Dramat na Ukrainie. Aż 460 tys. osób musiało opuścić swoje domy

Od kiedy wybuchł konflikt na Ukrainie, przynajmniej 460 tys. osób musiało opuścić swoje domy; ich liczba gwałtownie wzrosła w ostatnich tygodniach, stając się poważnym wyzwaniem dla rządu w Kijowie. Uciekinierom najbardziej zależy na pokoju - chcieliby prowadzić normalne życie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Słowiańsk, Ukraina
Słowiańsk, Ukraina (PAP, Fot: Jakub Kamiński)
WP

Wiktor Gregoriew od wielu lat wraz z żoną i córką mieszka w Siemionowce, niewielkim osiedlu na wschodnich przedmieściach Słowiańska w obwodzie donieckim. Gdy wiosną w okolice przyszli separatyści i rozgorzały zacięte walki o miasto, zdecydował się na ucieczkę. Zabrał najpotrzebniejsze rzeczy osobiste, do wysłużonej łady zdołał zmieścić też komputer i telewizor. Zostawił resztę dobytku i skromny dom, który wybudował dla siebie, żony i dziewięcioletniej córki.

- Na prawie dwa miesiące wyjechaliśmy do rodziny, do innego miasta. Kiedy wróciliśmy na początku lipca, kilka dni po wyzwoleniu Słowiańska, zastałem ruinę, wszystko spłonęło - żali się Wiktor. Jest pesymistą, liczy się z tym, że walki między separatystami a ukraińską armią mogą wrócić w te okolice. - Nie chcę mieszkać gdzie indziej, zresztą nie wypada długo korzystać z pomocy krewnych. Wojna może jeszcze być na całej Ukrainie, a ja pół życia poświęciłem, żeby zbudować tutaj dom - tłumaczy, wskazując oczami na ruinę.

Od powrotu zdążył posprzątać i ogrodzić podwórko (wojsko pomogło usnąć niewybuchy), ale dom nadal wygląda, jakby jeszcze chwilę temu znajdował się na linii frontu. Z miejsca, w którym żył przed wojną, pozostały gołe, pozbawione okien ściany, w środku gruzowisko. Tymczasowo mieszka z rodziną w wynajmowanym mieszkaniu w Słowiańsku. Przekonuje, że choć pierwsze dni po powrocie pomogła przetrwać pomoc organizacji pozarządowych, od których otrzymał m.in. produkty żywnościowe, artykuły higieniczne i materiały na prowizoryczny dach do swojego domu, to w ułożeniu sobie życia na nowo może liczyć na tylko siebie.

WP

- Składałem wnioski o zapomogi, przyjeżdżały komisje państwowe, wciągnięto nas nawet na listę rodzin, które straciły dach nad głową, ale do tej pory, żadnego wsparcia ze strony państwa nie widać - mówi.

1300 zniszczonych domów

Rodzina Wiktora jest jedną ze 134 w Siemionowce, których siedliska zostały całkowicie zniszczone po ciężkich walkach, jakie wiosną i latem toczyła z separatystami ukraińska armia. - Częściowo zniszczonych zostało aż ok. 1300 domów. W samym Słowiańsku sytuacja jest nieco lepsza - w mieście zrujnowanych jest blisko 140 domów, a ok. 70 rodzin pozostało bez swoich mieszkań w blokach - wyjaśnia pełniący obowiązki mera miasta sekretarz rady miejskiej Oleg Zantow.

Tymczasowy mer zapewnia, że lokalne władze troszczą się o poszkodowanych w wyniku działań wojennych mieszkańców i że powstały specjalne listy osób wymagających wsparcia, jednak jego urząd z wypłatami zapomóg czeka na pieniądze z Kijowa.

WP

- Środków z pewnością nie wystarczy, żeby zaspokoić wszystkie potrzeby, ale będziemy robić co można - obiecuje Zantow i dodaje, że póki nie ma pieniędzy na rekompensaty, miasto współpracuje z siecią organizacji i wolontariuszy, by przekazywać poszkodowanym szyby i podstawowe materiały budowlane. Przyznaje też, że przed nadejściem zimy i wobec rosnącej liczby przesiedleńców z innych części wschodniej Ukrainy problem staje się poważny. Dlatego - zapewnia - władze miasta przygotowują dwa budynki na tymczasowe internaty dla osób, które zostały bez dachu nad głową.

Ponad połowa mieszkańców wyjechała

Według szacunków mera w wyniku konfliktów ze swoich mieszkań i domów wyjechało 50-60 proc. z ok. 120 tys. mieszkańców Słowiańska. Po odzyskaniu kontroli nad regionem przez wojska ukraińskie z grupy tej do miasta wróciło ok. dwie trzecie uciekinierów.

Uciec przed wojną nie udało się Nargis Mamedowej, która wraz z dziewięcioosobową, wielopokoleniową rodziną mieszka na przedmieściach Słowiańska. Opowiada, że ostrzał zaczął się nagle, wiosną. Gdy na jej podwórko zaczęły spadać pociski artyleryjskie, cała rodzina, wraz z babcią i małymi dziećmi, ukryła się w piwnicy. Ponieważ w dom, w którym mieszkali, trafiły bomby, piwnica stała się ich schronieniem na kilka tygodni.

WP

Mąż Nargis, Rustam, wspomina, że przed wojną rodzina żyła z uprawy ziemi. - W tym roku z pola zebraliśmy tylko resztki bomb i niewybuchy - narzeka.

- Kiedy walki ucichły, postawiliśmy prowizoryczny dom z gruzu i cegieł, bez tynku. Pomagali wolontariusze z Lwowa, ale miasto nie - opowiada Nargis, pokazując skromne, przypominające garaż, a ogrzewane tylko płomieniem z opalanej drewnem kuchni pomieszczenie. Zwierza się, że przed zimą jej rodzina najbardziej martwi się o jedzenie i opał.

Rustam unika odpowiedzi na pytanie, czy wolałby żyć w Ukrainie czy w Noworosji, którą samozwańczo ogłosili separatyści z Doniecka i Ługańska. - Tutaj się urodziłem; najważniejsze, żeby był pokój - kilkukrotnie podkreśla w rozmowie.

Atmosfera nieufności

WP

Mieszkańcy terenów, z których ukraińska armia wyparła separatystów, są ostrożni. Panuje atmosfera nieufności, czuje się, że władza Kijowa jest tutaj krucha. Mimo, że agresorzy opuścili okolice Słowiańska kilka miesięcy temu, ludzie wydają się wiedzieć, któremu z sąsiadów poglądami bliżej jest do rządu w Kijowie, a czyje sympatie są nadal po stronie separatystów. Symbolem tego napięcia jest pomnik Lenina, który nadal stoi w centrum miasta, przed budynkiem lokalnych władz - posąg pierwszego przywódcy ZSRR ktoś ubrał w szal w ukraińskich barwach, a na cokole napisano farbą "separatyzm nie przejdzie".

Nawet tymczasowy mer słowiańska, choć posługuje się wizytówką w języku ukraińskim, z godłem narodowym oraz deklaruje patriotyzm, woli wypowiadać się po rosyjsku. - Szacuje się, że w czasie konfliktu ok. 70 proc. mieszkańców miasta było po stronie rządu w Kijowie, a jedna trzecia sprzyjała separatystom. W mojej opinii ludzie nie bardzo zmądrzeli po tym, co ich tu spotkało; pokazuje to wynik ostatnich wyborów - w regionie partia komunistyczna uzyskała całkiem wysoki, ok. dwudziestoprocentowy wynik - wyjaśnia Zantow.

"Dali broń alkoholikom i narkomanom"

- Wojnie winne jest Państwo Ukraińskie - mówi otwarcie Walentyna Skibniewskaja, która uciekła z rodzimego Doniecka w maju. - Dali broń alkoholikom i narkomanom. Nie wiem kto, jedni i drudzy - oni wszyscy biegają po mieście i strzelają do zwykłych ludzi, ostrzeliwują nawet szkoły i szpitale - relacjonuje w uniesieniu sytuację w Doniecku.

WP

Po wyjeździe z Donbasu Walentyna przez kilka miesięcy mieszkała w Tokmaku, niedaleko Zaporoża. - U obcych ludzi. Przyjęli, nakarmili, nawet dali jakąś pracę. Później przyjechałam tutaj, do Nikołajewki, w okolice Słowiańska, bo tu jest teraz moja córka. Tutaj też przygarnęli mnie obcy - na Ukrainie żyje wielu dobrych ludzi - opowiada.

Mówi, że nie potrzeba jej wiele do życia - wystarcza dach nad głową. Korzysta z pomocy humanitarnej zorganizowanej przez UNHCR (Urząd Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców) oraz Czerwony Krzyż, ale skarży się, że nie ma wypłat pomocy socjalnej, przez co brakuje pieniędzy na zakup pieluch i ubranek dla wnuków.

Walentyna codziennie dzwoni do sąsiadów z Doniecka, żeby dowiedzieć się, czy dom, w którym mieszkała, jeszcze stoi. Liczy się z tym, że jeżeli jej mieszkanie nie zostanie zniszczone, to może zostać znacjonalizowane lub okradzione. Chciałaby wrócić, ale kiedy w mieście będzie spokojniej. Nawet jeżeli okaże się, że Donieck leży w Noworosji? - Tym bardziej! - zapewnia.

Wypomina premierowi Jaceniukowi, że gdy - jeszcze zanim zaczął się konflikt - ówczesny mer Doniecka Oleksandr Łukjanczenko domagał się, by nad problemami mieszkańców wschodniej Ukrainy pochylił się parlament, szef rządu je zlekceważył. - Donbas był przeciwny wpłacaniu wielkich podatków do Kijowa; ludzie się z tym nie zgadzali, chcieli żyć po swojemu - tłumaczy.

"Łukaszenko zuch"

Wzorem polityka dla Walentyny jest przywódca Białorusi. - Łukaszenko zuch - nie jest tyranem, ale sprawiedliwym prezydentem - argumentuje.

- Wszystko jedno, czy Donbas będzie częścią Rosji, czy częścią Ukrainy. Wcześniej nikt nas nie dzielił: my byliśmy częścią Rosji, Rosja częścią nas; teraz brat walczy z bratem. Najważniejsze, żeby był pokój - dodaje.

- Myślę, że możliwe jest, że poszkodowani w tym konflikcie za swój los winią niejako Ukrainę - przyznaje konsul generalny RP w Charkowie Stanisław Łukasik. - Osoby, które straciły swoje domy, żyją w takich warunkach, jakie miejscowe władze były im w stanie szybko zapewnić, a one rzeczywiście przeważnie są trudne. Ukrainy dzisiaj nie stać na więcej - tłumaczy szef polskiej placówki.

Gdzie trafiają przesiedleńcy?

Uciekinierzy z obwodów ługańskiego i donieckiego trafiają najczęściej do przygotowanych naprędce internatów, akademików, sanatoriów i hoteli robotniczych. Niektóre z obiektów nie funkcjonowały od lat, ale wobec stale rosnącej liczby wewnętrznych przesiedleńców lokalni urzędnicy w różnych regionach kraju zmuszeni są do szukania nowych lokalizacji. Często to budynki pozbawione ogrzewania z prowizorycznym zapleczem sanitarnym, jednak władze robią wszystko, żeby jak najlepiej przygotować ludzi do zimy.

Według danych z 13 listopada liczba wewnętrznych przesiedleńców, którzy opuścili swoje domy na wschodzie Ukrainy, by szukać schronienia w bardziej bezpiecznych częściach kraju przekroczyła 460 tys.; przy czym statystyka ta nie obejmuje ucieczek związanych z konfliktem na Krymie na początku roku (szacunki mówią o ok. 17 tys. osób).

Liczba wewnętrznych przesiedleńców gwałtownie rośnie w ostatnich tygodniach - jeszcze we wrześniu zarejestrowanych było ich o połowę mniej. To efekt zbliżającej się zimy, bo choć we wschodnich obwodach obserwuje się już raczej powroty ludzi do domów niż ucieczki, to wielu z tych, którzy opuścili swoje kwatery latem, po kilku miesiącach tułaczki jest już bez środków do życia. Dopiero po rejestracji mogą oni liczyć na różne formy wsparcia państwa.

Większość wewnętrznych przesiedleńców mieszka u rodzin, w prywatnych kwaterach lub u skorych do udzielenia gościny obcych ludzi, jednak spora część w znalezieniu zakwaterowania jest zdana wyłącznie na pomoc państwa. O tym, jaka jest ich dokładna liczba, nikt nie wie. Ich los poprawić ma m.in. uchwalona 20 października przez parlament Ukrainy ustawa o zabezpieczeniu praw i wolności wewnętrznie przesiedlonych osób.

"Nikt nie umiera z głodu"

- Nikt nie umiera z głodu, w aresztach, czy z zimna, bo działa społeczeństwo obywatelskie. Władze w Kijowie poza problem osób wewnętrznie przesiedlonych mają inne poważne zmartwienia - wojnę, spadek wpływów z podatków, dużą korupcję, a ostanie tygodnie minęły w Ukrainie pod znakiem kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi - opisuje sytuację przedstawiciel UNHCR na region Białorusi, Mołdawii i Ukrainy Oldrich Andrysek.

Reprezentant UNHCR tłumaczy, że sprawy związane z udzielaniem pomocy cywilom, którzy porzucili swe domy w obwodach donieckim i ługańskim rozdzielone są pomiędzy wiele resortów, a ich działania trudno jest koordynować. Na Ukrainie brakuje jednej centralnej instytucji, która miałaby pełen obraz sytuacji i która mogłaby właściwie zaadresować wsparcie. Andrysek podkreśla, że pomoc humanitarna dla Ukrainy płynie dziś nie tylko od największych organizacji, takich jak UNHCR, WHO czy UNICEF, ale także od wielu mniejszych. Dodaje jednak, że dopiero utworzenie jednego ciała decyzyjnego, które mogłoby wdrożyć opracowany wcześniej przez rząd program rozwiązywania problemów osób wewnętrznie przesiedlonych, otworzyłoby drogę dla skutecznego wsparcia międzynarodowego. - Przy czym nie chodzi o importowanie żywności, ale know how, jak odbudować zniszczony kraj - podkreśla.

- Nie obawiam się, że ludzie będą masowo umierać z zimna. Problemem nie jest utrzymanie uciekinierów ze wschodnich obwodów przy życiu czy zapewnienie im przetrwania zimy. Prawdziwym problemem w Ukrainie jest to, że nadal nie ma odpowiedzialnych za odbudowę zniszczonych części kraju - ocenia Andrysek.

Zobacz również wideo

WP
WP