Upadek imperium amerykańskiego. Donald Trump skutecznie niszczy znaczenie USA [OPINIA]
USA pod władzą Donalda Trumpa nie są już źródłem stabilności i bezpieczeństwa, ale rozsadnikiem chaosu. Nieodpowiedzialny, pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i do tego nieszczególnie kompetentny politycznie narcyz u sterów największego mocarstwa nie tylko zniszczy globalny porządek polityczny, ale też przyspieszy destrukcję amerykańskiego imperium - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Donald Trump obraził się na rzeczywistość i swoich najbliższych sojuszników, bo okazało się, że przywódcy Danii, Wielkiej Brytanii, Francji, Finlandii, Szwecji, Holandii czy Norwegii nie traktują go jak Boga i nie uznają, że jego pragnienia i wpisy na platformie Truth Social kreują mapy i normy prawne.
Jego wola nie stwarza też - co także mu się nie podoba - rzeczywistości międzynarodowej, a fakt, że oznajmił, iż chce i będzie miał Grenlandię, nie sprawił, że Dania (wraz z Europą) ofiarowała mu tę wyspę w darze i nie dorzuciła jeszcze (bo w sumie dlaczego nie?) Kanady i Islandii, które też by mu się z pewnością przydały.
Niekompetencja Trumpa na poziomie jego narcyzmu
Właśnie to tak oburzyło Trumpa, że wysmarował wielki wpis, w którym nie tylko oznajmia, że sojusznicy Danii, którzy wysłali na Grenlandię swoich żołnierzy, kreują sytuację niebezpieczną dla świata, ale też zapowiada surowe obłożenie tych państw cłami.
"Cło to będzie obowiązywać i podlegać zapłacie do momentu zawarcia porozumienia w sprawie pełnego i całkowitego zakupu Grenlandii. Stany Zjednoczone próbują przeprowadzić tę transakcję od ponad 150 lat. Wielu prezydentów podejmowało takie próby - i to z dobrego powodu - lecz Dania zawsze odmawiała. Teraz jednak, ze względu na Złotą Kopułę oraz nowoczesne systemy uzbrojenia, zarówno ofensywne, jak i defensywne, potrzeba pozyskania tego terytorium jest szczególnie istotna" - napisał Trump.
Już sam ten fragment uświadamia, że na czele globalnego imperium, które miało być źródłem bezpieczeństwa dla Polski i pokoju dla świata, stoi niekompetentny, przemocowy narcyz, który nie tylko nie rozumie świata, ale nawet nie ma pojęcia, że poza czystą przemocą istnieją inne modele komunikacji czy osiągania celów politycznych.
Jeśli zaś coś budzi wątpliwości, to jedynie to, czy ten wpis wynika bardziej z braku kompetencji Trumpa, czy z jego skrajnie przemocowego charakteru.
Niezależnie jednak od odpowiedzi na to pytanie, jedno pozostaje pewne: po raz pierwszy od dziesięcioleci - nie tylko w tym wpisie - przywódca USA wrócił do języka nieliczącego się z prawem do samostanowienia narodów, kolonializmu i do uznania, że jedynym, co się liczy w polityce, jest czysta przemoc.
Lekcja Trumpa
I nie, nie ma się co oszukiwać, że Trumpowi przejdzie. To, co już o nim wiemy - jego kolejne decyzje, wypowiedzi, model zachowania jego współpracowników (który przypomina model zachowania ofiar przemocy domowej, które robią wszystko, by nie urazić przemocowca), ale także sposób potraktowania choćby Wołodymyra Zełenskiego - sprawia, że jego zapowiedzi trzeba traktować ze śmiertelną powagą.
Prezydent USA naprawdę wierzy, że ma pozyskać Grenlandię i z całą pewnością nie będzie się przejmował tym, że w ten sposób zniszczy NATO czy nastawi przeciwko sobie Europę. Jeśli coś go może powstrzymać, to jedynie naga siła, tyle, że tej Europa nie ma, a Trump ma tego świadomość.
