"To już nie jest wojna ludzi". W czwartym roku front zszedł pod ziemię
Tołstiuk powtarzał, że w swoim życiu widział trzy wojny. Pierwszą była "mała", w Donbasie. Później - wielka, inwazja w 2022 roku. A potem niepostrzeżenie przyszła trzecia. Wojny dronów Tołstiuk nie rozumiał, ale wiedział jedno: człowiek w niej nie ma szans.
Był wczesny ranek. Tołstiuk spojrzał na zegarek bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Pora dnia już dawno przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
W ziemiance nie było poranków ani nocy. Był stały półmrok. Czas mierzono parami godzin. Dwie w punkcie obserwacyjnym, dwie na sen. Choć najczęściej było to nerwowe czuwanie.
Tołstiuk przekazał zmianę i zwinął się na pryczy. Od spodu biło zimno. Zapach wilgotnej ziemi mieszał się ze fetorem odchodów i trupów zalegających przy ziemiance.
Te świeże śmierdziały najbardziej. Inne, już sczerniałe, przypominały śmieci. Zbutwiałe szmaty.
Tołstiuk nie miał złudzeń - skończą tak samo. Każdy z ich trójki to wiedział.
Walczył na Ukrainie. Tak wojna niszczy psychikę. "Strzelił sobie w głowę"
Kiedy on, Weres i Łysy zajmowali ziemiankę, było upalne lato. Teraz przyszła zima.
Na początku Tołstiuk liczył dni. Po setnym przestał. Uznał, że ich życie określają już tylko dwie liczby: cztery - miesiące spędzone w norze, dwa - nieudane rotacje.
Pierwsza grupa zmienników wyruszyła do nich jesienią. Dowództwo przekazało przez radio krótkie:
- Szykujcie się.
Jedno zdanie, a każdy po cichu zaczął myśleć o urlopie. O łóżku bez wilgoci. O ciszy bez wybuchów.
Nagle szmer. Rwane komunikaty:
- Oni dwieście… jestem trzysta…
W wojskowym języku liczb oznaczało to: dwóch zabitych, jeden ranny.
Kolejna grupa wyruszyła miesiąc później. Po prostu zniknęła. Tak też napisano w papierach: "zaginieni". Jaka jest prawda, wiedział każdy: leżą gdzieś w polu.
Ciał ze strefy piekła dawno nikt nie ewakuuje.
I za każdym razem to samo. Krótki komunikat: - Rotacja odwołana.
I rozkaz: - Trzymać obronę. Czekać.
I Tołstiuk, Weres i Łysy czekali. Choć coraz częściej mieli wrażenie, że już tylko na własną śmierć.
Ale tego ranka radio nagle zarzęziło: - Zbliża się grupa. Odbiór.
Tołstiuk poderwał się z pryczy. Wszyscy trzej wymienili spojrzenia.
Poranek był wczesny. Mgła gęsta. Dronów nie słychać.
- To może się udać - pomyślał Tołstiuk, ale nie powiedział tego na głos.
Czekali w napięciu. Weres, który trzymał wartę przy zachodnim wejściu, krzyknął gorączkowo: - Są blisko. Słyszę ich głosy!
Sekundę później - świst. Eksplozja. Cisza.
Radio zatrzeszczało: - Rotacja odwołana.
Weres schował twarz w dłoniach. Tołstiuk skurczył się na pryczy. Łysy natomiast gapił się w jeden punkt. Na jego twarzy już dawno nie było żadnych emocji.
Trzecia wojna
Po wszystkim siedzieli w ciszy. Ciężkiej, gęstej.
Kilkadziesiąt metrów dalej leżą ci, którzy mieli ich zmienić. Martwi? Ranni?
Może któryś jeszcze żyje. Może próbuje się czołgać.
A oni? Tołstiuk leży zwinięty. Weres milczy. Łysy wpatruje się w ziemię.
Wiedzą: nie zrobią nic. Wyjść na zewnątrz - znaczy polec obok. W wojnie dronów każdy może liczyć tylko na siebie.
W jakich męczarniach umierają ranni, Tołstiuk wiedział lepiej niż ktokolwiek inny.
Był chuderlawy, niewysoki i - jak na swoją pięćdziesiątkę - zaskakująco zwinny. Golił głowę, zostawiając na środku długi czub. Mówił, że w życiu miał trzy wojny.
