Nawet jeśli Trump nie zajmie Grenlandii, to spór wokół wyspy może ostatecznie podzielić Europę i Stany [OPINIA]
Nowy rok w amerykańskiej polityce przebiega na razie według hitchcockowskiej formuły głoszącej, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno stopniowo rosnąć. "Trzęsieniem ziemi" była akcja w Caracas i pojmanie Nicolása Maduro – potem napięcie tylko rosło wraz z kolejnymi groźbami pod adresem Kolumbii, Meksyku, wreszcie Grenlandii - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Wracając z Mar-a-Lago, gdzie obserwował operację wymierzoną w Maduro, Trump w trakcie krótkiego briefingu na pokładzie prezydenckiego samolotu, stwierdził, że Stany potrzebują Grenlandii ze względów bezpieczeństwa. Kilka dni później w piątek w Białym Domu powiedział, że chciałby zawrzeć porozumienie w sprawie Grenlandii, ale jeśli nie uda się porozumieć, to na stole będzie "twarda", w domyśle siłowa, opcja.
Wcześniej, w wywiadzie dla "New York Timesa" Trump zadeklarował, że nie potrzebuje prawa międzynarodowego i nie czuje się przez nie ograniczony, a jedyne, co ogranicza jego działania na arenie światowej, to jego własna moralność.
Przez długi czas europejscy przywódcy traktowali wypowiedzi Trumpa o Grenlandii jako żart. Dziś nikomu nie jest do śmiechu, przywódcy kluczowych państw Unii wystosowali oficjalny komunikat stwierdzający, że bezpieczeństwo w rejonie Arktyki może zostać zrealizowane tylko w oparciu o poszanowanie granic i suwerenności wszystkich państw.
Cały czas opcja siłowego zajęcia Grenlandii wydaje się mało prawdopodobna. Ale nie potrzeba amerykańskiej piechoty morskiej - szturmującej stolicę wyspy Nuuk - by spór o Grenlandię wyrządził trudno do odwrócenia szkody w relacjach transatlantyckich.
Zobacz także: 2026 – rok, gdy skończy się trumpizm 2.0? [OPINIA]
"To nasza półkula!"
Dlaczego Trump chce przejąć Grenlandię? Eksperci wskazują na minerały znajdujące się pod powierzchnią wyspy – zwłaszcza rudy metali ziem rzadkich, na jej znaczenie dla obrony terytorium Stanów, na rosnącą rolę gospodarczą Arktyki, wreszcie na konkurencję w tym obszarze między Stanami, Rosją i Chinami.
Tylko, jak twierdzi, wielu analityków, Stany mogą bez problemu zrealizować większość swoich strategicznych arktycznych interesów w Grenlandii bez aneksji wyspy. Na terytorium Grenlandii już dziś znajduje się amerykańska baza wojskowa Pituffik, kluczowa dla obrony Ameryki przed pociskami balistycznymi, a porozumienie między Stanami a Danią z 1951 roku pozwala budować kolejne.
Amerykańskie firmy mogą eksplorować grenlandzkie minerały – problem polega jednak głównie na tym, że teoretycznie bogate złoża są trudno dostępne.
Rząd Danii pod naciskiem Waszyngtonu zablokował chińskie inwestycje na wyspie. Nawet jeśli Stany uważają – jak powtarza między innymi wiceprezydent Vance – że Dania zaniedbała obronę Grenlandii i że powinna bardziej się w nią zaangażować, to takie sprawy można było załatwić w ramach normalnych, zakulisowych negocjacji, bez formułowania publicznych gróźb wobec jednego z najbliższych sojuszników. Także rząd Grenlandii – która jest autonomicznym terytorium Danii – wyraża gotowość do współpracy w kwestii bezpieczeństwa ze Stanami.
Ekspert od geostrategii związany z Atlantic Council, Imran Bayoumi, w artykule opublikowanym niedawno na łamach "Foreign Policy", przekonuje, że Trump szarżując w kwestii Grenlandii tak naprawdę podkopuje fundamenty arktycznej strategii Stanów. Stany mają bowiem w Arktyce do nadrobienia spory dystans wobec (od dawna silnie obecnej w regionie) Rosji i może się im to udać tylko we współpracy z sojusznikami dzielącymi z Ameryką interesy w regionie.
