Tylko oni mogą to zrobić. Przekonają Trumpa do zakończenia wojny?
Czy w sytuacji ciągłych ataków irańskich na amerykańskie bazy i obiekty wojskowe w państwach Bliskiego Wschodu kraje te mogą wpłynąć na Donalda Trumpa i jego decyzję o zakończeniu wojny? - Iran chciał regionalizacji konfliktu właśnie po to, żeby stworzyć presję na jego zakończenie. To ostatnia nadzieja ajatollahów - mówi WP Wojciech Jakóbik, analityk z Ośrodka Bezpieczeństwa Energetycznego.
Najważniejsze informacje:
- Ataki irańskie na amerykańskie cele na Bliskim Wschodzie miały na celu umiędzynarodowienie konfliktu, aby wymusić jego zakończenie, co według analityków było "ostatnią nadzieją" władz w Teheranie.
- Trudności gospodarcze wywołane wojną skłaniają wiele państw, w tym sojuszników USA, do nacisków na szybkie rozwiązanie konfliktu, choć niekoniecznie przez ustępstwa wobec obecnych władz Iranu.
- W odpowiedzi na wcześniejsze działania zbrojne, Iran wystrzelił setki pocisków i dronów, uderzając w amerykańskie bazy, ale też powodując incydenty w miejscach takich jak port w Omanie czy hotel w Dubaju.
- Widać, że problemy gospodarcze mogą skłaniać dużą część państw na świecie, także sojuszników Ameryki, do optowania za jak najszybszym zakończeniem konfliktu. Nie musi to oznaczać, że chodzi o zaprzestanie ataków, tylko np. o jak najszybszą zmianę władzy w Teheranie z możliwością zaangażowania kolejnych aktorów w ten konflikt. To, że wojna ma negatywne konsekwencje gospodarcze, nie oznacza, że można zmusić władze amerykańskie do czegoś - ocenia Wojciech Jakóbik.
Przypomnijmy, że w ciągu pierwszych 48 godzin od uderzenia na Iran Teheran wystrzelił setki pocisków balistycznych, manewrujących i dronów przeciwko arabskim państwom regionu. Celem irańskich uderzeń były przede wszystkim bazy amerykańskie. Ale nie tylko. W weekend szczątki zestrzelonego irańskiego drona spadły na słynny hotel Burj Al Arab w Dubaju. Budynek stanął w ogniu. Także wtedy omański port Duqm został zaatakowany przez dwa drony.
ZEA i Katar szukają sojuszników
W poniedziałek rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych w Katarze Madżid al-Ansari poinformował, że przechwycone ataki Iranu były wymierzone w katarskie cele cywilne, w tym w międzynarodowe lotnisko. Jak dodał, "ostatecznie kryzys zostanie zażegnany przy stole negocjacyjnym".
Portal Defence24.pl przekazał, że największego uderzenia Iran dokonał na Zjednoczone Emiraty Arabskie. Tamtejsze ministerstwo obrony podało, że w ciągu pierwszych 48 godzin wystrzelono w nie 165 pocisków, głównie balistycznych, oraz 541 ciężkich dronów samobójczych. Zarówno z tego powodu, jak i ze względów gospodarczych w Emiratach i w Katarze pojawiają się pierwsze głosy o wznowieniu rozmów z Teheranem.
Według agencji Bloomberg Dubaj i Doha zabiegają u sojuszników o presję na administrację Donalda Trumpa, by szybko wygasić działania militarne wobec Iranu. "Stawką jest zarówno stabilność regionu, jak i ograniczenie długotrwałego szoku cenowego" - zauważa Bloomberg.
Inicjatywa miałaby zapobiec rozszerzeniu działań zbrojnych oraz ograniczyć ryzyko długotrwałego skoku cen energii. Bloomberg podkreśla, że działania dyplomatyczne prowadzone są dyskretnie i mają charakter koalicyjny. Celem jest stworzenie szerokiego frontu, który przyspieszy powrót do rozmów negocjacyjnych między USA a Iranem.
A sojusznicy na Bliskim Wschodzie mają z Trumpem bliskie relacje, co w ostatnich latach przejawiało się m.in. w miliardowych zakupach amerykańskiego sprzętu wojskowego.
"Gra bez zasad ani czerwonych linii"
- Iran swoimi atakami na państwa Bliskiego Wschodu uprawia terror, który ma doprowadzić do podkopania interesów ekonomicznych, politycznych, społecznych wszystkich w regionie i ma skłonić ich do zaangażowania w jak najszybsze zakończenie konfliktu. Tylko właśnie to zakończenie może przybrać różną postać. Symptomatyczna jest reakcja Chin, które według agencji Bloomberg przekonują Irańczyków, żeby wrócili do rozmów - zauważa Wojciech Jakóbik.