Pierwszą była "mała" w Donbasie w 2014 roku. Później - wielka inwazja w 2022 roku. Wtedy trafił na front jako kierowca karetki ewakuacyjnej. Śmigał rozklekotanym busem po całym Donbasie. Bachmut, Wuhłedar, Czasiw Jar. Wjeżdżał tam, gdzie inni się bali. Wyciągał rannych i zabitych spod nosa Rosjan.
Tamte czasy Tołsiuk wspominał z nostalgią. Nie dlatego, że lubił wojnę. Tęsknił za życiem na wsi, a nawet za pracą przy wyrębie lasu. Ale tamte wojny przynajmniej rozumiał. Były okopy, śmierć, strach. Ale istniał porządek. Rannych wyciągało się spod ognia. Zabitych nigdy się nie zostawiało. Były brawura i braterstwo.
A potem przyszła trzecia wojna - wojna dronów. I wszystko się zmieniło.
Linia frontu zniknęła. W jej miejscu pojawiła się killzona - dwudziestokilometrowy pas ziemi, w którym wściekłe roje dronów polują na wszystko, co żywe.
Ewakuacja rannych stanęła. Poległych nikt już nie zabierał. Dostawy amunicji i prowiantu stały się loterią. Front zszedł pod ziemię. Rządziła jedna zasada: chcesz żyć - nie wychylaj się na zewnątrz.
Kierowcy przestali być potrzebni. Tołstiuk wylądował w piechocie. Z wizją życia krótkiego. I piekielnego.
Wymarsz
Z bazy wyjechali przed świtem.
W czerwonym, pulsującym świetle latarki Tołstiuk przyglądał się twarzom Weresa i Łysego.
Weres jest najmłodszy, 39 lat. Widać, że się boi, ale próbuje to ukryć. Odwraca twarz, zaciska drżące pięści, oddycha zbyt szybko.
Łysy - odwrotnie. Spokojny. Jakby pogodzony z losem. Naprawdę nazywa się Ihor, ma 54 lata i mały warsztat w obwodzie chmielnickim. Obaj jego synowie też służą w piechocie. Jedyne, czego chce Łysy - zginąć przed nimi.
Transporter zatrzymuje się na styku obwodów dniepropietrowskiego i donieckiego.
Dalej już tylko pieszo.
Rozbita wieś wyznacza granicę. Jest bramą do piekła. Za nią zaczyna się strefa śmierci: gołe pola, linie obrony, piętnaście kilometrów marszu i najdalej wysunięta pozycja. Tam mają dotrzeć Tołstiuk, Weres i Łysy.
Od teraz mogą liczyć tylko na siebie.
Nora
Póki mgła zasłania niebo, biegną. Kiedy znika - chowają się w ziemiankach. W każdej norze to samo - żołnierze, zmęczenie, strach. Na jednej z pozycji leży ranny. Obie nogi oderwane. Kto zaryzykuje ciągnąć go tyle kilometrów?
- Śmierć jest pewna - myśli Tołstiuk. - Szybka śmierć jest przywilejem.
Ciał coraz więcej. Im głębiej wchodzą, tym gęściej leżą. Jedno na drugim. W rowach, w lejach, między kępami spalonych krzaków.
Tołstiuk odwraca wzrok. Powtarza sobie, że to kłody. Martwe drewno. Przeskakuje przez nie, jakby szedł przez las.
Trzeciego dnia docierają na miejsce.
Przy ziemiance osmalone kikuty drzew, kilka krzaków. Wokół gołe pole. Kilkaset metrów dalej okopy Rosjan. Z żołnierzami, których zmieniają, witają się w biegu. Tamtym się spieszy.
Ziemianka jest duża: trzydzieści metrów długości, dwa wysokości. Trzy wyjścia. Ale z każdym dniem się kurczy.
Rosjanie dzień zaczynają od amunicji zapalającej. Taktyka prosta: wywołać pożar, wypłoszyć ich na zewnątrz. A tam już czekają drony.
Ale wszystko jest przesiąknięte wilgocią. Nic się nie pali.
Wtedy w ruch idzie chemia. Najpierw syk, potem do środka wpełza siwy gaz. Dusi, wykręca żołądek, wypala płuca. Tołstiuk, Weres i Łysy wkładają maski przeciwgazowe, barykadują wejścia.