Tymczasem awantura wokół Grenlandii zraża do Stanów nie tylko Kopenhagę, ale też inne europejskie "arktyczne" stolice – jak Finlandia czy Norwegia. Z kolei innego kluczowego regionalnego partnera, Kanadę, Trump zantagonizował pogróżkami o "51. stanie".
Nie można jednak wykluczyć, że w działaniach Trumpa w sprawie Grenlandii nie chodzi o żadną arktyczną strategię, a o realizację "doktryny Donroe", zakładającej, że cała półkula zachodnia to obszar dominacji Stanów. "To nasz półkula i prezydent Trump nie pozwoli, by nasze bezpieczeństwo zostało naruszone" – napisał po akcji w Wenezueli amerykański Departament Stanu na swoim koncie na portalu X.
Zajęcie Grenlandii byłoby kolejną demonstracją tej zasady. Być może Trump marzy po prostu o tym, by przejść do historii jako prezydent, który znacząco powiększył amerykańskie terytorium. Albo liczy, że Grenlandia odwróci uwagę od jego wewnętrznych kłopotów.
To mogłoby być zbyt wiele nawet dla republikanów
Przy tym nawet biorąc poprawkę na nieprzewidywalność Trumpa, opcja militarna wydaje się mało prawdopodobna. Byłby to skrajnie niepopularny ruch. Sondaże z pierwszej połowy ubiegłego roku pokazują, że zdecydowana większość badanych – 55 do 73 proc. – jest zdecydowanie przeciwna działaniom na rzecz przyłączenia wyspy. W żadnym z badań nie popiera ich więcej niż 28 proc. ankietowanych.
Wojna z bliskim sojusznikiem Stanów jest czymś, gdzie granicę Trumpowi mogłaby postawić jego własna partia i jej reprezentacja w Kongresie. Lider republikanów w Senacie, John Thune z Dakoty Południowej, miał powiedzieć dziennikarzom, że nie widzi możliwości akcji zbrojnej przeciw Danii, że to nie jest coś, co "ktokolwiek traktuje poważnie". Podobne stanowisko zajął republikański speaker Izby Reprezentantów Mike Johnson. Kilku wpływowych republikanów wyraziło stanowisko, że Dania jest sojusznikiem Stanów i kiedy sojusznik mówi nam, że nie jest zainteresowany odstąpieniem terytorium, to powinniśmy to uszanować.
Sekretarz stanu Marco Rubio miał powiedzieć kongresmenom w poniedziałek, że Trump tak naprawdę chce kupić Grenlandię – co oznaczałoby, że sugerowanie siłowego rozwiązania to tylko technika negocjacyjna. Media donosiły, że administracja rozważa wypłacenie każdemu z niecałych 57 tysięcy mieszkańców wyspy nawet 100 tysięcy dolarów, by przekonać ich do tego, by ogłosili niepodległość wobec Danii, a następnie albo przyłączyli się do Stanów, albo zawarli z nimi porozumienie stowarzyszeniowe zabezpieczające amerykańskie interesy strategiczne.
Co jednak zrobi amerykański prezydent, jeśli jego oferty zostaną odrzucone?
Czego chcą Grenlandczycy?
Grenlandczycy nie chcą stać się Amerykanami. Mimo tego, że ich relacje z Danią często bywały napięte. Wyspę w prawie 90 proc. zamieszkuje rdzenna ludność - Inuici, którzy przybyli na Grenlandię z kontynentu północnoamerykańskiego.
Rdzenna ludność źle wspomina zwłaszcza tzw. politykę "danizacji", uprawianą po 1946 roku. W jej ramach faktycznie dochodziło do skandali, np. do zakładania przez duńskich lekarzy młodym inuickim dziewczynom spirali domacicznych, uniemożliwiających zajście w ciążę, bez ich wiedzy i zgody.
