Słowo, które podoba się wszystkim? Takiego bronić nie trzeba [OPINIA]
Swoboda wypowiedzi to rdzeń i klucz do każdej prawdziwej demokracji. Ale dzisiaj mamy na tym polu potyczkę między demokracją amerykańską i "europejską". Co gorsza, postanowili w niej wziąć udział politycy, a nie tylko prawnicy. Minister Żurek właśnie wyznaczył 50 prokuratur do walki z hejtem. O co tu chodzi i o co gra idzie – pisze dla Wirtualnej Polski prof. Ireneusz C. Kamiński.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
W Stanach Zjednoczonych wolność słowa to Pierwsza Poprawka do Konstytucji. Absolutnie – i słusznie – fundament. Potraktowany poważnie, bo Amerykanie są konstytucyjnie poważni. Jeżeli więc mówisz, że pierwszy raz znanego teleewangelisty odbył się po pijaku z mamuśką w kibelku – twoje słowa są chronione konstytucyjnie, bo wszyscy widzą i wiedzą, że zostało to powiedziane dla jaj, a więc satyra (wyrok Hustler Magazine, Inc. v. Falwell z 1988 r.). A że przaśna? Nawet taką konstytucja chroni. Piszesz, jak zrobić w garażu bombę termojądrową – włącza się konstytucyjna ochrona, bo skoro można o tym przeczytać na podstawie dostępnych źródeł (wyrok United States v. "The Progressive" z 1979 r.), to instrukcja weszła już do "domeny publicznej". A co tam już weszło, nie może być eliminowane zakazem publikacji.
Chroń nienawistników
Amerykański próg ochrony jest wysoki. W jednym z orzeczeń napisano: "najbardziej dumny powód do dumy naszego orzecznictwa dotyczącego swobody wypowiedzi to to, że chronimy wolność wyrażania opinii, której nienawidzimy" (wyrok Matal v. Tam z 2017 r.). Co to w praktyce znaczy? Chronimy m.in. wypowiedź nazistowską czy komunistyczną.
Czemu aż tak daleko?
"Jestem oburzona tym hejtem". Katarzyna Kotula w obronie Nawrockiej
Po pierwsze, każda ingerencja ze względu na treść wypowiedzi jest w USA zabroniona. Żeby uzasadnić ograniczenie tej swobody, trzeba wskazać neutralne kryterium. Czyli np. zagrożenie dla porządku publicznego, ale "obiektywnie" nazywane i identyfikowane w realiach. Bez skrótów i trików.
Po drugie, wierzymy w demokrację – Amerykanie potrafią się mobilizować, by odpowiedzieć na werbalną prowokację. Na tym polega siła demosu. Wypowiedź jest konfrontowana z obywatelską ripostą. Dlatego można zezwolić na nazistowski przemarsz przez Skokie, żydowskie przedmieście Chicago (wyrok National Socialist Party of America v. Village of Skokie z 1977 r.). Mieszkańcy zareagują, jeśli chcą. I zareagowali. Pomysłodawcom przeszła chęć organizowania marszu, gdy okazało się, że kontrmanifestacja byłaby wielokrotnie większa.
Europejskie zarządzanie wolnością
Nasz kontynent jest inny – historycznie zdruzgotany przez dwa systemy totalitarne: faszyzm i komunizm. Uznajemy więc, że demokracja powinna się też móc bronić przed swoimi wrogami. Zakładamy, że pewne formy aktywności związanej z korzystaniem z praw człowieka nie podlegają ochronie. Możemy – w konsekwencji – zabronić pewnych wypowiedzi i rozwiązać pewne organizacje, jeśli są nazistowskie, komunistyczne czy rasistowskie.
Chyba zgadzamy się na taki "europejski punkt wyjścia". Ale zaraz zaczynają się schody. Okazuje się, że Europejski Trybunał Praw Człowieka rozróżnia "niedobry" i "dobry" komunizm. Za ilustrację niech posłużą sprawy dotyczące komunistycznych symboli – pięcioramiennej gwiazdy oraz sierpa i młota. Całościowy zakaz uznawano za nazbyt szeroki, bo trzeba też dostrzec – argumentowano - "nietotalitarny komunizm". Takich rozróżnień nie czyniono już natomiast w przypadku faszyzmu i jego symboliki. Te są jednoznacznie i z definicji złe. Treściowe zróżnicowanie? Amerykanie by tego nie przełknęli.
Czary z mową nienawiści
Europa walczy też z mową nienawiści. Ale pojęcie to ostatnio rozrosło się i uwolniło z pierwotnie sensownych rygorów. Kiedyś było rozumiane wąsko. Teraz już nie.
Dzisiaj mowa nienawiści to wszelkie formy wypowiedzi, które nawołują, promują, szerzą lub usprawiedliwiają przemoc, nienawiść lub dyskryminację osoby lub grupy osób, albo które poniżają je ze względu na rzeczywiste lub przypisane cechy bądź status, takie jak rasa, kolor skóry, język, religia, narodowość, pochodzenie etniczne, wiek, niepełnosprawność, płeć, tożsamość płciowa oraz orientacja seksualna.
Ale nie o definicję chodzi, lecz o podejmowane działania.