W końcu Rosjanom udaje się przebić dach. Połowa ziemianki zapada się do środka.
A potem rusza ich piechota. Widzą, jak sunie przez pole. Zgłaszają dowództwu. Lecą drony. Wybuch, dym. Kolejny trup przy ziemiance.
Świeże śmierdzą najbardziej.
Paczka
Zasada jest prosta: chcesz żyć - nie wychylaj się z nory.
Załatwiasz się do butelki, torebki foliowej. Ze środków higieny - wilgotne chusteczki.
Czas ciągnie się jak z gumy. W ziemiance wieczny półmrok. Wilgotny śpiwór, ziąb, głód. Po miesiącu na racje żywnościowe patrzeć nie możesz. Groch z torebki, konserwa, suchary.
Święto, kiedy przychodzi paczka. W środku: batoniki, fajki, napoje energetyczne i najważniejsze - chleb i sucha kiełbasa, pozdrowienie ze świata żywych.
Tyle że po paczkę trzeba wyjść.
Cała trójka nasłuchuje. Wampir - ciężki dron-bombowiec - huczy coraz bliżej. Zrzuca paczkę, odlatuje. Za chwilę świt. Szarówka - jedyne okno, by wyskoczyć.
Tołstiuk i Łysy odwracają wzrok.
Weres irytuje się, ale wstaje. Zakłada kamizelkę, hełm. Biegnie.
Czekanie
Trzy grupy, które miały ich zmienić, giną po drodze. Kolejne odmawiają wyjścia. Dowództwo powtarza: - Czekać. Trzymać obronę.
Ale coś zaczyna pękać.
Trzeci miesiąc bez kontaktu ze światem. Ani słowa z rodziną. Łysy przestaje się uśmiechać. Skóra mu szarzeje, zapadają się policzki. On sam się kurczy. Rozpamiętuje stare kłótnie z żoną. Zadręcza się poczuciem winy - olał występ syna w piątej klasie.
Weres milczy. Każdy ruch w ziemiance go drażni. Każde westchnienie, chrząknięcie.
Wybuch. Ziemia osypuje się na śpiwory, na deskę, która udaje kuchnię. Łysy rzuca się sprzątać. Strzepuje piach, glinę.
- Po co to robisz? I tak wiadomo, jak skończymy - cedzi przez zęby Weres.
W uszach ciągły szum. Myśli gęste, lepkie, ciągną się jak smoła. Wybuch. Wstrząs. Kolejny. Łysy chwyta się za krzyżyk na szyi. Szepcze coś pod nosem.
Słyszysz ich głosy. Gdzie rzeczywistość, a gdzie sen?
Głód doskwiera coraz bardziej. Rosjanie zestrzelili Wampira. Nowy nie przylatuje. Zapasy topnieją. Najpierw znikają racje. Potem batoniki. Żołądek kurczy się i boli. Ale najgorszy jest brak wody.
Nie ma opadów. Śniegu też nie.
Łysy dozuje wodę nakrętkami. Łyk rano. Łyk wieczorem. W końcu butelka jest pusta. Usta pękają. W głowie wiruje.
Czwartego dnia Łysy mówi wprost:
- Uryna albo śmierć.
Tołstiuk krzywi się, chce wymiotować. Dosypuje kawy, żeby zabić zapach amoniaku.
Potem łapie za radio. Wściekły, krzyczy:
- Kurwa, zrzućcie nam wodę!
- Czekajcie - charczy radio.
Rotacja
Dron przylatuje szóstego dnia. Huczy ciężko, zrzuca ładunek. Odlatuje.
Tołstiuk, Weres i Łysy skręcają się z głodu, ale muszą czekać do świtu.
W końcu Weres wyskakuje. Biegnie po paczkę, wraca zdyszany. Dzielą kromki chleba, kroją kiełbasę na równe części. Łysy parzy herbatę w metalowym kubku.
Żołądek wreszcie pełny. Ale ulgi nie ma.
Rano myślą - byle dożyć do wieczora. Wieczorem - przetrwać do rana.
Tołstiuk powtarza sobie, że muszą wytrzymać do wiosny. Wtedy wyjdzie zieleń. Marna, ale zawsze jakaś osłona przed dronami.