Dlatego zamiast opowiadać sobie, że wszystko wróci do normy, że Trump ma taki model negocjacji, ale mu przejdzie, że zablokują go Republikanie albo sądy i że przecież to jeszcze tylko trzy lata jego rządów, a potem będzie po staremu, trzeba sobie powiedzieć zupełnie jasno, że pewien etap historii i geopolityki się skończył.
Lekcja, jaką Trump dał światu, ale przede wszystkim swoim sojusznikom, jest prosta: nie wolno ufać USA, nie wolno opierać się na ich obietnicach, nie wolno uważać, że będą one spełniać rolę strażnika praw człowieka, bo zawsze na ich czele może stanąć niekompetentny narcyz, który za jedyną normę własnego działania uzna własną wolę.
Fikcją okazało się również przekonanie, że Stany Zjednoczone są tak stabilną demokracją, że zawsze znajdą się bezpieczniki, które rozbroją potencjalną bombę w rękach wariata. Prezydentura Trumpa uświadamia, że te bezpieczniki - przynajmniej na razie - nie działają i to mimo iż gołym okiem widać, że obecne władze nie tylko niszczą system bezpieczeństwa międzynarodowego, ale także autorytet USA.
Jesteśmy w ciemnym… tunelu
Kolejne decyzje Trumpa boleśnie przypominają także, że nic takiego, jak stabilne demokracje i państwa godne zaufania nie istnieje, bo - w sytuacjach kryzysu społecznego - zawsze może pojawić się u władzy człowiek nieodpowiedzialny, pozbawiony skrupułów, narcystyczny albo po prostu głupi, a jednocześnie na tyle cwany, by ominąć istniejące możliwości ograniczenia swojego działania.
I pół biedy, jeśli pojawia się on w państwach małych albo średnich. Prawdziwy problem zaczyna się, gdy rządzi on światowym supermocarstwem. To najważniejsza lekcja, jaką dziś odrabiamy.
Im szybciej Polska, a szerzej Europa uświadomi sobie, że pod wodzą Trumpa USA nie są czynnikiem niosącym stabilizację i bezpieczeństwo, im szybciej wyciągnie z tego wnioski, tym lepiej.
Jeśli na czymś polega problem, to jedynie na tym - i w tej sprawie Trump ma rację - że Europa przez dziesięciolecia nie budowała własnych struktur bezpieczeństwa, nie inwestowała w obronność, a korzystała (by nie powiedzieć wprost: wykorzystywała) z ochrony USA. Efekt jest taki, że nie jest w stanie w krótkim czasie zbudować arsenału koniecznego do tego, by skutecznie przeciwstawiać się USA czy choćby zagwarantować sobie własne bezpieczeństwo w możliwym konflikcie z Rosją.
Istotnym problemem jest także to, że część z krajów UE (a przynajmniej część z ich elit, czego znakomitym przykładem jest Polska) naiwnie wierzy, że jeśli będzie regularnie składała hołd lenny Trumpowi i wiernie wykonywała jego polecenia (w tym te dotyczące osłabiania potencjału sąsiadów), to on zapewni im bezpieczeństwo. Licząc (moim zdaniem naiwnie) na taką właśnie "amerykańską opiekę", państwa te będą torpedować jakiekolwiek próby budowania polityki, która usamodzielniałaby Europę, czyniąc ją bardziej odporną na szantaże USA.
Zamykające się okienko geopolityczne
Jeśli jednak mamy bezpieczeństwo zachować, to usamodzielnienie i odbudowa potencjału obronnego Europy jest konieczne. Autorytet USA słabnie bowiem z każdym momentem, zaufanie do ich wiarygodności maleje, a model polityki prowadzony przez Trumpa otwiera masę możliwości kolonialnych Chinom i Rosji.
Jeśli zatem chcemy zachować bezpiecznym przynajmniej nasz region, musimy zacząć liczyć wyłącznie na siebie. USA weszły w proces rozpadu moralnego, który trudno będzie już zatrzymać.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".