocze. Powiedziała, że mąż został ugodzony nożem przez pacjenta.

- Żyje?

- Jest operowany. Wezwaliśmy kardiochirurga i chirurga klatki piersiowej.

Byłam kilka minut jazdy od szpitala. Zawróciłam. Zadzwoniłam do rodziców Tomka i do jego brata, żeby przyjechali jak najszybciej.

Zdawała pani sobie sprawę, jak jest źle?

Jestem lekarzem. Mam świadomość, jakie obrażenia powoduje atak nożem. Na ratunek nie było żadnych szans. Wiedziałam, że jadę się pożegnać z mężem.

Jak pożegnać się z kimś, kto leży nieprzytomny na stole operacyjnym?

Chciałam go ostatni raz zobaczyć, dotknąć. Gdy weszłam na blok, operacja jeszcze trwała. Moim zdaniem wszyscy mieli świadomość, że Tomka nie da się uratować. W myślach jestem na tym bloku każdej nocy. Wracam do tamtego dnia, odtwarzam go godzina po godzinie. Rano się żegnaliśmy i Tomek rzucił ze śmiechem:

- Naprawdę nie idziesz do pracy?

- Nie. Też zrób sobie wolne. Uwierz mi, jest świetnie!

Prawie nigdy nie brał urlopu. Wybiegł z domu, krzycząc do małego: "widzimy się po południu na robotyce!". Zapytał, czy odbiorę Kubę. Wsiadł na rower i ruszył. Zdążyłam krzyknąć tylko: "uważaj na siebie".

Powiedziała pani: "W wyobraźni jestem na bloku operacyjnym każdej nocy". Opisze pani ten obraz?

Mam przed oczami ciało Tomka. Gdy było mi źle, zawsze mnie przytulał. Na bloku powiedziałam mu: "Weź mnie przytul ten ostatni raz. Nie zostawiaj mnie. Ja bez ciebie nie dam rady". Naprawdę zawsze był przy mnie. Podnosił mnie, kiedy upadałam. Był wspaniałym mężem, ale przede wszystkim bardzo dobrym człowiekiem. I nagle go zabrakło.

Jak żyć po takiej tragedii?

Poprosiłam rodziców, by odebrali Kubę z przedszkola, ale nic mu nie mówili. Chciałam to zrobić sama. Ma 7 lat. Przekazałam mu tragiczne informacje najprościej, jak się da: "Tata umarł. Niestety już nie wróci". Docierało to do niego stopniowo. Mówił: "powtarzam sobie, że tata jest na dyżurze i rano wróci. Tak mi łatwiej". Wpatrywał się w jego zdjęcie w sypialni. Gdy to widziałam, łzy same leciały po policzkach.

Z biegiem czasu jest trochę łatwiej?

Dziś Kuba jest świadomy straty. To bystry chłopak. Powiedział niedawno: "Wierzę, że kiedyś spotkam się z tatą". Odpowiedziałam, że może tak i że mnie też bardzo brakuje Tomka, ale dobrze, że mamy siebie. Rozmawiamy o nim każdego dnia. "Pamiętasz, jak tata...", "byliśmy tu z tatą", "pewnie tata powiedziałby teraz...". Tomek był bardzo zaangażowanym ojcem. Stworzyli z synem ogromną więź. Zbudowali swój świat.

Opowie pani o nim?

Tomek pasjonował się elektroniką i nauką. Lubił wiedzieć, jak działają różne urządzenia. Zarażał tą pasją Kubę, który chodził za ojcem krok w krok. Proszę sobie wyobrazić, że 7-letni syn nauczył mnie ostatnio, jak wymienić filtry w rekuperacji. Kuba wpuszcza mnie do swojego świata, ale nigdy nie zastąpię mu w pełni taty. Mogę przy nim być i dać mu całą swoją miłość. Nie wychowam go jednak tak, jak zrobilibyśmy to z Tomkiem. Nie ukształtuję go tak, jak zrobiłby to tata. To boli mnie najbardziej. Kuba jest mały, niewinny. Nie zasłużył, żeby tak cierpieć. Zapytał mnie ostatnio: "A jak ten złodziejaszek, który zaatakował tatę, będzie wolny, to co zrobimy?". Zapewniłam go, że na razie nie będzie.

Co oznacza dla pani opinia sądowa-psychiatryczna z grudnia 2025 r. o niepoczytalności Jarosława W.?