Mówi to na głos. Tłumaczy - muszą rozmawiać, inaczej zwariują. Sam gada od rzeczy, opowiada sprośne dowcipy, historie swoich miłosnych podbojów. Przerysowane, głupawe, ale Łysy i Weres się śmieją.
Nagle radio ożywa: - Grupa się zbliża. Odbiór.
Spojrzeli na siebie. "To się nie uda" - pomyśleli.
Ale głosy są już blisko. Słychać tupot. Nowi wpadają do ziemianki zdyszani, przerażeni. Jeszcze zieloni. Jeszcze nie wiedzą, gdzie trafili. Tołstiuk nie chce patrzeć im w oczy.
Pakuje plecak. Jedna myśl: wydostać się stąd.
Mają dwadzieścia minut, by przebiec otwarte pole. Kilkadziesiąt metrów dalej zasieki. Na nich coś czarnego. Wnętrzności. Trzy ciała.
Jedna z grup, która nigdy nie dotarła.
Tołstiuk rozpoznaje Paszę. Chudy, wysoki, dwadzieścia parę lat. Rozpruta pachwina. Musiał konać długo. Nikt mu nie pomógł.
Biegną, ale po czterech miesiącach bez ruchu mięśnie w atrofii. Serce wali jak szalone, nogi ledwie się podnoszą. Buty grzęzną w błocie, plączą się w zwojach linki światłowodowej.
Łysy nagle blednie. Łapie się za pierś.
- Serce… - charczy. - Serce mi staje…
Błaga o przerwę.
Ale są na otwartym polu.
Tołstiuk odwraca się i krzyczy: - Ruszaj, kurwa!
Łysy zrzuca kamizelkę. Potem broń. Plecak. Biegnie.
Ocalali
Szóstego dnia Tołstiuk, Weres i Łysy docierają do bramy piekieł - wsi, w której cztery miesiące wcześniej wysadzono ich z transportera.
Szybki załadunek. Drzwi trzaskają. Silnik wyje.
Dopiero kiedy Tołstiuk zauważa nad drogą korytarz z siatek antydronowych, czuje ulgę.
Przeżył. Ocalał. Ale radości nie ma.
Po powrocie nie jest w stanie wydusić z siebie słowa. Myśli w rozsypce, ciało wyczerpane. Są wychudzeni. Postarzeli się o dekadę. Weres i Łysy jedzą bez przerwy.
Tołstiuk leży na pryczy, gapi się w sufit. Wrócił, przeżył. Ale w jednostce nikogo już nie zna. Część zginęła, część uciekła.
Myśli o tych trzech żołnierzach, którzy zmienili ich w ziemiance. Czwartego dnia urwał się z nimi kontakt. Potem ucichła kolejna pozycja za nimi. I następna.
Myśli też o trójce z pozycji obok. Nora dwa na dwa. Wleciał dron. Bum. Jeden zginął na miejscu. Dwóch rannych.
Jeden chciał żyć. Dobę pełzł przez otwarte pole.
Drugi zdecydował inaczej. Granat? Nie. Kula jest skuteczniejsza.
Ci, którzy przeżyli, już do strefy nie wracają. Idą na urlop i znikają. Przepadają w cywilu, ale nikt ich nie szuka.
Tołstiuk też wie jedno: nie wróci tam.
- To wojna dronów. Człowiek nie ma w niej szans - mówi cicho do Weresa i Łysego. - Raz się nam upiekło. Drugi raz się nie uda. Tam tylko śmierć.
Matematyka w brygadzie jest prosta: ze strefy śmierci tylko jeden na dziesięciu wraca cały.
Powrót
Po tygodniu cała trójka jedzie na urlop. Sto dwadzieścia dni na pozycjach - czternaście odpoczynku.
Weres postanawia nie jechać na wieś. Wynajmuje pokój w hostelu w Równem.
Obdarte fioletowe tapety. Zielone firanki. Siedzi zgarbiony. Noga na nogę. Powietrze ciężkie od nieprzetrawionego alkoholu. Otwarta flaszka przy łóżku.
Weres: - Śpię godzinę-dwie. Potem budzę się w panice. Że mam mało czasu, muszę gdzieś biec. Ale nie wiem, gdzie.
Na początku był pewien: nie wróci na front. Zniknie. Pójdzie na lewiznę.
Ale teraz zmienił zdanie. Dlaczego?
- Może pogodziłem się z własną śmiercią? - wzrusza ramionami. - Boję się. Ale wrócę.
