Cały świat mówi o Oreszniku. Tak Kreml chce zaszantażować Zachód
Użycie Oresznika przeciwko celom w Ukrainie ma większe znaczenie propagandowe i badawcze, niż militarne. Ataki można porównać do strzelania z armaty do muchy. Rosjanie jednak widzą w tym większy sens.
Atak na Lwów w nocy z 8 na 9 stycznia, blisko polskiej granicy, był dopiero drugim użyciem bojowym Oresznika. Pierwsze miało miejsce w sierpniu 2024 r., ale był to strzał testowy. Pocisk nie posiadał nawet głowicy bojowej, a jedynie jej ekwiwalent masowo-gabarytowy. Sam Kreml przyznał, że atak na Dniepr miał przede wszystkim charakter testu nowej broni. Wówczas jednak rosyjska propaganda podkreślała, że choć nie użyto żadnego ładunku, to pocisk może przenosić głowice jądrowe.
Podczas uderzenia piątkowej nocy pocisk przenosił klasyczne głowice burzące. Atak - według oświadczenia Kremla - był wymierzony w infrastrukturę związaną z produkcją bezzałogowców.
Ukraińskie źródła potwierdziły uderzenie, wskazując, że pocisk został wystrzelony ponownie z ośrodka Kapustin Jar. Atak miał raczej na celu zebranie danych analitycznych niż zadanie realnych strat, choć na celownik wzięto dość dobrze chronione miejsce.
Po raz kolejny rosyjska propaganda mocno rozgłaszała uderzenie, podkreślając, że Oresznik może przenosić głowice z ładunkiem jądrowym. I w razie potrzeby zamontowanie takiej głowicy nie stanowi dla Kremla większego problemu. Za każdym razem propagandowa ofensywa straszenia bronią jądrową zbiega się z działaniami Zachodu.
Odkąd Rosja nie radzi sobie na froncie, groźby z jej strony powtarzają się regularnie niemal wobec każdego kraju wspierającego Ukrainę. Pierwsze pojawiły się tuż po odwrocie spod Kijowa, w marcu 2022 r. Dyżurnym grożącym Kremla jest były prezydent, a obecnie wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew.
Groził już atakiem atomowym USA, Wielkiej Brytanii, Niemcom i Ukrainie, jeśli Kreml straci okupowane terytoria, które uważa za integralną część Federacji Rosyjskiej, a Zachód dostarczy broń, która zostanie użyta na terytorium Rosji. Wielokrotnie odgrażał się też atomem, jeśli Zachód nie przestanie dostarczać broni Ukrainie.
Użycie Oresznika znakomicie wpisuję się w kampanię straszenia Zachodu. Przed pierwszym wystrzeleniem przez Kreml tej rakiety, w 2024 r., sojusznicy dali dali Ukrainie zielone światło na użycie pocisków dalekiego zasięgu na terytorium Federacji Rosyjskiej. Teraz wykorzystanie Orecznika zbiega się z zajęciem przez Amerykanów tankowca pod rosyjską banderą. W obu przypadkach użycie rakiety jest podsycane kremlowską propagandą, mającą przestraszyć Zachód.
Marne efekty taktyczne
Dotychczasowe użycie Oresznika pokazuje, że efekty bojowe były nieproporcjonalnie małe w stosunku do kosztu i rangi systemu. Można je porównać do strzelania z armaty do muchy.
Atak na Dniepr w listopadzie 2024 r. miał charakter wyraźnie demonstracyjny i testowy. Zastosowanie głowic pozbawionych klasycznego ładunku wybuchowego, ograniczone zniszczenia infrastruktury oraz brak masowych strat ludzkich wskazują, że Rosja nie dążyła wówczas do osiągnięcia konkretnego efektu militarnego, lecz do wysłania sygnału.
Drugie użycie Oresznika miało już charakter bardziej klasyczny, z zastosowaniem głowicy konwencjonalnej. Mimo to skala zniszczeń również nie odbiegała zasadniczo od efektów, jakie Rosja osiąga przy użyciu znacznie tańszych i liczniejszych środków rażenia, takich jak pociski Iskander-M, czy Ch-101. Oresznik nie doprowadził do przełamania ukraińskiej obrony, nie zniszczył kluczowej infrastruktury krytycznej w skali operacyjnej i nie wpłynął na sytuację na froncie lądowym.
Był to test bojowy i straszak, kolejny raz wsparty szeroką ofensywą propagandową w mediach społecznościowych. Tak naprawdę uderzenie średnio opłacało się Rosjanom pod względem poniesionych kosztów i osiągniętych skutków.
Oresznik jest systemem niezwykle kosztownym w produkcji, wymagającym zaawansowanej technologii, precyzyjnej elektroniki oraz złożonego zaplecza przemysłowego. Szacunki zachodnich analityków wskazują, że koszt jednego pocisku może kilkukrotnie przewyższać koszt Iskandera, a jego produkcja jest liczona rocznie w sztukach, a nie w dziesiątkach czy setkach egzemplarzy.
W warunkach wojny na wyniszczenie, gdzie kluczowe znaczenie ma zdolność do prowadzenia długotrwałych, powtarzalnych uderzeń, Oresznik nie spełnia kryteriów broni masowego użycia. Za to doskonale sprawdza się jako broń propagandowa.
Broń propagandowa
Użycie Oresznika było bardzo dobrze przygotowane. Rosja poinformowała o jego wykorzystaniu niemal natychmiast po odpaleniu, akcentując, że jest to nowy system uzbrojenia i że został użyty po raz pierwszy w warunkach bojowych. W rosyjskich komunikatach regularnie podkreślano, że "sprawdził się w praktyce" oraz że "potwierdzono jego parametry". Tempo i sposób oświadczeń wskazywały, że przekaz medialny był równie istotny, co samo uderzenie. A być może nawet ważniejszy.
Kluczowym zabiegiem propagandowym było natychmiastowe powiązanie użycia Oresznika z decyzjami politycznymi Zachodu. Rosyjskie władze i media państwowe przedstawiają ataki jako odpowiedź na "przekraczanie czerwonych linii" przez NATO. Taki schemat Rosja stosuje od dawna i ma przekonać mieszkańców na Zachodzie, że to ich rządy są "wojennymi podżegaczami", a Kreml się jedynie broni. Widać to często w komentarzach internetowych trolli w mediach społecznościowych.
Szczególnie charakterystycznym elementem propagandy jest konsekwentne sugerowanie nuklearnego potencjału Oresznika, nawet jeśli oficjalnie mówiono, że użyto wersji konwencjonalnej lub przenoszącej ekwiwalent masowo-gabarytowy głowicy.
Samo zestawienie pojęć "pocisk balistyczny", "hipersoniczny" i "przenoszenie głowic jądrowych" ma wywoływać skojarzenia z eskalacją wojny i podżeganiem do niej. W ten sposób Rosja cały czas stara się straszyć zachodnie społeczeństwa. I - jak widać po wzroście poparcia dla prorosyjskich partii - całkiem nieźle jej to wychodzi.
Dla Wirtualnej Polski Sławek Zagórski