Od 2009 roku Grenlandia jest autonomicznym terytorium zależnym, które ma prawo ogłosić niepodległość w referendum. Sondaże pokazują, że większość mieszkańców popiera takie rozwiązanie. W 2016 roku powołano nawet ministerstwo ds. niepodległości, a ówczesny premier wyspy Kim Kielsen, zapowiedział, że znajduje się ona na "nieodwracalnej drodze do niepodległości".
Jednocześnie rozwód z Danią nastręcza szereg problemów i cały proces potrwa – jeśli do niego faktycznie dojdzie - latami. Najpewniej dłużej niż kadencja Trumpa. Dziś wyspa funkcjonuje głównie dzięki dotacji z Danii, wynoszącej około 600 milionów dolarów rocznie, pokrywającej 60 proc. budżetu wyspy.
Jak zwraca uwagę (w bardzo ciekawym tekście o duńsko-grenlandzkich relacjach) duński pisarz Morten Høi Jensen ("The Dial"), zanim Trump nie zaczął mówić o przejęciu arktycznej wyspy, temat Grenlandii praktycznie nie istniał w duńskiej debacie publicznej, a jej mieszkańcy czuli się lekceważeni przez Kopenhagę.
Płonne nadzieje Trumpa
Trump liczył zapewne, że uda mu się wykorzystać te napięcia. Jak dotąd te nadzieje okazały się płonne. Według sondażu ze stycznia ubiegłego roku, 85 proc. mieszkańców wyspy nie chce przyłączenia do Stanów. W piątek liderzy wszystkich kluczowych grenlandzkich partii podpisali się pod oświadczeniem stwierdzającym, że Grenlandczycy nie chcą być ani Duńczykami, ani Amerykanami - chcą być Grenlandczykami. Oświadczenie wzywa też Stany, by skończyły z "lekceważeniem" okazywanym Grenlandii.
W tej sytuacji Europa może sprawiać wrażenie zdezorientowanej. Ma wyraźny problem z udzieleniem jednoznacznej, wspólnej odpowiedzi na szarże Trumpa.
Jak donosi dziennikarz "Bloomberga", Alex Wickham, premier Wielkiej Brytanii sir Keir Starmer zaangażował się w ostatnich dniach w zakulisową ofensywę dyplomatyczną, mającą przekonać Trumpa co do strategicznej użyteczności europejskich sojuszników Arktyce. Pytanie jednak, czy Trumpa naprawdę interesuje strategia, czy wbicie amerykańskiej flagi w kolejne terytorium?
Z kolei, jak donosił portal Politico, już w zeszłym roku Francuzi mieli przekonywać Duńczyków, by wysłać na Grenlandię europejskie siły. To samo radzi Europie grupa francuskich ekspertów w tekście opublikowanym na początku roku na łamach "Le Monde".
Kalkulacja jest prosta: perspektywa zbrojnego konfliktu z kilkoma krajami NATO zadziała odstraszająco na Trumpa. Jednocześnie Unia Europejska cały czas zależy od Stanów w kwestii bezpieczeństwa, zwłaszcza w kontekście Ukrainy – co utrudnia zdecydowaną reakcję w kwestii Grenlandii.
Czy z tej sytuacji jest jakieś dobre wyjście? Eksperci mówią o dealu, np. dającym Stanom dostęp do minerałów albo zwiększającym duńskie wydatki na obronę, albo związanym z nową bazę dla Amerykanów – czymkolwiek, co Trump mógłby sprzedać jako swój kolejny wielki sukces. Jednocześnie im bardziej Trump będzie podbijał stawkę i żądał Grenlandii, tym trudniej będzie mu się z tego wycofać.
Otwarty konflikt o Grenlandię oznaczałby największy kryzys w relacjach atlantyckich, być może nawet koniec NATO. Ale nawet jeśli uda się wcześniej wypracować akceptowalne dla Trumpa porozumienie, w coraz większej liczbie europejskich stolic będzie pojawiać się pytanie: czy Stany ciągle są naszym sojusznikiem? Czy nie pora zacząć minimalizować strategiczną zależność od Waszyngtonu? Nawet jeśli Trumpa zastąpi demokrata, to Amerykanie znów mogą wybrać kogoś podobnego do obecnego prezydenta.
Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek
Jakub Majmurek - z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu "Filmweb". Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".