Jak dodaje, Iran stawia na "grę bez zasad ani czerwonych linii". - Jego nieprzewidywalność może być jedyną szansą. Oznacza to, że dalsza eskalacja jest w interesie Teheranu i zatrzyma ją tylko skuteczna interwencja jego adwersarzy, których grono rośnie przez roztoczenie ataków na cały Bliski Wschód - twierdzi ekspert.
W jego ocenie dalszy rozwój wypadków może się potoczyć jeszcze na różne sposoby. - Natomiast oddziaływanie konfliktu jest już coraz większe. Widać dalszy wzrost cen ropy, wzrost cen gazu. Zjawisko analogiczne do sytuacji po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę - przypomina ekspert.
Problemy Trumpa w Stanach Zjednoczonych
- Pamiętajmy, że Trump ma problemy w polityce wewnętrznej. Jest przede wszystkim pod pręgierzem demokratów, ale też części republikanów. Są zastrzeżenia do jego podejścia do rozpoczynania nowych konfliktów. W szczególności do tego, czy robi to, mając mandat demokratyczny. Sondaże w Stanach Zjednoczonych regularnie pokazują, że przeciętny wyborca amerykański nie jest zainteresowany konfliktami międzynarodowymi, tylko sytuacją ekonomiczną w kraju. Ta zaczęła się dopiero nieco poprawiać, choć nie jest najlepsza, jeśli chodzi o nastroje społeczne. Tymczasem wojna będzie kosztować wszystkich - komentuje Jakóbik.
Jak dodaje, warto zacytować w tej sytuacji Niccolo Machiavellego, który powiedział, że "wojny zaczynają się wtedy, kiedy chcesz, ale nie kończą się wtedy, kiedy prosisz".
Izrael może zdecydować o dalszych losach konfliktu
Z kolei dr hab. Łukasz Fyderek, dyrektor Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego, wskazuje, że sam fakt, iż Donald Trump przystąpił do interwencji, pokazuje, że o ile państwa Zatoki Perskiej mają znaczne wpływy w Waszyngtonie, to największy wpływ ma jednak Izrael.
- Kluczowe będzie zdanie premiera Netanjahu. Jeżeli będzie uważał, że cele militarne Izraela nie zostały jeszcze zrealizowane, zapewne ta operacja będzie jeszcze trwała - mówi.
Pytany zaś o presję, jaką Iran próbuje wywrzeć na państwach-sojusznikach USA z Bliskiego Wschodu, a także to, czy reżim irański ma w ogóle jeszcze możliwości nacisków, odpowiada, że Teheran wciąż ma zdolności militarne.
- Tych pocisków zostało wystrzelonych, wedle różnych kalkulacji, około 500 do 1000. Natomiast przed wojną szacowano, że jest 20 do 30 tysięcy pocisków, które ma Iran. Oczywiście, część z tych pocisków została zniszczona przez naloty amerykańskie i izraelskie, natomiast odwołując się do tych przedwojennych szacunków, należy założyć, że jeszcze potencjał do atakowania zapewne jest, choć trudno go oszacować - zaznacza.
USA powtórzą błędy z Wietnamu?
W ocenie eksperta reżim jest osłabiony uderzeniami dekapitacyjnymi, ale trzeba pamiętać, że od początku był on przygotowywany do funkcjonowania w bardzo niesprzyjającym środowisku.
- Przypomnijmy, że zaraz po rewolucji islamskiej wybuchła wojna iracko-irańska i Iran został zaatakowany przez Irak Saddama Husajna w 1980 roku. Była to najkrwawsza ze wszystkich wojen, które toczyły się na Bliskim Wschodzie, trwała osiem lat i reżim też to przetrwał - podkreśla dr Fyderek.
Zdaniem Fyderka na razie nie widać przesłanek wskazujących na pęknięcia w tej strukturze, a wręcz przeciwnie. - Zazwyczaj ataki zewnętrzne powodują większą spójność reżimu, czy też jego utrwalenie, a w szczególności, jeżeli jest to reżim porewolucyjny - nadmienia.
Rozmówca Wirtualnej Polski przypomina jednocześnie o innej kampanii powietrznej, która nie tylko nie zniszczyła reżimu, ale wręcz go umocniła - kampanii USA w komunistycznym Wietnamie Południowym.
- W tamtym zakątku świata, który również pomimo tej wieloletniej presji, ataków powietrznych, ogromnego tonażu bomb zrzuconego na ten kraj, jego struktura polityczna przetrwała tę operację nienaruszona - kwituje.
Sylwester Ruszkiewicz, dziennikarz Wirtualnej Polski
Adrianna Rymaszewska, dziennikarka Wirtualnej Polski