Łysy pojechał do domu. Siadał przy stole, wychylał kielicha, popijał kozim mlekiem. Patrzył w ścianę. O niczym nie myślał.
Na twarz wrócił lekki uśmiech. Żona odetchnęła. Myślała, że zostanie.
Ale czternastego dnia Łysy wyciągnął z szafy mundur. Spakował plecak. Założył buty.
- Żegnaj - powiedział.
Wyszedł, nie oglądał się. W głowie miał jedną myśl: musi zginąć pierwszy.
Zanim zrobią to synowie.
Druga szansa
Tołstiuk myślał, że na wsi będzie mu łatwiej. Ale nie jest. Nie śpi, zrywa się w nocy.
Żona się boi, ucieka do córek.
A on kręci się nerwowo po domu. Na zewnątrz minus dwadzieścia, a drzwi otwarte na oścież. Nie znosi zamkniętej przestrzeni. Panicznie boi się ciemności.
W ciągu dnia jest trochę lżej. Wtedy idzie do sklepu, zabawia panie za ladą. One chichoczą, on na chwilę czuje się normalnie.
Ale pewnego dnia do sklepu wchodzi major służby celnej. Wysoki, barczysty. Patrzy z wyższością. Frontu na oczy nie widział, ale kpi z Tołstiuka. Rzuca: - Prostaki, mój telefon jest wart więcej niż ta buda.
Tołstiuk pamięta tylko, że poczuł wściekłość. A potem już nic, ciemność.
Następny obrazek: karetka, policja. Major - bez oka. Tołstiuk - ze sprawą karną.
Do domu wszedł zdruzgotany. Drzwi otwarte, światło zapalone. Opadł na krzesło przy ścianie.
Tydzień temu dostał od Weresa i Łysego wiadomość: wrócili. Już są w bazie. Za parę dni wymarsz na pozycje.
Tołstiuk poczuł ścisk w gardle. Łzy napływają do oczu.
- Nie wrócą stamtąd. To nie jest już wojna dla ludzi.
***
Kilkadziesiąt kilometrów od frontu. Niski dom z gankiem. W środku idealny porządek - wyszorowane podłogi, równo posłane łóżka. W kuchni pyrka zupa.
A. siedzi przy stole. Jest oficerem w jednostce Tołstiuka, Weresa i Łysego.
- To nie jest już wojna okopowa, jak z I światowej. W 2022 roku człowiek walczył przeciwko człowiekowi. Teraz przeciwko ludziom są roboty - mówi A. - Taki dron FPV - mała, tania zabawka. Ale zabija z chirurgiczną precyzją.
Statystyki pokazują, że po obu stronach frontu drony odpowiadają za 70-80 proc. strat w ludziach i sprzęcie.
- Piechota obrywa najbardziej - mówi A. - Z dziesięciu tylko jeden wychodzi z pozycji cało.
Żeby przeżyć, piechota musi być niewidzialna. W praktyce: siedzieć w norze, obserwować. Rzadziej - odpierać szturmy rosyjskiej piechoty. Tej, której wcześniej nie zabiły drony.
A.: - Rola piechoty sprowadziła się do bycia słupem granicznym. Na najbardziej wysuniętej pozycji - kończy się mapa Ukrainy. Dalej tylko oni.
Wyjście z takich pozycji często jest niemożliwe. Rotacje się opóźniają. Brak pogody (mgła, silny deszcz, wiatr, śnieg). Brak ludzi. Piechota spędza w norach miesiące.
Ewakuacja rannych jest prawie niemożliwa. Już każda brygada rozwija jednostki operujące dronami lądowymi - małymi platformami na gąsienicach, które mogą wywieźć rannego, przywieźć amunicję, zabrać ciało.
Ale lądowe drony są atakowane przez drony z powietrza. Dobijają rannych, masakrują ciała już zabitych.
Po chwili namysłu A. dodaje: - Piechota stała się jednorazowa. Ci, którzy przeżyli, jadą na urlop i przepadają. Niektórzy mówią wprost: "Sorry, ale już tam nie wrócę". I trudno mieć do nich pretensję. W wojnie dronów człowiek nie ma szans.
Tetiana Kolesnychenko, dziennikarka Wirtualnej Polski
Napisz do autorki: tetiana.kolesnychenko@grupawp.pl