Spodziewałam się, że biegli mogą stwierdzić niepoczytalność. Wystosowaliśmy wniosek o powołanie innych biegłych i sporządzenie drugiej opinii. Umotywowaliśmy to, mówiąc ogólnie, nieuwzględnieniem wszystkich faktów i materiałów ze śledztwa. W opinii są pewne braki i nieścisłości. Nie mogę opisać szczegółów, ale argumenty biegłych po prostu mnie nie przekonują.

Zaskoczyło mnie, że o odniesienie się do naszych uwag zostali poproszeni ci sami specjaliści. Trudno, by w opinii uzupełniającej sami sobie przeczyli. Zgodnie z przewidywaniami, jest ona zgodna z pierwszą i mówi o niepoczytalności Jarosława W. Będziemy składać jeszcze jeden wniosek o powołanie innych biegłych. Jestem zaskoczona postawą prokuratury, bo w tego typu sprawach, po brutalnym ataku nożem, oparcie się na dwóch opiniach biegłych nie byłoby niczym nadzwyczajnym.

Co dalej?

Prokuratura przychyli się do naszego wniosku albo skieruje do sądu wniosek o umieszczenie Jarosława W. w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Dr Maciej Dziurkowski, psychiatra ze Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Starogardzie Gdańskim, biegły sądowy, mówił niedawno na łamach Wirtualnej Polski: "Wydałem tysiące opinii psychiatrycznych, w tym dotyczących zabójstw, i nigdy nie zdarzyło się, by ktoś skutecznie symulował chorobę psychiczną".

Nie twierdzę, że Jarosław W. w chwili ataku na Tomka był poczytalny. Nie mnie to oceniać. Chciałabym jednak mieć poczucie, że zrobiono wszystko, by to zweryfikować. Absolutnie tak nie czuję. Noszę za to w sobie ogromne poczucie krzywdy. Tomek nie żyje, a odpowiedzialność została rozmyta i być może nikt nie poniesie kary. Mam wrażenie, że prokuratura dąży do jak najszybszego zamknięcia sprawy. Zdaję sobie sprawę, że nie można badać poczytalności w nieskończoność. Ale naprawdę nie rozumiem dlaczego, skoro rodzina ofiary zgłasza poważne wątpliwości, nie można poprosić o jeszcze jedną opinię.

Słyszałam od ludzi, którzy byli tamtego dnia w szpitalu, że zaraz po zatrzymaniu sprawca mówił: "zabiłem go", "tylko nie dożywocie". Według mnie miał świadomość tego, co zrobił i jakie grożą za to konsekwencje. Wszedł do gabinetu męża z jednym celem: zabić. Planował to.

Cytowany już Maciej Dziurkowski tłumaczył, że mimo niepoczytalności można drobiazgowo zaplanować zbrodnię.

Oczywiście. Dlatego nie stawiam żadnej tezy, tylko zgłaszam poważne wątpliwości co do rzetelności pierwszej opinii. Mam do tego prawo. Jeśli Jarosław W. zamiast do więzienia trafi do zakładu psychiatrycznego, nie wyobrażam sobie naszego dalszego życia. Nie będzie wówczas wiadomo, kiedy człowiek, który miał na punkcie męża obsesję, wyjdzie na wolność. To realne zagrożenie. W takich przypadkach co jakiś czas zbiera się konsylium lekarskie i decyduje o losie chorego. Do końca swoich dni będę się zastanawiać, czy syn jest bezpieczny.

Co pani czuje na myśl o sprawcy?

Ogromny gniew i nienawiść. To chyba całkiem ludzkie.

Kiedy usłyszała pani o nim pierwszy raz?

Tomek operował mu łokieć w 2024 r. Mężczyzna był niezadowolony z rezultatu, ale nie przyszedł do męża na wizytę kontrolą. Raz był u kolegi Tomka i dostał skierowanie na badanie tomografem, co jest w takich sytuacjach rutynowym postępowaniem. W październiku albo listopadzie 2024 r. złożył do Rzecznika Praw Pacjenta na męża skargę, która została w całości oddalona. Tomek i tak był wstrząśnięty. Powikłania po zabiegach się zdarzają, ale nigdy nie zostawiał pacjentów - pomagał załatwić rehabilitację, rozmawiał z farmakologiem, żeby dobrać odpowiednie antybiotyki. Nie uciekał od odpowiedzialności. Mówił: "Przecież gdyby ten człowiek wrócił i powiedział, że coś jest nie tak, to bym się nim zajął".

Nie można powiedzieć, że nic nie zapowiadało tragedii.

