To wygląda na początek buntu szejków. "Kto pozwolił zamienić region w pole bitwy?"
Irańska strategia podpalania całego regionu zaczyna przynosić pierwsze polityczne skutki. Efektem uderzeń w interesy państw Zatoki Perskiej i ich najbogatszych elit może być rosnąca presja na Waszyngton, by zakończył wojnę. Jak twierdzi Wojciech Szewko, właśnie zaczyna się "bunt miliarderów", którzy obawiają się, że konflikt uderzy w fundamenty biznesowego bezpieczeństwa regionu.
Dowodem ma być głośny list otwarty do prezydenta USA, opublikowany przez emirackiego multimiliardera Khalafa Ahmada Al Habtoora, założyciela Al Habtoor Group. Biznesmen publicznie skrytykował Donalda Trumpa za eskalację konfliktu z Iranem, podkreślając, że państwa Zatoki Perskiej płacą cenę za wojnę, której same nie chciały. "Dzięki Bogu jesteśmy silni… ale pytanie pozostaje: kto pozwolił wam zamienić nasz region w pole bitwy?" - napisał w liście.
Al Habtoor zarządza jednym z największych prywatnych konglomeratów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, inwestującym m.in. w energetykę, nieruchomości i branżę hotelarską. Jego grupa jest właścicielem luksusowych hoteli w Dubaju, w tym pięciogwiazdkowego Habtoor Grand Resort & Spa.
Według ekspertów list upubliczniony w czwartek może być początkiem szerszego zjawiska. Najbogatsi przedsiębiorcy regionu mają zacząć wywierać naciski na zakończenie wojny, obawiając się strat gospodarczych.
Taktyka Iranu - podpalić cały region, aż wojna zaboli
Jak informowaliśmy wcześniej, Teheran uderza nie tylko w instalacje wojskowe USA. W ostatnich dniach celem stały się porty, lotniska i obiekty turystyczne w regionie, w tym okolice słynnego hotelu Burj Al Arab w Dubaju. Irańskie drony i rakiety uderzyły także w rafinerię w Ras Tanura w Arabii Saudyjskiej - zdolną przerabiać około 550 tys. baryłek ropy dziennie. Instalacje energetyczne zostały również zaatakowane w Katarze, m.in. w kompleksach należących do QatarEnergy.
Zdaniem dr. Wojciecha Szewko kontratak Iranu nie jest chaotycznym odwetem, lecz elementem przemyślanej strategii. Nawet symboliczne szkody w państwach takich jak Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Arabia Saudyjska mogą wywołać ogromne skutki gospodarcze i psychologiczne. - Dubaj to globalne centrum handlu i inwestycji, budowane latami jako bezpieczny port dla kapitału. Iran uderza więc w miejsca wrażliwe finansowo i politycznie, które mają realny wpływ na decyzje w Waszyngtonie - ocenia ekspert.
Skutki konfliktu są już odczuwalne. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich odłamki przechwyconych rakiet i dronów uszkodziły budynki w Dubaju, w tym w pobliżu międzynarodowego lotniska i amerykańskiego konsulatu. W Kuwejcie odłamki spadające na dzielnicę mieszkalną zabiły 11-letnią dziewczynkę, a drony uszkodziły tamtejsze lotnisko. Teheran podkreśla jednak, że jego operacje są wymierzone w interesy USA w regionie, a nie w same państwa Zatoki.
"Irańscy stratedzy zakładają, że intensywny ostrzał sprawi, iż państwa arabskie zaczną wywierać presję na Waszyngton. Przywódcy regionu, tacy jak saudyjski następca tronu Mohammed bin Salman, mają bliskie osobiste relacje z prezydentem USA" - napisał w tekście dla WP Tomasz Rydelek z Pulsu Lewantu.
Tymczasem w samych Stanach Zjednoczonych pojawiają się pierwsze sygnały tonowania nastrojów. Przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson podkreślił, że USA nie prowadzą pełnoskalowej wojny z Iranem. - Nie jesteśmy w stanie wojny i nie mamy zamiaru jej toczyć. To operacja o ograniczonym zakresie - oświadczył.
Tymczasem Trump jest w wojowniczym nastroju - ogłosił, że żąda kapitulacji.
Siedem dni Epickiej Furii. Kto wygrywa?
Po uderzeniu rakietowym rozpoczętym 28 lutego przez USA i Izrael - operacjach "Epicka Furia" i "Ryczący Lew" - trafionych zostało kilka tysięcy celów wojskowych na terytorium Iranu. Zabito przywódcę kraju, ale jego reżim utrzymuje władzę. Po tygodniu walk coraz więcej ekspertów wskazuje, że konflikt nie ma klasycznego celu militarnego.
Zdaniem ppłk. rez. Macieja Korowaja, analityka wojskowego, operacja prowadzona przez USA i ich sojuszników nie przypomina kampanii mającej doprowadzić do natychmiastowego upadku władz w Teheranie. - To nie jest operacja, która ma "pokonać Teheran" w klasycznym sensie. Widzimy raczej dekapitację przywództwa i systematyczne niszczenie potencjału rakietowego oraz obrony przeciwlotniczej - komentuje.
W jego ocenie celem jest raczej długofalowe osłabienie Iranu. - Chodzi o sprowadzenie go do poziomu zagrożenia, które jest dla regionu zarządzalne, a nie o budowę nowego państwa od zera - wskazuje Korowaj.
Sytuację komplikuje również rosnące zaangażowanie innych graczy. Jak podał "The Washington Post", Rosja przekazuje Iranowi dane wywiadowcze, które mogą pomóc w namierzaniu sił USA na Bliskim Wschodzie, w tym lokalizacji amerykańskich okrętów i samolotów. Jeśli te informacje się potwierdzą, będzie to pierwszy sygnał, że w konflikt zaczynają być pośrednio wciągani także inni globalni rywale Stanów Zjednoczonych.
Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski