"Robaków rozgryzać nie wolno". Książka o dalszych losach bohaterów reportaży WP
Żołnierze zmagający się z PTSD, cywile mieszkający w podziemiach zniszczonych miast, kobiety, które przeżyły przemoc seksualną, uprowadzone dzieci. Do sprzedaży właśnie trafiła książka - kontynuacja reportaży z Ukrainy, opublikowanych w Wirtualnej Polsce.
23 lutego w Warszawie odbędzie się prezentacja książki "Robaków rozgryzać nie wolno", autorstwa Tetiany Kolesnychenko, reporterki Wirtualnej Polski, oraz Macieja Stanika, fotoreportera współpracującego z naszą redakcją.
Przez cztery lata trwania wojny w Ukrainie autorzy pracowali na linii frontu oraz w miastach na tyłach. Reportaże, które powstały podczas tych wyjazdów, można było przeczytać w WP. Praca reporterów była uhonorowana m.in. nagrodą im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (2024 i 2025 r.), Ryszarda Kapuścińskiego (2025 r.) oraz w konkursie Grand Press (2024).
Teraz nakładem Centrum Mieroszewskiego ukazuje się książka, w której teksty i fotografie tworzą dwie równoległe opowieści. Nie ma tu analizy ruchów wojsk czy politycznych wątków. Ta książka jest o życiu, stracie i pustce, którą pozostawia wojna.
Autorka oddaje głos tym, którzy zwykle pozostają niewidoczni: rodzinom, dzieciom, osobom próbującym przeżyć kolejne dni po utracie bliskich. Bez patosu i wielkich słów.
Integralną częścią książki są fotografie Macieja Stanika. Nie ilustrują tekstu. Idą obok, stanowiąc równoległą, wizualną narrację. Oszczędne, uważne, pozbawione dosłowności, pogłębiają wymowę tekstów. Razem z reportażami tworzą opowieść o tym, co po wojnie zostaje z życia.
"Robaków rozgryzać nie wolno" to literatura faktu, która nie epatuje przemocą. Jej siłą jest cisza, uważność i bliski plan.
Poniżej publikujemy fragment książki. To kontynuacja reportażu "Tam, gdzie stoją nasze buty, tam jest nasza ziemia" z lutego 2025 roku.
Autorzy pokazują w nim życie jednostki piechoty walczącej w Donbasie.
Kluczowym wątkiem nie jest jednak sytuacja na froncie. Najważniejsze jest to, jak w tej rzeczywistości odnajdują się zwykli ludzie - jeszcze niedawno cywile, dziś żołnierze.
Fragment książki "Robaków rozgryzać nie wolno" Tetiany Kolesnychenko i Macieja Stanika:
Straty
Walerij miał dość.
Toreck upadał powoli, w mękach. Przez całą zimę jednostka walczyła na obrzeżach, gdzie zajmowała wiejskie chaty. Ale już pod koniec wiosny została wyparta za miasto – na gołe pola. Ani drzewa, ani krzaka, żeby się schować.
Było coraz cieplej, mgły już się nie zdarzały. Rotacje też.
"Dziad" spędzał dnie bezczynnie. Ci, którzy wyszli na pozycję, nie mogli wrócić. Czasem nawet pół roku. Siedzieli w małej dziupli pod ziemią.
Wracali siwi, zarośnięci, wychudzeni i brudni. Oczy mieli dzikie.
Walerij patrzył na nich i myślał, że mają szczęście. Postarzeli się o dekadę, ale żyli.
Ci, którzy szczęścia nie mieli, pozostawali pod Toreckiem na zawsze.
Drony transmitowały obraz na ekrany. Najpierw było widać rannych – konwulsje, próby ratunku. Potem już tylko ciała. Wszyscy patrzyli. Nikt nie mógł pomóc.
Walerij miał dość.
Odsyłał ocalałych na urlop. Po dwóch tygodniach dzwonili:
– Wybacz, Walera, ale nie dam rady. Nie wrócę tam.
I szli w lewiznę.
Walerij ich nie potępiał. Rozumiał aż za dobrze. Tyle że rota znikała.
W styczniu piliśmy razem kawę w letniej kuchni, a w lutym dwóch już nie żyło. Bohdan i jego brat bliźniak przenieśli się do innej jednostki. Dalej od frontu.
Andrij poszedł na urlop i został. Został na wsi. Kosił, orał. Pił.
Na ich miejsce do roty przesyłano "uzupełnienie strat". Byli bezdomni, chorzy, kalecy. Przeszkolenie mieli marne, motywację – zerową.
W lipcu przyszedł rozkaz. Batalion ma przenieść się pod Pokrowsk. Bez odpoczynku. Trzy dni i nowe pozycje. Prosto w piekle.
Przez miesiąc same straty. Zabici. Zaginieni. Ranni. Aż nie było kim walczyć.
Walerij dzwonił do rodzin. Po drugiej stronie płacz. Czasem krzyk. Wyzwiska. Groźby.
– Gdzie ciało!? – wył kobiecy głos.
Ciała nie ma. Co miał powiedzieć? Ale głos nie ustępował:
– Dajcie mi geolokację! Sama tam pojadę. Zabiorę. Pochowam.
Ile takich rozmów przeprowadził? Pięćdziesiąt? A może więcej?
Miał dość.
W końcu batalion cofnęli na regenerację. Dali dwa tygodnie wypoczynku, przydzielili nowych ludzi. Głównie tych, którzy wrócili do wojska po lewiźnie. Kiedy usłyszeli, że rano wymarsz na Pokrowsk, wzięli nogi za pas.
Walerij nikogo nie osądzał. Już złożył raport. Dostał propozycję – dowodzić rotą droniarzy.
Pracy więcej, papierologia bez końca, użeranie się z systemem. Ale to nie piechota. Nie musi już dzwonić do rodzin.
Nie tak często.
– Nigdy więcej piechoty – myśli Bohdan. I czuje się jak ocalały. Częściej wpada do domu. Syn dorasta, już go rozpoznaje.
"Dziad" doczekał emerytury. Tak jak chciał – w lipcu. Tylko końcówkę miał ciężką. Kieliszek kusił coraz częściej.
Walerij nie miał już serca wysyłać "Dziada" na "dołek". Rozumiał go.
"Dziad" cieszył się z emerytury, ale żal mu było zostawiać chłopaków. Oni się z niego śmiali:
– "Dziad", ty się żony bój! Ona z tobą zrobi porządek!
Nie zaprzeczał. Żony bał się bardziej niż wojny. Tak bardzo, że ostatniego dnia ledwie stał na nogach. Popłakiwał ukradkiem.
Serhij zawiózł go na przystanek. Wsadził do autobusu. Pomachał na drogę.
Sam był już spakowany. Przechodził na służbę na tyłach.
– Nie mam już zdrowia – narzekał. – Noga się nie zgina, żylaki męczą.
Ale w środku po prostu miał dość.
Dość piechoty.
Dość strat.
Dość pakowania rzeczy po ludziach, których nigdy więcej nie zobaczy.
Tetiana Kolesnychenko i Maciej Stanik