Tak. W połowie stycznia 2025 r. Jarosław W. przyszedł do Ortotopu, przychodni Tomka. Wtargnął do gabinetu podczas wizyty innej pacjentki, więc mąż go wyprosił. Wrócił, gdy ta kobieta wyszła. Powiedział Tomkowi: "Zapłać 20 tysięcy albo cię zadźgam". Tomek wrócił do domu bardzo późno. Znałam męża na wylot. Od razu zobaczyłam w jego twarzy i ruchach, że coś nie tak. Opowiedział o całym zajściu.

- Powiedział, że go zaraziłem białaczką.

- Byłeś na policji?

- Nie.

- Musisz iść. To jakiś niebezpieczny człowiek. Przypomnij sobie historię z prezydentem Adamowiczem. Nie możemy tak tego zostawić.

Tłumaczyłam mężowi, że w gabinecie ma za sobą okno albo ścianę. Kiedy wchodzi pacjent, zagradza drogę do drzwi. W razie niebezpieczeństwa nie da się uciec. Poza tym, jeśli ktoś ma nóż, trudno się bronić. Tomek następnego dnia pojechał zgłosić sprawę na policję.

Ale nie zgłosił.

Wrócił późno i był wściekły. Policjanci zapytali, czy ma dowody - nagranie albo świadków. W gabinecie lekarskim o to trudno. Po tym pytaniu Tomek zrezygnował ze zgłoszenia. W domu powiedział: "Nic z tego nie będzie, ale może ten pacjent da mi spokój". Sprawa ucichła. Ale Tomek o niej nie zapomniał. Dwa dni przed tragedią spotkaliśmy się z przyjaciółmi na kolacji. Mąż zaczął nagle opowiadać o tych groźbach. Po trzech miesiącach dalej w nim to siedziało. Nie przyznawał się do strachu, bo nie lubił okazywać słabości. Ale myślę, że się bał.

A pani?

Nie, nie bałam się. Scenariusz, który się wydarzył, nie mieścił mi się w głowie.

Były przełożony Jarosława W. w Służbie Więziennej mówił Wirtualnej Polsce: "Zdarzało mu się na zmianie bez potrzeby odbezpieczać broń. Wiele razy zaniedbywał swoje obowiązki. System zawiódł. Nie powinien pozwolić takiemu człowiekowi na pełnienie służby". Jak pani to ocenia?

W tej historii służby i organy państwa zawiodły na wielu etapach. Skoro niedługo po śmierci męża szef Służby Więziennej został odwołany, świadczy to o bardzo dużych zaniedbaniach. Kolejna kwestia to postawa policji. Tomek nie dokonał oficjalnego zgłoszenia, więc formalnie wszystko się zgadza. Uważam jednak, że policja całkowicie zignorowała informację o styczniowej wizycie Jarosława W. w gabinecie męża i groźbach śmierci. Mam o to ogromny żal.

Nie twierdzę, że gdyby podjęto jakąś interwencję Tomek by żył, ale oczekiwałam innej reakcji. Szanowany lekarz z długim stażem mówi policji: "Pacjent, który składał na mnie skargę, zagroził, że mnie zabije. Szantażuje mnie, żąda pieniędzy". To przecież nie historia o panu Kowalskim, który kłóci się z sąsiadem o kawałek ogrodzenia. Tymczasem mąż usłyszał, że mają wiele takich skarg. Jeżeli mnie zapaliła się czerwona lampka, tym bardziej powinna się zapalić policji.

O tragedii mówiła cała Polska. Jak pani sobie z tym radziła?

W pierwszej chwili nie miałam świadomości, że sprawa jest tak medialna. Nie oglądałam telewizji, nie szukałam wiadomości w internecie, nie mam mediów społecznościowych. Byłam od tego odcięta. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie, że moje nazwisko jest w Krakowie rozpoznawalne i łączy się je z tragedią.

W jaki sposób?

Chciałam w sklepie skorzystać z karty stałego klienta i podałam sprzedawczyni imię i nazwisko, a ona wybuchła płaczem. Zupełnie nie wiedziałam, jak zareagować. Jednocześnie otrzymałam mnóstwo wyrazów wsparcia od pacjentów Tomka, swoich, od przyjaciół i znajomych. Jestem za to bardzo wdzięczna. Mogę liczyć na pomoc sąsiadów. Mieszkam w małej miejscowości. Każdy wie, co się stało.

Jako lekarka po śmierci męża z rąk pacjenta nie zwątpiła pani w sens swojej pracy?