Zerknijmy na rekomendację Komitetu Ministrów Rady Europy z 2022 r. w sprawie zwalczania mowy nienawiści. Wskazano tam trzy kategorie takiej mowy: pierwsza – wymagająca środków karnych, a więc najmocniejszych, np. gdy ktoś neguje ludobójstwo. Druga – gdy w reakcji zadowolimy się środkami cywilnymi lub administracyjnymi (np. odszkodowanie). Dotąd – zgódźmy się - jest sensownie.
Ale pojawia się i trzecia kategoria – "mowa chroniona", a mimo to wymagająca reakcji. Kiedy co prawda nie doszło do przekroczenia dopuszczalnych granic i wciąż działa ochrona wypowiadającego się, ale państwo musi "jakoś zareagować". Czyli jednak nie powinieneś mówić tego, co powiedziałeś, bo np. stygmatyzujesz grupę, wskazując przykładowo, że jej członkowie popełniają więcej aktów przemocy niż inni. Masz tę okoliczność przemilczeć, bo choćby była ona prawdziwa, to jednak "szkodliwa" (mal-information).
Walka z mową nienawiści staje się w Europie rodzajem krucjaty. We Francji np. przyjęto prawo, które - pod groźbą kary - wymaga od właściciela konta w mediach społecznościowych, by sprawdzał umieszczane pod jego wpisami komentarze. I te komentarze usuwał, jeśli są "nienawistne". W Polsce nie poszliśmy jeszcze tak daleko, ale minister sprawiedliwości Waldemar Żurek wskazał właśnie 50 (! tak, aż tyle) prokuratur rejonowych, które będą się specjalizowały w ściganiu przestępstw "motywowanych uprzedzeniami".
W Stanach Zjednoczonych konstrukcja mowy nienawiści nie przejdzie. Nie wchodząc w szczegóły – zakaz mowy nienawiści, wprowadzony przez niektóre stany, jest na amerykańskim gruncie niekonstytucyjny z dwóch powodów. Raz, że jest selektywny – chce ścigać za nienawiść narodową, rasową albo religijną, ale już nie polityczną. A więc mamy niedozwolone ograniczenie ze względu na treść. Z kolei próby "całościowego" ujęcia nienawiści, bez wskazywania na kryteria, zarzucają sieci zbyt szeroko. Nie spełniają więc konstytucyjnego wymogu precyzji. Nie da się przepłynąć między Scyllą a Charybdą.
Europejska rewizja
Wróćmy jednak do Europy. W 1994 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał jako Wielka Izba wyrok w sprawie Jersild przeciwko Danii: jedno z najważniejszych orzeczeń dotyczących wolności słowa. Sprawa dotyczyła wywiadu z rasistami, którzy m.in. nazywali imigrantów małpami. Materiał ukazał się w programie adresowanym do tzw. "wyrobionego odbiorcy", a krytyczny stosunek dziennikarza do rozmówców nie ulegał wątpliwości. Pomimo tego sąd krajowy skazał Jersilda za poniżenie członków grupy rasowej, bo nagłośnił on marginalne i pogardliwe poglądy. W strasburskim trybunale dziennikarz jednak wygrał, choć wyrok nie był jednogłośny (12 do 7).
Dzisiaj nie wiem, czy Jersild miałby szanse na zwycięstwo. Teraz wypowiedź jest niby chroniona, ale podobno trzeba na nią adekwatnie i krytycznie zareagować. Obecnie rację przyznano by – zgaduję – duńskim sądom. Niestety: bo uważam, i "stary" Trybunał też tak uważał, że media mogą – w interesie publicznym – pokazywać szokujące postacie i poglądy. Nie traćmy wiary w inteligencję odbiorców.
Na kursie kolizyjnym
Europa i Stany Zjednoczone znalazły się ostatnio na kursie kolizyjnym. Kilka lat temu Bruksela wymusiła na największych platformach internetowych, że będą trałować wpisy i eliminować nienawistne oraz dezinformujące treści. Ale platformy zbuntowały się, dokonując "rewolucji wolności" w 2022 r. po zakupieniu Twittera przez Elona Muska. Przywrócono wtedy dostęp wielu osobom, których konta wcześniej "permanentnie zawieszono", m.in. Donaldowi Trumpowi.
Unia Europejska jednak nie ustępuje, starcie trwa, m.in. poprzez Akt o usługach cyfrowych.
Mieszkam w Europie i to mój dom. Ale gdy chodzi o wolność słowa, to jestem i będę Amerykaninem. Nie zaakceptuję zastąpienia modelu wolnościowego z możliwością nadużyć - które możemy już teraz ścigać - modelem paternalistycznego lewiatana. Ochrony nie potrzebuje przecież słowo układne; potrzebuje jej słowo kontrowersyjne. I po to jest ochrona wolności wypowiedzi.
Dlatego: żadnych specjalnych szwadronów pościgowych w prokuraturach rejonowych, tworzonych przez ministra Waldemara Żurka. Damy sobie radę bez nich.
Ireneusz C. Kamiński – profesor w Instytucie Nauk Prawnych PAN; wykłada też na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 2014-2016 sędzia ad hoc w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu.