Syndrom Mesjasza nie służy polityce [OPINIA]
Trzeba umieć ze sceny zejść - te słowa piosenki "Perfectu" brzmią mi w uszach, gdy spoglądam na przyszłość Szymona Hołowni. A jeszcze lepiej wiedzieć, i to jest być może jeszcze istotniejszy wniosek, czy w ogóle na scenę wchodzić. Trudno też uciec od wrażenia, że dziennikarze i showmani nie powinni ulegać syndromowi Mesjasza, bo to się źle kończy - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
To nie jest dla mnie prosty tekst. Znam i lubię Szymona Hołownię, pracowaliśmy razem w mediach i wielokrotnie - nawet spierając się ostro - okazywaliśmy sobie szacunek i wzajemne wsparcie. Nie chciałbym też ulec najgorszej cesze analityków (by nie powiedzieć dziadersów), którzy z lubością powtarzają "a nie mówiłem", choć rzeczywiście pisałem wielokrotnie, że zamiana kariery dziennikarskiej i pomocowej na chleb polityka nie skończy się dla Szymona dobrze i że dużo więcej i dużo lepiej zrobiłby dla Polski i swoich dzieci, pozostając w swoim wcześniejszym zawodzie.
Satysfakcja z tego, że miałem rację, miesza się jednak ze świadomością, że ta historia po raz kolejny uświadamia, że w polityce zbawcy i mesjasze zawsze przegrywają i że nadzieja na "inną politykę" w Polsce (ale nie tylko) jest płonna. Problemem nie są bowiem ludzie, ale system, nie politycy, ale model polityczny i medialny, w jakim funkcjonujemy.
Koniec partii Hołowni
Ale zanim przejdziemy do wniosków ogólniejszych, trzeba zacząć od prawdopodobnego dalszego rozwoju wydarzeń. Odejście Szymona Hołowni z polityki krajowej, a taką decyzję marszałek już podjął, ubiegając się o funkcję Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (jeśli nawet jej nie uzyska, to będzie się - i to też już widać - starał o inne, analogiczne miejsce), oznacza - niezależnie od deklaracji - koniec Polski 2050 Szymona Hołowni. Ten ruch i partia - głęboko wewnętrznie podzielony ideowo - opierał się na osobistej charyzmie, wizji polityki i zaangażowaniu swojego lidera. Wiele więcej, zarówno jeśli chodzi o kwestie światopoglądowe, jak i polityczne - go nie łączyło. I nawet jeśli przynajmniej kilka osób o przywództwo w partii rywalizuje, to trzeba powiedzieć jasno, że będą oni tylko kustoszami masy upadłościowej po partii i środowisku.
Polaryzacja i rywalizacja są zbyt mocne, a stawka dla głównych graczy zbyt wysoka, by ktokolwiek wzruszał się nad losem polityków Polski 2050. Formacja ta powtórzy więc - tyle że szybciej i wiele wskazuje, że bardziej ostatecznie - los swoich poprzedniczek (Ruchu Palikota, Nowoczesnej z jednej strony, a Kukiz'15 z drugiej), które miały "zamieszać" na scenie politycznej. Partia Hołowni albo rozpłynie się w Koalicji Obywatelskiej, albo po prostu zniknie ze sceny politycznej pozostawiając po sobie - być może - kilkoro polityczek i polityków, którzy na trwale zahaczą się w innych partiach.
Szymon Hołownia też raczej do polityki krajowej już nie wróci, bo... nie będzie miał do czego. ONZ nie stwarza wielkich możliwości pojawiania się w polskim mediach, wielkich sukcesów jako Wysoki Komisarz ds. Uchodźców nikt mieć nie może, a i kierunek, w jakim zmierza polska polityka, sprawia, że specjalista od uchodźców na rosnące poparcie społeczne liczyć nie może.
Czy mogło być inaczej? Czy pojawi się wreszcie - upragniona przez część opinii publicznej - trzecia siła (droga czy jakkolwiek ją nazwać)? I co nie zagrało, że - mimo spektakularnych początków - Szymonowi Hołowni nie udało się zachwiać sceną polityczną, ani zbudować realnej alternatywy dla głównych graczy sceny politycznej.
Polityka ostrzejsza niż media
Pierwszy powód jest związany z osobistą drogą Hołowni. Dziennikarze, ale także showmani - a piszę to jako przedstawiciel tej pierwszej profesji - generalnie nie są dobrymi politykami. A nie są, bo całe nasze przygotowanie zawodowe, doświadczenie jest odmienne, niż to, które wymagane jest od polityka. Dziennikarz, szczególnie formatu Hołowni, gra na siebie, wizerunek jest jego główną bronią, a ostatecznie rozliczany jest z oglądalności, a nie z efektów. Media są oczywiście grą zespołową, ale kto inny, niż pierwszoplanowy dziennikarz ogarnia zaplecze.
Polityka jest też grą o wiele bardziej ostrą niż media. Tu wchodzi się w przestrzeń nieustającej walki, w której przeciwnikami są ludzie z własnej formacji, z koalicji, którzy - i to nie tylko w polskiej polityce - nie zawahają się wykorzystać każdej słabości. Kłamstwo, wprowadzanie w błąd, osłabienie rywala czy nawet koalicjanta, to normalne narzędzia pracy polityków. I jeśli ktoś nie jest przygotowany na taką grę (a nie da się do niej przygotować inaczej, niż uczestnicząc w niej i to od stanowisk szeregowych), to przegra. I wygląda na to, że Szymon Hołownia przegrał z bardziej doświadczonymi graczami. Donald Tusk pokazał mu, że łaska mediów na pstrym koniu jeździ, a PiS skutecznie wykorzystał potrzebę bycia "mesjaszem polskiej polityki", jej "odnowicielem" czy wręcz "zbawicielem".
I tu dochodzimy do drugiego źródła porażki projektu "Szymon Hołownia" w polityce. To wiara, jak sądzę samego Szymona, jak i jego otoczenia, a także części obserwatorów i wyborców, w możliwość pojawienia się "zbawiciela", "Mesjasza", który uzdrowi polską politykę, nada jej inny wymiar, doprowadzi do depolaryzacji, a przynajmniej umożliwi rozmowy. Taka postać nie tylko nie istnieje, ale i istnieć nie może. A nie może, bo przyczyny polaryzacji leżą nie tylko i nie przede wszystkim w bohaterach wyobraźni (czyli w Jarosławie Kaczyńskim i Donaldzie Tusku), nie tylko w zbudowanym przez nich systemie partyjnym (choć obie te sprawy mają znaczenie), ale także w modelu postpolityki i mediów społecznościowych czy postępującego populizmu.
To właśnie ten model sprawia, a także specyfika polityki w ogóle, sprawiają, że "zbawiciele polityczni" nie istnieją i że jedna formacja czy jeden polityk nie zmienią rzeczywistości.
Polityczne nadzieje na zmianę trzeba więc wiązać z formacjami już istniejącymi. Nowe ugrupowania, często skupione wokół mniej lub bardziej charyzmatycznych liderów, obiecujące głęboką zmianę, mogą wprawdzie odgrywać rolę języczka u wagi, ale w efekcie raczej się "zgrywają" i pozostawiają po sobie pustkę, niż na trwale wpisują się w rzeczywistość społeczną i polityczną.
I wszystko wskazuje na to, że tak samo będzie z Polską 2050. Jeśli coś będzie się w tej sprawie zmieniać, to znaczy, jeśli pojawi się jakaś nowa siła polityczna, to dopiero, gdy z jakiś powodów (być może odejścia liderów) dojdzie do dekonstrukcji PiS i Koalicji Obywatelskiej. Tyle że i to wcale nie jest takie pewne, bo struktury tych partii są bardzo mocne, a wspólnota interesów (mimo częstej wrogości) za mocna, by ryzykować rozpad starego układu partyjnego i budowę nowego.
A co to wszystko oznacza dla Szymona Hołowni? Odpowiedzi dostarcza on sam. Aplikowanie na stanowisko Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców oznacza ni mniej nie więcej, tylko tyle, że nie widzi on dla siebie przyszłości w polskiej polityce, że nie chce zejść do drugiego szeregu i cierpliwie czekać na swój czas, który może nigdy nie nadejść.
Zamiast tego wybiera poszukiwanie kariery międzynarodowej w strukturach, które rządzą się inną, niż czysto partyjną logiką. To, że na tym etapie ma niewielkie szanse na osiągnięcie tego pierwszego celu, nie oznacza, że nie zrealizuje go później. I z takiego miejsca może wrócić do polskiego życia politycznego. Tyle że - i to też trzeba powiedzieć - jeśli wróci to raczej jako autorytet moralny, komentator, analityk niż jako realnie rozgrywający. I może to nawet dla niego lepiej.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski, doktor filozofii, publicysta RMF FM, felietonista "Plusa Minusa", autor podcastu "Wciąż tak myślę". Autor kilkudziesięciu książek, w tym "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", "To ja Judasz. Biografia Apostoła", "Arcybiskup. Kim jest Marek Jędraszewski".