Nie. Od szkoły podstawowej chciałam leczyć ludzi. Nie wyobrażam sobie, bym mogła robić coś innego. Ani przez sekundę nie pomyślałam o zmianie zawodu. Dużo z Tomkiem pracowaliśmy. W pewnym okresie często dyżurowaliśmy i dosłownie się mijaliśmy. Nieraz nie widzieliśmy się dwa, trzy dni. Gdy urodził się Kuba, zwolniliśmy tempo. Zrezygnowałam z dyżurów, a trzy lata temu odeszłam ze Szpitala Uniwersyteckiego, by mieć bardziej elastyczną pracę i zaopiekować się synem. Ograniczyłam się jedynie do poradni.

Nie żyliśmy jednak tylko domem i pracą. Tomek miał tysiąc pomysłów na minutę. Potrafił wpaść do domu jak bomba i rzucić: "Pakuj się, jedziemy na narty!". W każdy weekend gdzieś ruszaliśmy, choćby na jeden dzień. Dzisiaj dosłownie wszystko kojarzy mi się z Tomkiem. Nawet najmniejsza rzecz w naszym domu. Przecież budowaliśmy go razem. To było nasze miejsce. Gdziekolwiek nie spojrzę, czuję jego obecność.

Brat Tomka mówił kilka miesięcy temu, że mimo bólu trzeba żyć dalej.

Nawet jeśli mój świat się zawalił, muszę płacić rachunki, posprzątać dom, zadzwonić po serwisanta do zepsutej pralki. A przede wszystkim muszę wspierać syna. Oboje mamy lepsze i gorsze chwile. Zdarza mi się nagle rozpłakać. Wtedy Kuba mocno mnie przytula, o nic nie pytając. Innym razem ja przytulam jego. Nic nie mówię, tylko po prostu jestem.

Ból jest stały, towarzyszy mi każdego dnia. Często czuję, jakbym tonęła i rozpaczliwie walczyła o powietrze. Nie umiem dobrze pływać, więc boję się, że zaraz zniknę pod wodą. Ale mijają dni, a ja utrzymuję się na powierzchni. Nabieram powietrza i dalej walczę. Każdy chce przecież żyć.

Rozmawiał Dariusz Faron, dziennikarz Wirtualnej Polski

Chcesz skontaktować się z autorem? Napisz! dariusz.faron@grupawp.pl

Wybrane dla Ciebie
Rząd chce obejść weto prezydenta. Tusk nawiązał do kibiców
Rząd chce obejść weto prezydenta. Tusk nawiązał do kibiców
Nawrocki jedzie do Teksasu. Tusk: to partyjna impreza
Nawrocki jedzie do Teksasu. Tusk: to partyjna impreza
Gigantyczny pośpiech w Sejmie. Marszałek o szczegółach ws. paliw
Gigantyczny pośpiech w Sejmie. Marszałek o szczegółach ws. paliw
Proces sądowy dobiegł końca. 25-letnia Hiszpanka umrze w czwartek
Proces sądowy dobiegł końca. 25-letnia Hiszpanka umrze w czwartek
Nawrocki zaatakował dziennikarza. Polacy krytycznie o tym zachowaniu
Nawrocki zaatakował dziennikarza. Polacy krytycznie o tym zachowaniu
Żurek o decyzji PE ws. Brauna. "Czas na prokuraturę i sąd"
Żurek o decyzji PE ws. Brauna. "Czas na prokuraturę i sąd"
"Jesteśmy gotowi". Zełenski chce się spotkać z Putinem
"Jesteśmy gotowi". Zełenski chce się spotkać z Putinem
"Prezydent nie ma wyboru". Tusk stanowczo ws. sędziów TK
"Prezydent nie ma wyboru". Tusk stanowczo ws. sędziów TK
Bojówki "polują" na Amerykanów. Ambasada w Iraku alarmuje
Bojówki "polują" na Amerykanów. Ambasada w Iraku alarmuje
Polska wprowadzi pakiet zmian w kryzysie paliwowym. Tusk o CPN
Polska wprowadzi pakiet zmian w kryzysie paliwowym. Tusk o CPN
Amerykanie wkroczą na wyspę Chark? Ekspert: "Iran będzie bezwzględny"
Amerykanie wkroczą na wyspę Chark? Ekspert: "Iran będzie bezwzględny"
Pierwsza kobieta arcybiskup Canterbury. Papież zabrał głos
Pierwsza kobieta arcybiskup Canterbury. Papież zabrał głos